Pies i Robot

Co jest potrzebne do zrobienia dobrej animacji? Odpowiednia technika (ręcznie rysowana, generowana komputerowo, poklatkowa), wysoka jakość animacji, ciekawe postacie i angażująca historia. To się wydaje w teorii łatwe, lecz największą uwagę zwraca się na animację. Czy w czasach zdominowanych przez animację komputerową może zostać zauważona produkcja w innej formie? Przykłady dzieł takich studiów jak Aardman, Laika czy Cartoon Saloon pokazują, że tak. Do tego grona dołącza hiszpańska animacja „Pies i robot”.

Akcja toczy się w Nowym Jorku lat 80., gdzie żyją antropomorficzne zwierzęta. Nie ma żadnych ludzi, żeby nie było jasności. Głównym bohaterem jest pies, co mieszka sam w domu, prowadzi bardzo monotonne życie. I czuje się bardzo, baaaaaardzo samotny. Ale pewnego wieczora widzi reklamę w telewizji, gdzie można kupić… robota jako przyjaciela. Na co nasz czworonóg decyduje się bez wahania. Ale robot musi być z Ikei, bo trzeba go samemu złożyć. Udaje mu się to zrobić, powoli tworząc silną więź. Wspólne spacery, granie w Ponga, jazda na wrotkach, wreszcie wypad na plażę. I tutaj próbując wrócić do domu, robot nie może wstać. Nasz pieseł nie ma w sobie tyle siły, by go podnieść, więc musi go zostawić. Jednak następnego dnia plaża zostaje zamknięta do 1 czerwca, co komplikuje sprawę.

Za film odpowiada hiszpański reżyser Pablo Berger, który przykuł uwagę widzów nakręconą w 2012 roku „Śnieżką”. Tamten film aktorski był stylizowany na kino nieme, ale potem twórca kompletnie zniknął. Teraz rzucił się na animację, która jest bardzo prosta w formie. Ręcznie rysowana, lecz jednocześnie na tyle szczegółowa, by coś wypatrzyć na dalszym planie. Twórcy bardzo dokładnie odtwarzają czas akcji, czyli Nowy Jork lat 80. Kiedy blisko siebie grał punk, disco i rap, dwie wieże World Trade Center jeszcze istniały, zaś telefony były albo stacjonarne, albo w budkach. O komputerach typu Atari 2600 i kasetach video nawet nie wspominam. Jest tu kilka odjechanych scen snów (fantastyczna scena tańca wielkich kwiatów i robota czy ożywiony bałwanek, idący na… kręgle), dających spore pole kreatywności wizualnej.

Jednak sama historia (pozbawiona dialogów) jest w zasadzie bardzo prosta. Ale także bardzo angażująca i, ku mojemu zaskoczeniu, pełna… smutku. W końcu jest to opowieść o samotności i szukaniu przyjaźni. Pierwsze interakcje naszych bohaterów mają w sobie masę uroku oraz ciepła, jak nasz robot niemal jak dziecko zachwyca się światem. Widać to na zmieniającej się twarzy i wydawanych odgłosach. Z czasem pojawiają się zaskakująco mroczne (robot trafiający na wysypisko śmieci czy pojawienie się na plaży wioślarzy), co daje całości słodko-gorzkiego smaku. Z jednej strony zabójczo chwytliwa muzyka (nieśmiertelne „September” Earth, Wind & Fire, które nabierze kolejnej młodości) oraz masa ciepłych scen (ptak zakładający gniazdo przy robocie czy Pies poznający Kaczkę), ale z drugiej potrafi wejść w poważniejsze tony. Co dobitnie pokazuje słodko-gorzkie zakończenie – inne wydawałoby się bardzo nie na miejscu.

To bardzo skromny, pozornie nie wyróżniający się z tłumu film, wizualnie bardzo niedzisiejszy. Ale dzieło Bergera ma w sobie zaskakująco dużą ilość uroku i ciepła, jakiego dawno w animacji nie widziałem. Refleksyjne, mądre, pełne emocji kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Śnieżka

Opowieści o Śnieżce to było filmowanych wiele. Wydawałoby się, że już nic nie można nowego wymyślić w tej historii. Jednak pewien hiszpański reżyser Pablo Berger postanowił wnieść odrobinę świeżości tworzą niemą baśń o Śnieżce. Ale zaraz? Niemą? W XXI wieku? Ano tak. Po sukcesie francuskiego „Artysty”, który był hołdem dla niemego kina, nie jest to zaskakujące.

A więc co mamy? Zamiast króla jest bardzo popularny torreador, który ma wypadek. Żona zmarła przy porodzie, zaś bardzo troskliwa pielęgniarka zostaje wkrótce jego żoną. Zaczyna izolować sparaliżowanego męża od świata, a zwłaszcza od jego córki, Carmen. W końcu dziewczyna staje się niewygodna i macocha próbuje ją zabić, co się nie udaje. Na skutek zbiegu okoliczności, trafia pod opiekę siedmiu torreadorów (niskiego wzrostu). Dalej nie będę opowiadał,bo przeniesienie realiów opowieści do przedwojennej Hiszpanii było strzałem w dziesiątkę, który mocno odświeżył znaną historię.

sniezka3

Realizacja jest tak jak w niemym filmie (poza tym, że obraz jest dużo lepszy), czyli mamy plansze, nie ma dźwięku, muzyka towarzyszy nam non stop. Pytanie tylko czy w ten dość mocno archaiczny sposób można przekazać emocje? Jak najbardziej. Sama historia pozornie znana i prosta, okazuje się bardzo zaskakująca. Zdjęcia są piękne jak tylko czerń i biel być może piękna, natomiast montaż jest bardziej współczesny (końcówka, gdzie rytmicznie następują retrospekcje czy przebitki czy równoległy) i z każda minuta „Śnieżka” zaczyna zyskiwać, będąc czymś więcej niż tylko zabawą w stylizację na nieme kino, tylko poruszająca baśnią z dość zaskakującym finałem.

sniezka1

Z kolei aktorzy musieli się naprawdę wykazać, bo pokazać emocje tylko i wyłącznie za pomocą swojego ciała (nie, nie chodzi mi o rozbieranie się przed kamerą) to jest naprawdę wyzwanie, ale to się udało. Na wyżyny swoich umiejętności wskoczyły Macarena Garcia jako tytułowa Śnieżka oraz Maribel Verdu jako macocha. Ta pierwsza to naiwna, ale czarująca dziewczyna, która w walce z bykiem nie ma sobie równych. Ta druga to klasyczna femme fatale, która doprowadza mężczyzn do upadku i jest naprawdę zła.

sniezka2

Początek „Śnieżki” może wydawać się dość dziwaczny (zamiast królewny i króla – byki i corrida), ale Berger wie, co robi. Z każdą minutą rozkręca się to nietypowe love story. Przed seansem zaopatrzyć się w chusteczki – mogą się przydać.

7/10

Radosław Ostrowski