Slash feat. Myles Kennedy & The Conspirators – Living the Dream

Livingthedream-front

Ciężko jest mi sobie wyobrazić fana muzyki rockowej, który nie znałby Saula Hudsona aka Slasha. Ten wyrazisty gitarzysta był filarem Guns’n’Roses, do których niedawno wrócił. Nie oznacza to, że wspólne muzykowanie z Mylesem Kennedym oraz The Conspirators zostało ostatecznie zakończone. Po chłodniej przyjętej “World on Fire” grupa postanowiła wydać chudszy album numer trzy. Czy te 12 kawałków dają radę?

Już otwierający całość “The Call of the Wind” serwuje cięższe hard rockowe granie z rozpędzonym riffem, mocną oraz szybką sekcje rytmiczną, dając mnóstwo czadu i pozwalając na chwilkę wyciszenia w środku. Zupełnie jakbym słuchał bardziej agresywne numery z lat 70. Znacznie ciężej jest w bardziej bluesowym “Serve You Right”, z bardziej brudnymi riffami, pozwalając sobie dalej na więcej. Perkusyjne strzały w “My Antidode” kontrastują z dwoma gitarami: jedna lekko podniszczoną I tnącą, drugą bardziej wyciszoną oraz spokojniejszą, by ustąpić czaderskiej solówce (wraca pod koniec), wyciszając się w zwrotce. Jeśli szukacie szybkich numerów z rozpędzonymi riffami mamy jeszcze “Mind Your Manners”, zmieniające tempo, bardziej podniosłe “Lost Inside the Girl” czy soczysty “Driving Rain”.

Nawet w tych pozornie spokojniejszych momentach udaje się parę razy zaskoczyć nie tylko nagłą zmianą tempa, ale małymi detalami (refren w “Read Between the Lines”, początek “Slow Grind”, akustyczna gitara w pięknym “The One You Loved Is Gone”, mocny początek “The Great Pretender”, choć sam utwór troszkę przypomina “Don’t Cry”), uatrakcyjniającymi odsłuch. Sam Kennedy na wokale daje dużego kopa, ale to Slash ze swoimi solówkami błyszczy.

“Lives the Dream” jest o wiele krótszy od poprzednika, co jest ogromną zaletą. Różnorodność tempa, świetnie zagrane, Kennedy na wokalu radzi sobie bardzo dobrze, zaś kopniaki serwowane przez Slasha zostaną na długo. Takiej energetycznej płyty na chłodne wieczory potrzeba dzisiaj bardzo.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Alter Bridge – The Last Hero

alter_bridge_the_last_hero

Rockowa grupa kierowana przez Mylesa Kennedy’ego (współpracującego ze Slashem) postanowiła o sobie przypomnieć. A jak wiadomo, dobrego rocka nigdy dość i jest potrzebna energia na tą ciepłą porę roku. Dodatkowo wsparty przez stałego producenta, Michaela „Elvisa” Baskette’a, dodają mocne dzieło w postaci „The Last Hero”.

I na dzień dobry dostajemy sygnał, że nie będzie drogi na łatwiznę, bo ostry jest „Show Me a Leader”, chociaż początek zapowiadał się zupełnie inaczej z „orientalnie” grającą gitarą, do której coraz szybciej i szybciej dobija perkusja z basem. Wtedy całość staje się siarczysta, krwista oraz mega brutalna, jak to w hard rocku bywa. To jednak miała być dopiero rozgrzewka, bo „The Writing on the Wall” daje jeszcze większego kopa w postaci kanonady perkusyjno-dzwonowej i orientalnego wrzasku na początku, by tylko w refrenie pozwolić na chwilkę oddechu. Tak jak pełen wokaliz wstęp do mrocznego „The Other Side” z coraz bardziej tnącymi riffami. I nawet jeśli czuć inspirację innymi, to kapela przetwarza to po swojemu. Tak jest z „My Champion” z riffami jakby wziętymi od AC/DC, tylko bardziej podkręconymi czy w „Poison in Your Veins”, którego nie powstydziłby się… Nickelback, gdyby tak grał od samego początku (i te perkusyjne ciosy na początku – nokaut gwarantowany). I nie zmieniają tego nawet krótkie momenty postoju (niemal akustyczny początek epickiego „Cradle to the Grave” czy w niemal akustycznym „This Side of Fate”), które nie pozwalają w pełni złapać oddechu.

Alter Bridge nie pozwala na wyciszenie, tylko coraz bardziej doprowadza do stanu emocjonalnego wrzenia, co jest także zasługą silnego wokalu Kennedy’ego. Trudno znaleźć jakiekolwiek słabe kompozycje (nawet umieszczony jako bonus „Last of Our Kind” daje mocnego kopniaka), a poziom wykonania robi ogromne wrażenie. O taki rock walczyliśmy i walczyć będziemy.

8/10

Radosław Ostrowski

Slash – World on Fire

World_on_Fire

Każdy fan gitarowego i ostrego grania zna Saula Hudsona. Żeby jednak łatwiej było go rozpoznać, nadał sobie ksywę Slash, a po rozstania z Axlem Rose działa już na własne konto. Znowu (po dwóch latach) nagrał album razem ze swoimi nowymi kumplami: wokalistą Mylesem Kennedym oraz odpowiedzialnych za sekcję rytmiczną The Conspirators (basista Todd Kerns i perkusista Brent Fitz). Czy będzie petarda?

Produkcja tym razem zajął się Michael „Elvis” Baskette, który współpracował z grupą Kennedy’ego Alter Bridge. Ale jednak nie ulega wątpliwości czyj album trzymamy w ręku. Efekt – mocna, energetyczna, hard rockowa zadyma okraszona drobnymi momentami wyciszenia i spokoju. I tu już słychać w singlowym utworze tytułowym, który ścina od samego początku. A dalej jest jeszcze ciekawiej: nie brakuje zarówno bardziej stonowanego wejścia (delikatne zwrotki w „Battleground”), chwytliwego radiowe przeboju z popisami perkusji (lekko redneckie „Dirty Girl” czy „Wicked Stone”), oldskulowego brzmienia trochę przypominającego Guns’n’Roses („Iris on the Storm” czy „30 Years of Life”), dynamiki przypominającej tornado („Avalon”, „Automatic Overdrive”), a nawet znalazło się miejsce na folk (zagrany z adaptera początek „The Dissident”) oraz instrumentalną popisówkę Slasha („Safari Inn”). Choć jest tutaj aż 17 piosenek i nie są one za mocno różnorodne, to razem mają siłę wielkiego kopyta. I widać, że panowie są już ze sobą mocno zgrani, a bardzo charakterystyczne riffy Slasha połączone z mocnym głosem Milesa działają naprawdę piorunująco.

Można się czepiać, że w zasadzie dostajemy to samo, co w „Apocalyptic Love” (poprzednim albumie Slasha), ale tu chodzi o power i energię, nie o rewolucję czy nowatorstwo. Slash zna się na rzeczy i jeszcze wie jak robić świetne płyty. Nawet jeśli po ich wysłuchaniu świat miałby spłonąć.

8,5/10

Radosław Ostrowski