Lato miłości

Byłem całkowicie przekonany, że nic z Pawła Pawlikowskiego do mnie nie przemówi. Jego ostatnie, czarno-białe i zdobywające wszelkie wyróżnienia „Ida”, „Zimna wojna” oraz najnowsza „Ojczyzna” oczarowywały swoją audio-wizualną oprawą, ale na poziomie emocjonalnym były mi obojętne, wręcz – nomen omen – zimne. Dlatego ze sporą ostrożnością podchodziłem do powstałego w 2004 roku „Lata miłości”. Jak się okazało, niepotrzebnie.

Tym razem trafiamy do małej wioski gdzieś w Yorkshire, gdzie mieszka Mona (Natalie Press) razem z bratem Paulem (Paddy Considine). Ona spotyka się ze starszym facetem, co ma rodzinę, on – niczym prezydent USA George W. Bush – odnalazł Jezusa i zamienia pub w centrum modlitw. Trwa lato, więc w zasadzie za bardzo zbyt wiele do roboty. Wtedy w życiu dziewczyny pojawia się Tamsin (Emily Blunt) – także nastolatka, która chodzi do szkoły z internatem, a do wioski przybywa tylko na wakacje. W mocno zarośniętym pałacu, razem z rodzicami.

Pawlikowski mieszkający wówczas w Wielkiej Brytanii niby jest taki, jakiego znamy. Czyli bardzo oszczędny w dialogach, skupiony na budowaniu atmosfery oraz masy niedopowiedzeń. W zasadzie jest to inicjacyjna historia pierwszej miłości, pokazana z perspektywy Mony. Dziewczyna z jednej strony wydaje się pozbawiona złudzeń, nie potrafiąca dogadać się ze swoim „nawróconym” bratem, a z drugiej ma w sobie sporą dawkę naiwności oraz niewinności. I to zauroczenie czuć od pierwszego spotkania z Tamsin, zaś wszystkie momenty mają w sobie coś magicznego. To poczucie znalezienia drugiej połówki, będącą całkowitym przeciwieństwem – pewną siebie, inteligentną, ewidentnie z wyższych sfer. Czy coś takiego ma prawo zadziałać? W połączeniu z pięknymi krajobrazami oraz bardzo delikatną muzyką duetu Goldfrapp tworzy się z tego mocna mieszanka, przypominająca zarówno „Piknik pod Wiszącą Skałą” jak i „Niebiańskie istoty” czy – z nowszych tytułów – „Tamte dni, tamte noce”. Choćby podczas schadzki przy jeziorze, nocnym ognisku czy po zażyciu „grzybków” – tego nie da się wymazać z głowy. Dlatego tak mocno uderza zakończenie, które zmienia wszystko do góry nogami.

Jeszcze bardziej zdziwiła mnie forma „Lata miłości”. I nie chodzi o to, że jest to film w kolorze, ale jak dużo jest tutaj kręcenia z ręki czy zbliżeń. Co tworzy mieszankę pięknych krajobrazów z bardzo dokumentalną formą. Jak silny jest kontrast między tym a ostatnimi, bardziej wyrafinowanymi wizualnie dziełami Polaka. Jednak najmocniejszym punktem jest fantastyczna obsada, składająca się wówczas z mniej znanych twarzy. Na pierwszy ogień wchodzą magnetyzujące Emily Blunt oraz Natalie Press, czyli bardziej dominująca Tamsin i o wiele bardziej delikatna Mona. Chemia między nimi jest bardzo silna, nie pozwalając oderwać oczu od nich, zarówno podczas scen dialogowych jak też chwilach wyciszenia, pokazując bardziej złożone postacie niż mogłoby się wydawać. Jest też jeszcze mocny Paddy Considine w roli nawróconego Paula, który wydaje się mocno wierzyć. Jednak czy ta wiara jest naprawdę mocna, czy tylko kolejną maską dla zagubionego mężczyzny? Na to sami odpowiedzcie.

Chyba nie będzie zaskoczeniem, ale „Lato miłości” jest dla mnie – na razie – najlepszym filmem w dorobku Pawlikowskiego. Pełnym nieopisanego uroku oraz magii, która może wydarzyć się tylko latem i tylko w wieku nastoletnim. Duża niespodzianka w dorobku Polaka.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ojczyzna

Każdy z nas ma przynajmniej jednego reżysera, którego produkcje zbierają pochwały czy wręcz spotykają się z ogromnym entuzjazmem, ale do was kompletnie nie przemawia. Taka jest mora relacja z Pawłem Pawlikowskim – uznanym za granicą polskim reżyserem, którego filmy wyglądają pięknie, mają dobrych aktorów i są sprytnie napisane. Jednak na poziomie emocjonalnym nigdy do mnie nie trafiały. Dlatego do jego najnowszego, nagrodzonego na niedawnym festiwalu w Cannes filmu „Ojczyzna” podchodziłem z ostrożnością.

Tym razem jesteśmy w Niemczech roku 1949 – kraju podzielonym na dwie strefy wpływów: amerykańską i radziecką. Kraju powoli odbudowującym się, pełnym gruzów i próbującym się na nowo odnaleźć. Do właśnie tutaj przybywa od lat mieszkający w USA pisarz Thomas Mann (Hanns Zischler) razem ze swoją córką, Eriką (Sandra Huller). Kobieta jest także jego sekretarką oraz tłumaczką. Oboje wyruszają w podróż po Niemczech, a pretekstem jest przyznanie pisarzowi Nagrody Goethego we Frankfurcie nad Menem oraz – znajdującym się w sowieckiej strefie – Weimarze. Miał z nim towarzyszyć także Klaus (August Diehl), który przebywa w Cannes, lecz się nie pojawia.

„Ojczyzna” na pierwszy rzut oka wydaje się obracać wokół tematów obecnych w „Idzie” oraz „Zimnej wojnie”: kwestie tożsamości, odnalezienia się w nowym świecie po wojnie czy wykorzystywanie sztuki jako narzędzia propagandy. Ale do tego mamy jeszcze też kwestię żałoby (pojawiający się na początku film Klaus przedawkowuje leki i umiera), która może budzić skojarzenia z niedawnym „Hamnetem” Chloe Zhao. Wszystko to pokazane w bardzo drobnych scenkach i interakcjach jak rozmowa pisarza z wnukami Wagnera w sprawie przywrócenia festiwalu na cześć artysty, będącego ulubionym artystą nazistowskiego dyktatora; spotkanie Eriki z byłym mężem, będącym inspiracją dla postaci z powieści Klausa Manna „Mefisto” czy przywitanie w Weimarze z udziałem chóru dziecięcego. Całość wygląda nadal pięknie (jak zawsze niezawodny Łukasz Żal jako autor zdjęć), w tle słyszymy eklektyczną mieszankę muzyczną (od jazzu po klasykę pokroju Bacha czy Wagnera), zaś oszczędne dialogi mają chwilę błyskotliwości.

Jednak mam ciągle jeden i ten sam problem, co z poprzednimi filmami Pawlikowskiego: emocjonalny chłód oraz obojętność. Bardzo wiele trzeba doszperać i wyciągać z tego, co niewypowiedziane, tłumione i ukryte. Reżyser z jednej strony jest bardzo skupiony na wizualnej estetyce, co bardzo porywa i jest w stanie oczarować, ale z drugiej wszystko to działa tylko na poziomie intelektualnym. A choć całość jest bardzo krótka (zaledwie 80 minut) oraz zwarta, sprawia wrażenie nagle urwanej.

Jeśli komuś podobały się „Ida” oraz „Zimna wojna”, to zdecydowanie w „Ojczyźnie” znajdzie sporo dobra. Ale dla mnie Pawlikowski nie potrafi przełamać emocjonalnego chłodu i bardziej mnie zaangażować, na co po cichu liczyłem. Może z następnym filmem będzie inaczej.

6/10

Radosław Ostrowski

Zimna wojna

Rok 1949, czyli II wojna światowa niedawno się skończyła, a nikt nowej wojny zaczynać nie chce. Teraz nadchodzi czas budowania stabilizacji oraz triumfu nad kapitalistycznym, zgniłym zachodem, także na polu kulturalnym. Dlatego zostaje powołany Zespół Pieśni i Tańca „Mazurek”, który ma grać muzykę oraz pieśni ludu pracującego z czasów dawnych. Grupą kierują kompozytor oraz pianista Wiktor, odpowiedzialna za taniec Irena Bielecka, a także szofer i reprezentant władzy Kaczmarek. A wśród uczestniczek czegoś na kształt castingu jest zadziorna Zula, która chce się wyrwać stąd. I to ona wpada w oko naszemu pianiście, a resztę możecie sobie dopowiedzieć.

zimna_wojna1

Paweł Pawlikowski stał się reżyserem, który dokonał tego, czego żaden inny polski reżyser nie dokonał – zdobył Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Dlatego każdy jego kolejny film automatycznie będzie miał wysokie oczekiwania. Sam film w założeniu miał być melodramatem, dziejącym się na przestrzeni kilkunastu lat, w których losy naszej niby-pary przeplatają się ze sobą przez wiele części Europy (zachodnie Niemcy, Francja, Jugosławia, Polska), co po części tłumaczy poszatkowaną narrację, gdzie wiele rzeczy istotnych dzieje się poza kadrem. Być może (nie, na pewno) to spowodowało, że nie byłem w stanie uwierzyć w ten romans bez romansu. I nawet nie chodzi o to, że ta miłość jest bardziej deklarowana niż wyczuwalna (chociaż to też jest bardzo poważny błąd), ale zachowania dokonywane pod ich wpływem wydają się kompletnie niezrozumiałe (próba powrotu Tomasza do kraju czy Zula nie decydująca się uciec do Berlina Zachodniego). Ja rozumiem, ze miłość robi z człowieka osobę nie zawsze działającą w sposób racjonalny, ale nawet to mnie nie przekonało. Te rozstania i powroty mają chyba na cel pokazać, że ta miłość wystawiana na próbę przez historię oraz los, który gra wszystkim na nosie.

zimna_wojna2

No właśnie, czy to była miłość? Skoro oboje ze sobą nie potrafią funkcjonować (wydarzenia z Paryża), a Wiktor – bo z jego perspektywy poznajemy całą opowieść – coraz bardziej zaczyna się dusić. Reżyser bardziej stawia tutaj na spojrzenia, gesty, rzadko wypowiadane słowa. Ale chciałoby się więcej wiedzieć, więcej odkryć, lecz Pawlikowski nie daje na to żadnych szans. I to jest dla mnie największy problem – za dużo znaków zapytania. Trudno jednak „Zimnej wojnie” odmówić czegoś w kwestii audio-wizualnej. Piękne zdjęcia Łukasza Żala (nie tylko dlatego, że są czarno-białe) są same w sobie małymi dziełami sztuki – serio, każde ujęcie mogłoby być tapetą na ekranie komputera, zaś muzyka (nie tylko ludowa, ale jazz zaaranżowany przez Marcina Maseckiego) gra naprawdę cudownie. Tylko to wszystko jest tylko i wyłącznie otoczką dla (świadomie) dziurawego scenariusza.

zimna_wojna3

Aktorsko jest, szczerze mówiąc, troszkę nierówno. Film kradnie Borys Szyc w roli cwanego partyjniaka Kaczmarka, ze swoim świętoszkowatym wyrazem twarzy. Choć pojawia się dość rzadko, zapada w pamięć bardzo mocno. Tak samo jak Agata Kulesza (Irena Bielecka), która znika zaskakująco szybko. A jak główna para? Tomasz Kot w roli Wiktora jest bardzo wycofany, tajemniczy, przez co trudno wejść w jego umysł oraz psychikę, ale potrafi zaintrygować. Ale problemem jest dla mnie Joanna Kulig, a dokładnie z jej postacią. Z jednej strony jest bardzo prostą kobietą z dość trudną przeszłością, z drugiej bardzo wyrachowaną cwaniarą, próbującą się wybić. Tylko, że te dwa elementy nie chcą się w żaden sposób ze sobą połączyć, co wywołuje ogromny zgryz. A chemii między tą parą kompletnie nie czuć – jest zimno niczym na Syberii, choć miało być zupełnie inaczej.

Takie filmy jak „Zimna wojna” są bardzo problematyczne w ocenie, wywołuje we mnie bardzo skrajne emocje. Audio-wizualny zachwyt oraz dość pewna ręka przy realizacji nie jest w stanie wywołać emocjonalnego zaangażowania. Ładny jest ten kościół, tylko Bóg jakoś nie chce przyjść.

6/10 

Radosław Ostrowski

Ida

Anna jest młodą dziewczyną wychowywaną przez siostry zakonne. Na kilka dni przed przyjęciem ślubów, poznaje swoją ciotkę Wandę, która opowiada o jej przeszłości. Dziewczyna jest Żydówką, której rodzice zostali zamordowani w trakcie wojny. Ida, bo takie jest prawdziwe imię siostry Anny, próbuje z Wandą odnaleźć grób swoich rodziców.

ida1

Jeśli w tej chwili przychodzą wam skojarzenia z „Pokłosiem” Pasikowskiego, muszę was rozczarować: są one trafne, jednak najnowszy film Pawła Pawlikowskiego (polski reżyser mieszkający i tworzący w Wielkiej Brytanii) nie ma takiej siły ognia. Owszem, jest to bardzo stylowe i eleganckie kino utrzymane w czarno-białej kolorystyce. Jednak poza warstwą wizualną w tym filmie nie ma tutaj niczego ciekawa, bo sama opowieść jest w stylu: „idziemy z punktu A do punktu B, rozmawiamy z kimś, ruszamy do punktu C, rozmawiamy” itd. To jeszcze bym przeżył, nawet dość powolne i monotonne tempo, ale dwie sprawy. Po pierwsze, ponieważ jest to polski film, jakość dźwięku pozostawia wiele do życzenia i nie wszystko byłem w stanie wychwycić. Po drugie, warstwa realizacyjna przyćmiewa całą fabułę i odwraca od niej uwagę. I prawdę powiedziawszy, miałem gdzieś to, co się będzie dalej działo. Czyli był to totalny snuj.

Obsada niespecjalnie też porywa, może poza Agatą Kuleszą, czyli sędzia Wandą Gruz i Dawidem Ogrodnikiem (saksofonista Lis), którzy wnoszą odrobinę życia. Zwłaszcza Kulesza będąca niejednoznaczną bohaterką, znacznie ciekawszą od nudnej Idy (bezbarwna i monotonnie mówiąca Agata Trzebuchowska).

ida2

Więcej nie chce mi się dyskutować o „Idzie”, bo zamiast ciekawego i przynajmniej dobrego filmu, otrzymałem kompletnie nijakiego i mało interesującego snuja.

5/10

Radosław Ostrowski