
Ten zespół bardzo zgrabnie łączył mocne riffy z melodyjnymi piosenkami. Pomimo personalnych perturbacji (rozpad grupy, reaktywacja z nowym-starym gitarzystą Paulem Gilbertem) wrócili w 2011 roku albumem „Would If…”. Tym razem trzeba było czekać trzy lata na nowy materiał kwartetu Erica Martina.
Za produkcję odpowiada Pat Ragen, który współpracował m.in. z Blackmore’s Night, Weird Alem Yankovicem czy Saga. Moc i energia jest już słyszalna w ciężkim „Gotta Love the Ride”, który ma zarówno ostre riffy jak i chwytliwą melodię. Podobne tempo ma „I Forget to Breathe”, a riffy Paula Gilberta pachną rockiem lat 80. Troszkę delikatniejszy (ale tylko troszkę) jest „Fragile”, gdzie gitara gra łagodniej, a wokal Martina (przynajmniej mnie) trochę przypomina Bon Jovi, trochę podrasowane AC/DC (początek „What if We Were New?”) czy balladowe (czytaj: zagrane na gitarze akustycznej) „The Man Who Has Everything” – całkiem przyzwoite, choć smyczki w tle są lekko kiczowate. W ogóle muzycy czerpią z dawnego brzmienia lat 80., a jednocześnie dają odrobinę przyjemnego słuchania z wspólnie śpiewanymi refrenami („Satisfied” czy surowsze „The Monster in Me”) i choć nic nowego tu nie wymyślono (nie wiem, czy można jeszcze coś w ogóle wymyślić?), to jest to kawał solidnego grania. Czasem szybkiego, czasem nastrojowego, ale nie popadającego w nudę. A to w tym gatunku zrobić można bardzo łatwo.
7/10
Radosław Ostrowski
