Ringo zwany Nebraska

Czasy Dzikiego Zachodu nigdy nie były łatwe. Ale czasem potrafi pomóc pewien jeździec znikąd, pojawiając się we właściwym miejscu i czasie, by rozwiązać wszelkie problemy. Kimś takim jest niejaki Ringo zwany Nebraską – inteligentny, sprytny, z szybkim spustem. Pojawia się w ranczu Marthy’ego Hillmana oraz jego żony, Kay. Oboje są prześladowani przez niejakiego Cartera, który ma do nich wielkie pretensje.

ringo1

Kolejny włoski western, gdzie pośrednio realizował Mario Bava. I jeśli ktoś liczył na spaghetti western, to się musiał przeliczyć. Chociaż i tak jest lepiej niż zrealizowana w tym samym roku „Droga do fortu Alamo”. Intryga jest o wiele prostsza, podział na dobrych i złych zachowany oraz sygnalizowany kolorami, ale nasz bohater pozostaje nie do końca facetem z jasną motywacją. Zarzewie konfliktu jest nam zdradzane bardzo powoli, wyrzucając karty dopiero w finale. Ta kameralna historia sprawdza się całkiem nieźle, chociaż zwroty akcji są przewidywalne (aresztowani zbiegowie zostają wypuszczenia). Niemniej jest parę przyjemnych momentów, ładnie sfotografowanych bijatyk (tutaj elementy dekoracji są wykorzystane, zaś ciosy są mocne), zaś kilka kul zaświszczy. W tle gra przyjemna muzyka a’la Ennio Morricone (gitara, trąbki), plenery wyglądają bardziej surowo niż w USA, a i technicznie jest po prostu solidnie.

ringo2

Także aktorstwo jest jak najbardziej w porządku. Znani z poprzednich filmów włoskiego mistrza Ken Clark (Ringo) oraz Piero Lulli (Carter), sprawdzają się w rolach antagonistów bardzo dobrze. Clark jest bardziej człowiekiem czynu z twardymi pięściami oraz celnym okiem, z kolei Carter jest bardziej bezwzględny, stosujący podstęp oraz nieczyste zagrania. Dla mnie największym problemem była Yvonne Bastien, czyli Kay. Kobieta brzmi sztucznie, bardzo nieprzekonująco, a jej postać – mająca w zamyśle być więźniem pewnej dawnej umowy – drażniła swoją deklaratywnością.

„Ringo” to całkiem przyjemny, choć może zbyt prosty western z europejskiej ziemi. Z dzisiejszej perspektywy jest niezbyt oryginalny, jednak potrafi parę razy wciągnąć i ma solidną obsadę. Wstydu nie ma.

5,5/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Operacja strach

Małe miasteczko, gdzieś daleko, gdzie diabeł mówi dobranoc. To tutaj przybywa dr Eswai, którego ściągnął inspektor Kruger. Ponieważ doszło tutaj do dość niejasnej śmierci pewnej kobiety, inspektor prosi doktora o przeprowadzenie autopsji. Okazuje się, że denatka miała wszytą w serce monetę, a miejscowi wierzą, że nad miasteczkiem krąży klątwa. Lekarz nie wierzy w te opowieści, a w sprawie pomaga mu Monika, która niedawno wróciła do miasteczka.

operacja_strach1

Mario Bava wraca do gotyckiego horroru, toczącego się gdzieś na początku wieku XX. Sama historia to zderzenie racjonalnego umysłu z ludowymi przekonaniami i przesądami, czyli klasyczne podejście do grozy. Samo miasteczko wydaje się strasznie puste, pełne ruin, cmentarza oraz tajemnicy. Gdzieś w tle słychać jakieś śmiechy oraz hałas, a noc jest znacznie ciemniejsza niż zwykle. Gdy jeszcze dodamy do tego panującą zmowę milczenia, a także elementy nadprzyrodzone, będziemy mieli do czynienia z poważną zagadką. Jednak Bava jest za sprytny, by od razu rzucić rozwiązanie, chociaż pewnych rzeczy możemy się domyślać. Historia potrafi zaciekawić, intryga pokazuje kolejne tajemnice oraz elementy układanki. Ale też paroma prostymi sztuczkami potrafi przestraszyć – nagłym zamknięciem drzwi, samym śmiechem, bijącym dzwonem nie pociąganym za sznurek. Ale tak naprawdę największą robotę robi dziewczynka. W momencie, gdy dotyka okna, kamera gwałtownie przyspiesza, a jej obecność rozkręca spiralę przemocy (wyjątkowo stonowanej i dziejącej się poza kadrem).

operacja_strach2

I tak jak większość filmów Bavy, także i „Operacja strach” ma bardzo piękną stronę plastyczną. Kamera jest tutaj spowita mrokiem, jednak każde miejsce wygląda imponująco. Zarówno surowa kostnica, pełna światła oberża, jak i siedziba pewnej tajemniczej wiedźmy, wiedzącej więcej niż reszta. Ale tak naprawdę największe wrażenie robi willa madame Graps z zakręconymi schodami, niepokojącym pokojem z lalkami oraz właścicielką. Do tego klimat podkręca pełna organowych dźwięków muzyka, sprawny montaż z całkiem niezłymi dialogi oraz lekko surrealistyczna aura.

operacja_strach3

Zaskakująco dobre jest tu aktorstwo, choć wiele postaci jest bardzo delikatnie naszkicowanych. Zarówno nasz sympatyczny protagonista (Giacomo Rossi-Stuart), jak i inspektor (Piero Lulli) są reprezentantami racjonalnego podejścia do wydarzeń, chociaż ten drugi wyraża to w bardziej ekspresyjny sposób. Po drugiej stronie mamy magnetyzującą Ruth (zjawiskowa Fabienne Dali), skrywającą wiele tajemnic oraz niewinną Monikę (śliczna Erika Blanc), wokół której krąży pewna niejasna przeszłość.

To wszystko potrafi wciągnąć, zaś sam Bava kolejny raz potwierdza klasę. Świetna reżyseria, wciągający scenariusz, przepiękne zdjęcia oraz techniczny poziom czynią „Operację strach” (ten tytuł jest bardzo słaby) jedną z bardziej klimatycznych horrorów lat 60. Wiele ze scen zostanie w pamięci na długo, zwłaszcza wydarzenia z willi.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071