Danny Rose jest nowojorskim impresario, który nie ma zbyt wielkiego szczęścia w biznesie. Każda jego gwiazda, która odniosła wielki sukces, odchodziła od niego. W końcu udaje mu się załatwić poważny kontrakt jednemu ze swoich podopiecznych, wokaliście Lou Canovie. Mężczyzna prosi Danny’ego, by przywiózł na jego występ kochankę, Tinę. Efekt tego spotkania będzie dla niego mocno zaskakujący.

Znowu Allen, znowu komedia i znowu Nowy Jork w czarno-białych taśmach. Znowu mamy błyskotliwy humor, wiele zabawnych sytuacji, gangsterów i satyrę pełną gorzkich obserwacji na temat szołbiznesu. Tutaj nie ma miejsca ani na sentymenty, ani na przyjaźnie, bo jak się dostaje lepszy kontrakt, zapewniający rozwój kariery, to się go bierze, zapominając o swoich początkach. Ta gorzka obserwacja nadaje Allenowi odrobiny smutku, zwłaszcza pod koniec. Całość okraszona ładną, włoską muzyką, pięknymi zdjęciami Gordona Willisa, budującymi lekko nostalgiczny klimat. Jeszcze galeria ciekawych indywidualności, którymi zajmuje się Danny (ślepy ksylofonista, brzuchomówca czy dziewczyna grająca na kieliszkach), miłość i happy end.

Allen w roli głównej obsadza siebie, jednak tak jak w „Zeligu” nie jest to typowa rola dla niego. Danny w jego interpretacji to naiwny impresario, który przyjaźni się ze swoimi podopiecznymi. Na ten bezwzględny fach jest zbyt sentymentalny i za łagodny. Jednak nie ma o to pretensji. Poza nim wybijają się świetni Nick Apollo Forte jako śpiewak Lou Canova, który wraca w glorii i chwale – rubaszny grubas z wielkim talentem. Błysnęła za to Mia Farrow jako Tina. To dziewczyna-zazdrośnica, w dodatku pakująca Danny’ego w tarapaty.
Ten lekko zapomniany film Allena jest powrotem do wielkiej formy i jest TEN humor, który pokochały miliony i zmusza trochę do refleksji na temat sławy i sukcesu.
8/10
Radosław Ostrowski
