Wszyscy moi przyjaciele nie żyją

Nadrabianiu kolejnych konwencji gatunkowych na naszym podwórku ciąg dalszy. Tym razem poszło w młodzieżową komedię imprezową z czarnym humorem. Całość powstała dla Netflixa pod koniec zeszłego roku i… co z tego wyszło?

Wszystko ogranicza się do jednego domu, gdzie tuż po Nowym Roku przybywa policja. Na miejscu stróże prawa zauważają, że doszło dosłownie do jatki. Masa trupów i tylko jedna ocalona, bredząca coś bez sensu oraz z uszkodzonym kręgosłupem. Jak stwierdza inspektor: „coś poszło nie tak”. Tylko co? A na imprezie była masa osób, nie wszyscy w wieku nastoletnim, bo jest typ MILF-a chodzącego z chłopakiem o wiele lat młodszym. Rodzeństwo, gdzie siostra jest bardziej świadoma seksualnie, a brat ma dziewczynę i oboje są dość delikatni w swojej sypialni, chłopak-fotograf znający się na broni, dwaj bracia chcący zaliczyć, młody dresiarz o ambicjach raperskich, dwie tępe panienki, a nawet dołącza dostawca pizzy. Wszystko zaczyna się od przypadkowego strzału podczas seksu.

Debiutujący reżyser Jan Belcl chyba naoglądał się filmów zza Wielkiej Wody i niekoniecznie tych dobrych. Jest to zdecydowanie świadome kino klasy B, przeestetyzowana, przerysowana oraz miejscami z dialogami na granicy wulgarności. Bluzgi, podteksty seksualne miały chyba rozwalić pruderyjność naszego podwórka i może to odrzucić. Postacie może są ledwo zarysowane, ale mają swoje momenty. Ale jest to, niestety, bardzo nierówny poziom. Najbardziej jednak zadziwiło mnie powolne tempo, gdzie przez większość czasu zgon utrzymywany jest w tajemnicy. Czekałem na moment rozpierduchy, ale po drodze doszło do paru drobnych zaskoczeń (przeszłość Glorii – najstarszej uczestniczki tego cyrku). Satysfakcjonuje za to finał, czyli ostatnie 20 minut to już jazda po bandzie. Kule świszczą, pięści idą w ruch i wszystko idzie w najgorszym kierunku.

Trudno technicznie mi się do czegoś przyczepić. Zdjęcia są ładne, w tle gra odpowiednio budująca nastrój oraz dobrane piosenki, a dźwięk jest czysty oraz zrozumiały. Jeśli zaś chodzi o obsadę to mamy masę młodzików, z których wybija się kilka znanych twarzy. Z tego grona wybija się najbardziej Mateusz Więcławek (Filip), ale film kradnie zjawiskowa Monika Krzywkowska (Gloria – nasz odpowiednik matki Stifera) z mocnym monologiem o starzeniu się. Zaskakuje pozytywnie Julia Wieniawa, będącą „nawiedzoną” na punkcie spraw astralno-nadprzyrodzonych oraz wyluzowany Wojciech Łozowski z cudnym monologiem o pizzy. Troszkę rozczarowuje Adam Woronowicz jako inspektor policji, sprawiając wrażenie zmarnowanego potencjału.

Debiut Belcla ma wszelkie zadatki na kultowego klasyka w pewnych kręgach. Jest świadomie przerysowany i przegięty, pozbawiony wielkich ambicji, ale balansujący na granicy smaku oraz miejscami nudnawy. Innymi słowy obejrzeć można, a z kumplami przy piwku seans będzie bardziej satysfakcjonujący.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Dywizjon 303. Historia prawdziwa

Pora na kolejny film o Dywizjonie 303, ale tym razem nasi dzielni, wspaniali i utalentowani filmowcy spróbowali opowiedzieć historię, bazując na legendarnej powieści Arkady’ego Fiedlera. Przynajmniej taki mają PR, a prawda niekoniecznie musi się za nimi kryć. Bo co może pójść nie tak, jeśli przed kamerą staje Denis Delić (reżyser wybitnego filmu „Ja wam pokażę”), producentem i współscenarzystą jest Jacek Samojłowicz (legendarna „Kac Wawa”), zaś w rolach głównych zobaczymy kompletnie nieznanych aktorów jak Maciej Zakościelny, Piotr Adamczyk, Jan Wieczorkowski czy Antoni Królikowski?

W zasadzie sposób opowiadania historii naszych pilotów wydaje się na pierwszy rzut oka podobny. Też jest dość chaotycznie, ale za to przynajmniej są podane już konkretne daty, przez co jednak byłem w stanie się jednak chronologicznie odnaleźć. Jednak żeby pokomplikować sprawę, zostają wrzucone retrospekcje, z których tylko jedna (scena szkolenia przez Urbanowicza w Dęblinie) jest uzasadniona. Do tego twórcy są bardzo ambitni, bo pojawia się też spojrzenie na to starcie z perspektywy dwóch niemieckich pilotów. Sam pomysł dodaje trochę świeżości, jednak wykonanie jest tak sztampowe, że boli. Bo jeden jest fanatycznym nazistą, drugi bardziej ze starej szkoły i nawet przyjaźnił się z Urbanowiczem. Zgadnijcie, który z nich dostanie „nagrodę” od Goeringa?

dywizjon_3031

Niemniej film mnie pary razy zaskoczył. Po pierwsze, mimo mniejszego budżetu od wersji brytyjskiej, po prostu lepiej wygląda. I nie chodzi tylko o kolorystykę, jasność, ale też film jest troszkę bardziej wystawny. Mamy nie tylko koszary i bar, gdzie nasi chłopcy piją na koszt Sikorskiego, ale jest także baza lotnicza Niemców, sztab brytyjski, jakiś szpital (zaatakowany przez lotników z Reichu), a nawet teatr. I to żadne biedne dekoracje, tylko naprawdę porządnie wyglądające miejsca. Także same sceny lotnicze wyglądają o niebo lepiej od tego drugiego filmu, choć efekty specjalne to nadal średnia półka. Nie ma tutaj chaosu, wszystko jest ciekawie zainscenizowane i potrafi to trzymać w napięciu. Jeśli chodzi o zalety, to w zasadzie tyle. Jeszcze twórcom udało się wykorzystać prawdziwe archiwa (filmy, zdjęcia) i wpleść je do fabuły, tak jak postać Arkady’ego Fiedlera.

dywizjon_3033

Ale cała reszta to pierwszorzędne partactwo. Scenariusz nadal jest powiązanym ciągiem scen, gdzie wojna jest gdzieś tam w tle, czasem przypominając o sobie. Klimat jest jak na tego typu kino zbyt lightowe, wręcz sielankowo-kiczowate. Nasze chłopaki czasem kogoś zastrzelą, a to poderwą jakąś laleczkę (zwłaszcza Zumbach i dość rozbudowany wątek, ale o tym nie warto gadać), ale nie czuć powagi wydarzeń, żadnego dramatu czy dylematów. Choć nie, jest jedna mocna scena związana z… dance macabre, która mocno chwyciła. Tylko, że to troszkę za mało, by kompletnie przejąć się tymi postaciami. W zasadzie (poza Zumbachem i Urbanowiczem) o tych postaciach nie wiemy nic, a co gorsza, zlewali się w taką masę, że nie byłem ich w stanie od siebie rozróżnić. Nawet Kent zostaje olany i ograniczony do roli statysty. Sami Anglicy też nie zapadają w pamięć, co jest kompletnie niewiarygodne.

Chciałbym powiedzieć coś dobrego o aktorstwie, ale to wszystko jest na poziomie jakiejś telewizyjnej produkcji, co udaje film za dużą kasę. Czy tylko mnie już drażni oglądanie tych samych twarzy w kółko, jakby innych aktorów do wojennej produkcji nie można było obsadzić? Zakościelny nadal dla mnie jest kawałkiem drewna, które może i ładnie wygląda – nie mnie to oceniać – lecz talentu za nic nie jestem w stanie dostrzec. Wieczorkowski po prostu jest, Królikowski jako Tolo niby próbuje być śmieszny, lecz mu nie wychodzi. Broni się tylko naprawdę tylko Piotr Adamczyk w roli Witolda Urbanowicza. Po pierwsze, ma sporo czasu na ekranie i nie tylko się snuje. To charyzmatyczny lider (ta scena przemowy przed pierwszym lotem – słucha się tego z wielką frajdą), który nie do końca trzyma się przepisów, ale jest szanowany przez swoich podwładnych (czasami pozwala na pewne akcje, nie zawsze zgodnie z przepisami). I to jest bardzo mocno pokazane, zaś angielszczyzna Adamczyka brzmi bardzo naturalnie.

dywizjon_3032

Przyznam się bez bicia, że „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” skreśliłem jeszcze przed seansem. Choć muszę przyznać, iż zrobił na mnie lepsze wrażenie pod względem wizualnym czy scen batalistycznych, to wszelkie pozostałe obawy się spełniły. Jest zbyt podniośle, zbyt grzecznie i zbyt nudno. Mimo pewnych niedoskonałości, wersja brytyjska przynajmniej próbuje głębiej wejść w tą opowieść, a Delić idzie po najprostszej linii oporu, by zrobić kino ku pokrzepieniu serc. Tylko czy jest to potrzebne?

4,5/10 

Radosław Ostrowski