Motorhead – Clean Your Clock (Live in Munich 2015)

clean your clock

Motorhead był jedną z najbardziej znanych kapel grających dynamicznego i ostrego rocka. Po śmierci Lemmy’ego pod koniec zeszłego roku, postanowiła zakończyć działalność. Niejako na pożegnanie dostali oni płytę koncertową. „Clean Your Clock” to zapis koncertu z Monachium z dni 20 i 21 listopada 2015.

I tutaj słychać, jak świetną koncertową kapelą był Motorhead, który łoił równo, ostro i szybko aż miło. Zaczyna się od mocnego „Bombera”, by potem zaserwować takie numery jak „Metropolis” czy pochodzącego z ostatniego wydawnictwa „When the Sky Comes Looking for You” czy „Whorehouse Blues”. Nie mogło też zabraknąć nieśmiertelnego „Ace of Spades”, ale to oczywisty zestaw. Muzyka jest głośna, a Lemmy daje z siebie wszystko, chociaż nie zawsze go słychać wyraźnie, co pewnie wynika ze sposobu śpiewania tego artysty. Nawet pojawia się krótka przerwa w postaci solowego popisu gitary.

Publika reaguje po każdym utworze, a Lemmy’emu zdarza się nawet z nimi krótko pogadać. Pojawiają się spokojniejsze numery („Lost Woman Blues”), ale to tylko chwile do złapania oddechu, by potem przyłożyć. Wymienianie poszczególnych numerów nie ma sensu, a wystarczy powiedzieć, ze Motorhead był w formie i nie zawiódł. To mocne, szybkie granie, gdzie sekcja rytmiczna z gitarą po prostu pędzą na złamanie karku. A godzina mija tak szybko, że ma się ochotę odpalić album jeszcze raz. Lemmy – wielkie dzięki za wszystko. Tak to się robi.

Radosław Ostrowski

Motorhead – Bad Magic

Bad_Magic

Lemmy Klimster, Phil Campbell i Mikky Dee – trzy filary legendarnego zespołu Motorhead, którzy znani są ze swojego bardzo charakterystycznego stylu, ostrego łojenia oraz bluesrockowej rozpierduchy. Z okazji 40-lecia działalności ekipa po dwóch latach przerwy wydała album nr 22 w swojej dyskografii razem ze swoim stałym producentem Cameronem Webbem.

Na „Bad Magic” jest po staremu – i w zasadzie mógłbym na tym skończyć. Innymi słowy – jest moc, słychać, że to robią profesjonaliści i nie czuć, że to stare pierniki. Że się nie patyczkują, to słychać w otwierającym „Victory or Die” oraz „Thunder & Lightning”, czyli jak po raz tysięczny przerobić nieśmiertelne „Ace of Spades”, by zabrzmiało świeżo i oryginalnie. Gitara brzmi zadziornie i z pazurem, sekcja rytmiczna łoi, a rozszarpany głos Lemmy’ego robi swoi idealnie łącząc się z reszta ferajny. Nie brakuje tutaj i cięższego rocka („Fire Storm Hotel”), dynamicznej popisówy perkusji (fantastyczny i lżejszy „Shock Out of Your Lights” w zwrotkach oraz krzykliwym refrenem czy początek „Evil Eye”), zadziornego i – jak na trio – epickiego numeru (mocarny „The Devil”, gdzie gościnnie swoją solówkę gra… Brian May, to niespodzianka czy brudny „Teach Them How to Bleed”) oraz porządnego bluesa (zaskakujący „Till The End”).

Całość jest – jak to u nich – na równym poziomie, pełnym potencjalnych przebojów oraz zawierającym 100% Motorhead w Motorhead. Jednak są tutaj aż dwie niespodzianki – pierwszą jest mroczny „Choking on Your Screams”, gdzie na początku mamy zagrane od tyłu głosy oraz Lemmy’ego… melorecytującego. Drugim jest cover „Sympathy fo the Devil” zespołu Rolling Stones, który troszkę przypomina oryginał (orientalny wstęp perkusyjny), ale jest w stylu Motorhead. Ciekawy bonusik, który uatrakcyjnia ten album.

Innymi słowy, „Bad Magic” to kolejne solidne dzieło Lemmy’ego i spółki, a fani muszą to mieć i katować aż będą znali na pamięć.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Motorhead – Aftershock

Aftershock

Są zespoły, które bardziej lub mnie ewoluują ze swoją muzyką. Na pewno takim zespołem NIE JEST brytyjski Motorhead, która gra głośno, mocno i szybko. I tak już od lat 70-tych. Lemmy i spółka po zaledwie trzech latach pojawili się z nowym, 21 albumem.

Za produkcję odpowiada Cameron Webb, który współpracował m.in. z Megadeth, Alkaline Trio czy Disturbed. I w zasadzie ograniczyłbym się do stwierdzenia, że to Motorhead i nie ma zmiłuj. Jest ostro, gitara tutaj naprawdę się popisuje i trzyma tak naprawdę za mordę razem z sekcją rytmiczną (otwierające całość „Heartbreaker” i „Coup de Grace”), ale nie brakuje tutaj pójścia w stronę mocnego bluesa („Lost Woman Blues”) czy jeszcze bardziej łomoczącego grania („End of Time”). Jest ogniście, dynamicznie i praktycznie bardzo rzadkie są chwile na złapanie oddechu jak w „Dust and Glass”. Jednak to są tylko fragmenciki, które są mocarne jak „Silence When You Speak to Me” czy rock’n’rollowe „Crying Shame”.

Nie ma tu elementów zaskoczenia. Lemmy wokalnie robi swoje, pozostali z tria robią dźwiękową rzeź, waląc po perkusji i szalejąc na elektrycznej gitarze. To jest Motorhead, czyli szalona, rock’n’rollowa jazda po bandzie, bez kompromisów i po swojemu. Tak się gra rocka, panowie.

8/10

Radosław Ostrowski