Anna jest samotnie wychowującą matką Andersa. Objęta programem ochrony świadków (ojciec próbował zabić jej syna), mieszka sama w bloku. Nie czując się bezpiecznie w nowej okolicy, decyduje się kupić elektroniczna nianię, by mieć dziecko pod kontrolą. Wtedy zaczyna słyszeć dźwięki morderstwa, a potem widzi mężczyznę noszącego worek ze zwłokami.

Więcej nie mogę powiedzieć, bo „Babycall” jest filmem-łamigłówką, w którym wszystko ma znaczenie, a powiedzenie jednego słowa za dużo może zepsuć przyjemność z seansu. Chociaż w tym przypadku, wiele rzeczy nie zostało tu dopowiedzianych i wyjaśnionych do samego końca. Gatunkowo jest to psychologiczny thriller, w którym jest wiele niejasności i tajemnic, co z jednej strony dale szerokie pole do interpretacji, z drugiej wywołuje dezorientację. Nie pomaga wolne tempo i spokojne, ale konsekwentnie budowany klimat. Ciągle balansujemy na granicy jawy i snu, a finał choć przewidywalny, robi wrażenie.

Ale ten film broni się dzięki fantastycznej Noomi Rapace. Anna to kobieta, która ciągle czuje się zagrożona (widać to na jej twarzy), jest nieufna, a każdy dźwięk i sytuacja znaczy dla niej więcej. Miałem wrażenie, że kobieta ta balansuje na granicy obłędu (jezioro, które tak naprawdę jest parkingiem). I pod tym względem ten film wydaje się interesującą propozycją. Niezłym dreszczowcem z mroźnej Skandynawii, choć trochę zbyt tajemniczym i niejasnym.
6/10
Radosław Ostrowski
