Monument

Zaczyna się dość banalnie. Grupa młodych ludzi jedzie autobusem w nocy. To studenci hotelarstwa, przybywający na praktyki do hotelu w celu zdobycia zaliczenia. Tam kierowniczka niemal wszystkich trzyma za pysk i daje im wejść na głowę. Wszyscy mają jednakowy uniform, a nawet plakietki mają takie same imiona oraz mają określone zadania do wykonania. Sprzątanie, usuwanie szczurów, wymiana pościeli i czyszczenie pewnego pomnika na zewnątrz. Z czasem jednak coraz bardziej zaczynają się dziać dziwne rzeczy.

monument3

Jagoda Szelc już w swoim debiucie pokazała, że zamierza iść własną drogą i tworzyć kino absolutnie nie dla każdego. „Monument” był filmem dyplomowym dla studentów IV roku Wydziału Aktorskiego łódzkiej Filmówki, która dała na produkcję… 200 tysięcy złotych. Za takie pieniądze jednak nie można za bardzo zaszaleć, a do tego trzeba każdemu studentowi dać szansę zabłysnąć. Takie ograniczenia raczej przeszkadzają, ale dla reżyserki nie jest to żaden problem. Film wygląda bardzo zawodowo oraz na droższy, a jednocześnie kompletnie olewa klasyczną konstrukcję i narrację. Historia zaczyna rozpadać się na zbiór scenek, gdzie przenosimy się do każdej grupki na różne miejsca. Od hotelowego pokoju, kuchnię, pływalnię, piwnicę oraz tego cokołu/monumentu, który mimo czyszczenia ciągle jest brudny.

monument1

Lawirujemy między psychodramą, horrorem a… no właśnie, czym. Kolejne minuty zaczną wywoływać mętlik w głowie. Normalność zaczyna być przełamywana jakimiś pokręconymi sytuacjami. Czas wydaje się jakby zakrzywiony, ciągle panująca noc, zaś zachowania studentów coraz bardziej wymykają się sensowi. Trzy dziewuchy w hotelowym pokoju palące papierosy, dziewczyna jedząca szczury, lekko chorowity chłopak jakby zombiak czy czyszczenie cokołu.

monument2

To dopiero początek tego wariackiego snu jakby wziętego z kina Davida Lyncha, obecny równie w debiucie. Świetnie opanowany światłocień, niemal chropowata kolorystyka, a w tle jeszcze słyszymy przemielone dźwięki oraz… wiadomości z telefonów. Nie brakuje repetycji, pewnej monotonii zdarzeń, co wywołuje dezorientację i próbę znalezienia odpowiedzi na jedno pytanie: co ja tu obejrzałem? Czy to jest opowieść o dehumanizacji, buncie, zachowaniu własnego charakteru, dewiacjach? A może to jakiś senny koszmar, stworzony przez jakieś majaki? Zakończenie częściowo daje odpowiedź i potrafi mocno uderzyć swoim oniryczno-szamańskim klimatem.

Od dawna nie miałem takiej sytuacji, że nie potrafię opisać wrażenia, jaki wywołuje film. „Monument” na pewno będzie we mnie siedział, stanowiąc poważną układankę do rozwiązania. Widzę klocki, ale jeszcze nie wiem jak je dopasować. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że jeszcze do niego wrócę.

?/10

Radosław Ostrowski

Ja teraz kłamię

Wyobraźcie sobie takie show, gdzie wy jesteście osobami decydującymi. Konfesjonał Gwiazd – tutaj celebryci opowiadają o swoich rzeczach i grzechach, a w zamian dostają dużą kasę. I wy, widzowie, głosujecie telefonami: wierzycie im lub nie. Przed wami troje postaci: aktorka poruszająca się na wózku, reżyser nie mogący znaleźć zatrudnienia oraz piosenkarka po uzależnieniu od narkotyków. Prowadząca, ubrana w turban Kai, wierzy im, ale widownia nie. Od tego momentu poznajemy historię każdego z nich.

ja teraz klamie1

Reżyser Paweł Borowski wraca po 10 latach przerwy. Artysta-plastyk oraz felietonista tworzy tutaj bardzo odrealniony świat przyszłości z perspektywy tzw. wyższych sfer. Ludzi bogatych, pragnących sławy i uwielbienia takich szarych ludzi jak ty i ja. Ludzi podatnych na manipulację oraz oszustwo, bo przecież pragniemy sensacji, makabry oraz tragedii. Z kolejnymi wydarzeniami dostajemy kolejne informacje oraz tajemnice skrywane przez naszych bohaterów. Kolejne tajemnice, jakieś morderstwo, kłamstwa, pęknięcia oraz trzy relacje. Kto kłamie, kto mówi prawdę, kto manipuluje i steruje innymi? Niby nic nowego, ale reżyser robi wszystko, by tutaj pogmatwać, skomplikować oraz namieszać we łbie.

ja teraz klamie2

Najbardziej wybija się tutaj strona wizualna oraz osadzenie w retro-futurystycznej otoczce. Scenografia jest wręcz piorunująca, przypominająca klasyczne kino SF (komputery w kształcie lekko powiększonych maszyn do pisania, „pocztówki”, telewizory czy stare samochody). Także pozornie minimalistyczne studio Kai potrafi zaintrygować. Nie wspominam jeszcze o bardzo wyrazistych kostiumach czy bardzo staroświecko brzmiącej muzyce elektronicznej. Ale największą robotę wykonuje praca kamery Arka Tomiaka. I nie chodzi o pokazanie tej rozbuchanej wizji, lecz sztuczki związane ze zmianami perspektywy, co jeszcze bardziej podkręca tą rzeczywistość. Obłędna robota, jakiej na naszym podwórku zwyczajnie nie widziałem, chyba nigdy.

Problem mam jednak z samą fabułą – pozornie prostą i szczątkową, coraz bardziej komplikującą się. Tylko, że w połowie zacząłem podejrzewać jakąś grubymi nićmi szytą mistyfikację. Pokazywanie tych samych scen zaczyna robić się monotonne i nie prowadzi donikąd. Zaś samo rozwiązanie zagadki jest mało satysfakcjonujące i skręca w stronę jakiejś opery mydlanej. Chociaż może to też jest jakieś oszustwo (ostatnia scena), ale nawet wtedy rozczarowuje.

ja teraz klamie3

I nawet aktorstwo nie jest do końca wykorzystane, a wiele znanych twarzy (Więckiewicz, Chabior, Woronowicz, Dziędziel, Kulig) pełni tak naprawdę role epizodyczne. Z tego całego grona najbardziej wybijają się cztery kreacje, czyli Agata Buzek (prowadząca Kai z turbanem na głowie przypomina uważną korbę), Maja Ostaszewska (aktorka Celia), Rafał Maćkowiak (reżyser Matt) oraz Paulina Walendziak (piosenkarka Yvonne). Choć pozornie nie są za bardzo zarysowani, to cały ten kwartet wyciska ze swoich postaci wszystko, co się da.

ja teraz klamie4

Ciężko mi jednoznacznie ocenić ten film. Z jednej strony jest oszałamiający wizualnie oraz ma świetną stylizację na retro-futuryzm, ale z drugiej wydaje się troszkę wydmuszką i niewykorzystującym potencjał całej obsady. Nie mniej jest to jeden z bardziej intrygujących polskich filmów SF.

6,5/10

Radosław Ostrowski