Grudzień 1944. Tytułowy Stalag 17 to obóz jeniecki znajdujący się gdzieś w okolicy Dunaja, a znajdują się sami sierżanci. Jednym z nich jest obrotny oraz cwany J.J. Sefton, który jest zdystansowany wobec całego otoczenia. Nie pomaga mu to specjalnie, bo w stalagu jest zdrajca, donoszący Niemcom o wszelkich tajemnicach. Przekonanie to potęguje się w momencie nieudanej ucieczki Manfrediego i Johnsona.

Nakręcenie filmu o obozie jenieckim kilka lat po zakończeniu II wojny światowej może wydawać się karkołomnym przedsięwzięciem. Jednak Billy Wilder w 1952 roku podjął się tego ryzyka, dodatkowo idąc w stronę nie do końca poważnego tonu. I w zasadzie trudno ten film jednoznacznie ocenić. Bo z jednej strony bardzo przekonująco jest przedstawione jak łatwo można oskarżyć człowieka bez jednoznacznych dowodów. Wtedy „Stalag” jest pełnokrwistym dramatem oraz studium ludzkich zachowań. Oskarżenie, szczucie i izolacja – taka jest cena oskarżeń, wynikających ze sprytu, handlowania z Niemcami (za papierosy można zdobyć niemal wszystko). Problem jednak zaczyna się, gdy pojawiają się elementy humorystyczne oraz próby realistycznego pokazania życia w obozie. Apele, spacery, próby ucieczki, listy od rodzin itp. – niby nic wielkiego, jednak są tutaj pewne uproszczenia.

I nie chodzi o bimbrownię, wyścigi koni stanowiące rozrywkę czy scenę indoktrynacji za pomocą „Mein Kampf” (najzabawniejsza scena filmu), ale momenty ocierające o czysty absurd. Tylko tak można nazwać scenę, gdy dwóch jeńców udając malowanie farbą docierają do żeńskiej części obozu i dostają za to tylko reprymendę zamiast kulki w łeb. Podobnie jest z postacią feldfebla Schultza, który jest bardzo dowcipny, wyluzowany oraz jowialny wobec tego wesołego baraku. Podejrzewam, ze mogło to wynikach z próby zabliźnienia ran po II wojnie światowej, a dzisiaj fanów obozowych opowieści może rozdrażnić ta schizofrenia stylistyczna.

Muszę jednak przyznać, że dobrze się to oglądało. Wątek poszukiwania zdrajcy trzyma w napięciu, chociaż dość szybko dowiadujemy się jak ją przekazywane informacje, ale nie wiemy przez kogo. Akcenty humorystyczne odbieram jako próbę zachowania względnej normalności wobec bierności oraz prób ucieczki. Stąd m.in. podglądanie Rosjanek czy taneczna zabawa świąteczna – naprawdę śmiałem się z tego i to bardzo.
„Stalag” jest też bardzo dobrze zagrany, a z całej tej ferajny najbardziej wybija się wspaniały William Holden. Cyniczny, obrotny Sefton wzbudza zarówno podziw swoją pomysłowością, jak i zawiść wśród kolegów. Jednak mimo niepatriotycznej postawy jest w porządku i wzbudza sympatię swoją szorstką elegancją, a próby dojścia do prawdy muszą budzić respekt. Reszta aktorów też bardzo dobra (ze świetnym Otto Premingerem jako komendantem obozu) i odnajdująca się w swoich rolach.

„Stalag” troszkę się zestarzał, ale jak każdy prekursor gatunku – nadal potrafi być interesujący. To dobre kino z silnym akcentem komediowym, co może się nie spodobać wielu osobom. Mi to nie przeszkadzało czerpać frajdy z seansu.
7/10
Radosław Ostrowski





