Olafur Arnalds – Island Songs

island-songs-b-iext43305399-500x500

Islandię muzycznie kojarzymy z dziwacznością i melancholią, co jest zasługą takich wykonawców jak Bjork czy Sigur Ros. Do tego grona niejako wpisuje się producent oraz multiinstrumentalista Olafur Arnalds, znany mi jako autor ścieżki dźwiękowej do serialu „Broadchurch”. Tym razem jednak serwuje bardziej stonowany materiał nagrany w siedem tygodni, z siedmioma wykonawcami wspierającymi go (i wszyscy śpiewają po islandzku). I tak narodziło się „Island Songs”.

Muzyka jest tutaj bardzo minimalistyczna, przynajmniej w otwierającym całość „Arbakkinn”. Powoli, w tle przebija się fortepian, towarzyszący recytującemu Einarowi Greggowi Einerssonowi, do którego dołączają potem „łkające” smyczki. Zupełnie inaczej brzmi „1995”, gdzie dominuje… akordeon i jest to kompozycja instrumentalna czy chóralne „Raddir” – tak majestatycznie, jakby się obcowało z tajemnicą. Bardziej elektronikę czuć w stonowanym, lecz pulsującym „Oldurot” współtworzonym przez Atli Olvarssona – chóralno-symfoniczny, z pięknym solo skrzypiec. Zapętlony fortepian z nisko grającymi dęciakami w cichym „Dalurze” czy wreszcie śpiewająca Nanna Bryndis Hilmarsdottir (wokalistka Of Monsters nad Men) w poruszającym, singlowym „Particles” – pozornie nic się nie dzieje, ale jak się porządnie wsłuchać, to nie ma miejsca na nudę.

„Island Songs” to album bardzo kontemplacyjny, stawiający na klimat, nastrój i emocje. Muzyka bardziej idąca w stronę klasycznych brzmień (troszkę podobnie jak Max Richter), ale naznaczona tym charakterystycznym, islandzkim brzmieniem. Właśnie tak muzycznie wygląda zima, więc jeśli tęsknicie za śniegiem i mrozem, wsłuchajcie się w „Island Songs”.

7,5/10

Radosław Ostrowski