Organek – Czarna Madonna

czarna-madonna-b-iext46002070

Tym razem zaległość z roku ubiegłego, bo jak wiadomo płyt jest od zarąbania, a czasu do przesłuchania zawsze strasznie mało. Tym razem na celownik wziąłem drugą płytę zespołu Tomasza Organka, którego debiut wywołał furorę w 2014 roku. Ale jak wiadomo, trzeba pójść za ciosem i dlatego po dwóch latach Organek wyskoczył z nowym dziełem. Jaka jest „Czarna Madonna”?

To nadal rockowy album, ale bardziej rozbudowany i mroczniejszy. Takie nadzieje daje otwierająca całość „Intrudukcja” z przesterowanymi, brudnymi gitarami oraz „kosmicznie” brzmiącą elektroniką z obowiązkowymi organami w tle, coraz bardziej nabierając ciężkości i ostrości, ale do połowy, by zabrzmieć niczym nagrywane w studio przed obróbką oraz zmiksowaniem (bardzo łagodnie, z szumem morza w tle – czyżby to były lata 70.?). Niemal hard rockowy „Rilke” zapowiada, że tamtego, niemal folk-rockowego oblicza grupy nie usłyszymy (zwrotki tylko jakieś spokojniejsze, a pan Tomasz falsetem zaczął śpiewać?), ale to tylko zmyłka, jednak trzeba wiele cierpliwości. Pewną zmianę czuć w singlowym „Mississippi w ogniu”, gdzie znowu szaleją organy na początku z sekcją rytmiczną, a gitara gra troszkę spokojniej i mniej agresywnie (ale tylko do refrenu oraz finału). Punka czuć w siarczystym, ale melodyjnym „Get It Right” oraz „Son of a Gun”.

Jedynie przy „Wiośnie” pozwala sobie na odrobinę lekkiego oddechu, by znowu dać gaz do dechy w „HKDK” oraz demonicznym „Ki czort” z rozpędzonym, starobrzmiącym fortepianie. A demonicznie musi być, gdyż gościnnie udziela się sam Adam „Nergal” Darski zwany pomiotem Szatana. Klimat się zmienia w odrobinę psychodelicznym marszu „Ultimo”, gdzie czuć ducha starego rock’n’rolla oraz westernowym „Psychopompie”, gdy po raz pierwszy odzywa się gitara akustyczna. I to jest wstęp przed epickim tytułowym utworem, gdzie czuć atmosferę niepokoju przeplatającą się z czymś niesamowitym (te riffy w środku i elektronika), co wnosi całość na nieprawdopodobnie wysoki pułap. Ale to nie jest finał tego dzieła, gdyż takim jest instrumentalny fragment z filmu „11 minut” Jerzego Skolimowskiego, czyli powoli rozkręcająca się nerwowa „Warszawa, 17:11” utrzymana w duchu starego punka.

Co ja mogę powiedzieć? „Czarna Madonna” mnie wgniotła w fotel i zastanawiam się jakim cudem Organek tak nie zaczął swojej drogi muzycznej. Myślę, że wtedy byśmy się od razu polubili, teraz głos jest mocniejszy, energia znacznie żywsza, a teksty (jak zawsze) zmuszające do myślenia i trafnie obserwujące młodych ludzi. Album tak ostry jak lato w swoim najgorętszym okresie i dający takiego ognia, niczym w hucie. Petarda.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Organek – Głupi

Organek_glupi

Tomek Organek nie wziął się znikąd, gdy wydawał swój solowy materiał. Gitarzysta, kompozytor i autor tekstów znany był już z działalności w zespole Sofa, który założył w 2003 roku. To jednak okazało się za mała i trzy lata temu założył własny zespół, współtworzony przez członków Sofy – basisty Adama Staszewskiego oraz perkusisty Roberta Markiewicza. I tak w 2014 roku wyszedł debiutancki album „Głupi”.

Zamiast elektroniki, funka i soulu, jest tutaj czysty rock. I to czuć od openera, czyli punkowego w duchu „Nazywam się Organek” – brud, nieostrość i przesterowany wokal. Nie sposób zapomnieć przedstawienia się gospodarza („Nazywam się Organek/I mam w sercu ranę”). Muzycy nawet jak zmieniają rytm i tempo, to pachną troszkę stylem z lat 70. (psychodeliczna „Dziewczyna śmierć”), gdzie czuć po prostu ogień, pociąg mknący z prędkością 300 km/h. Ale zdarzają się jednak wyboje w te drodze. Nie przekonuje mnie „Nie lubię” z monotonnym wokalem Organka i bełkotliwym (jak dla mnie) tekstem. Na szczęście w połowie utwór staje się porządnym instrumentalem, co można wybaczyć, ale akustyczny „Głupi ja” wprawił mnie w osłupienie i niechęć. Jednak najciekawsze dla mnie było szybkie „Młodziej szuka sensacji”, pachnący latami 60. „Italiano” (pod koniec eksploduje gitara z perkusją) oraz umieszczona na samym końcu „Ta nasza młodość”.

Organek próbuje nie być gorszy od kolegów z Zachodu i próbuje śpiewać także w języku Szekspira. Muszę przyznać, że radzi sobie nie najgorzej, co dowodzi w „King of the Parasites” oraz „Stay”. Muszę też przyznać, że teksty Organka nie są – wbrew tytułowi – głupie. Niepozbawione czarnego humoru („O, matko!”), trafnych obserwacji („Młodzież szuka sensacji”), odrobiny ironii (imprezowa „Kate Moss”) oraz popkulturowych alizji („Autostrada 666”).

„Głupi” przypomniał mi trochę oczywisty fakt, że nie należy oceniać całego albumu po singlach. One mnie w sporej części odstraszyły do bliższego zapoznania się z tym albumem. Dobrym, ognistym, porządnie zrealizowanym i z kilkoma chwytliwymi numerami. Aż nie mogę się doczekać następnego albumu.

7,5/10

Radosław Ostrowski