Rumer – Into Colour

Into_Colour

O brytyjskiej wokalistce Sarze Joyce zwanej Rumer usłyszałem dwa lata temu, gdy nagrała wdzięczny album z coverami piosenek „Boys Don’t Cry”. Nigdy jednak nie miałem możliwości zapoznania się z jej własnymi utworami. Po okładce można domyślić się, że estetyka eleganckiego popu z dawnych lat i tutaj nas nie opuści.

Od strony produkcji artystkę wspiera Rob Shirakbari – klawiszowiec, producent współpracujący m.in. z Burtem Bacharachem. Zaczyna się od delikatnego wstępu pianistycznego w krótkim intro, który jest przygrywką do singlowego „Dangerous”. I tutaj jest inaczej – mocna perkusja, łagodnie płynące smyczki, funkowa gitara oraz pulsujący bas. Spokojniejszy i kojarzący się ze starymi knajpami jest „Reach Out”, gdzie gra fortepian, Hammond, smyki oraz trąbki. I przez większość czasu spędzonego na tym albumie mamy śliczne aranżacje, łagodne dźwięki gitary, fortepianu, co może działać nużąco. Rumer chyba musiała być tego świadoma, bo nie zabrakło bardziej żywiołowych akcentów. Klaskanie zgrane z basem w „Play Your Guitar”, minimalistyczny „Sam” czy bardziej dynamiczna „Pizza and Painball” (szybsza gra perkusji) dają kopa.

Jednak udaje się tutaj zachować spójność w tym melancholijnym „Into Colour”, co jest też zasługą ciepłego głosu wokalistki, który nie wywołuje znużenia. Ciepła, pogodna płyta w starym stylu, czyli absolutnie coś dla mnie. I mam nadzieję, że nie tylko dla mnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Walk Off the Earth – Sing It All Away

Sing_It_All_Away

Pięcioosobowa ekipa z Kanady grająca reggae i ska wsławiła się dzięki graniu coverów. Do tej pory wydali pięć albumów, trzy EP-ki, a członkowie grupy poza śpiewaniem są też multiinstrumentalistami. Gianni Luminati, Sarah Blackwood, Ryan Marshall, Mike „Beard Guy” Taylor i Joel Cassidy działają już prawie 10 lat i wracają z nowym materiałem.

Zaczyna się od mocnego, popowego uderzenia pełnego syntezatorów, dęciaków oraz bardziej epickiego rozmachu („Rule the World”), jednak nie jest to muzyka aż tak plastikowa jak by się można tego spodziewać. To znaczy bywa plastikowa, jednak nie wywołuje ona irytacji. Nie brakuje zarówno pozytywnej energii (karaibskie „I’ll Be Waiting”), skrętów w folk (banjo w „Home We’ll Go”) czy nawet w szanty (utwór tytułowy), jednak dominuje tutaj popowe brzmienie okraszone czasami dęciakami. Chociaż gitara elektryczna tez się potrafi odezwać („Alright”). Jednych to wkurzy, innym się spodoba. Trudno się przyczepić do głosów, bo słychać zgranie i lekkość z jaką wykonywane są poszczególne utwory. Moim ulubionym z tego zestawu jest niemal akustyczne „We Got Love”.

Trudno mi się przyczepić do tej płyty, bo to solidne popowe granie na poziomie. Może nie idealnie czy jakieś wybitne, ale nie o to tu chodzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Tame Impala – Currents

Currents

Muzyka australijska nie jest czymś powszechnie znanym czy popularnym. Tym większym zaskoczeniem był dla mnie trzeci album Tame Impali. Kapelą kieruje wokalista i producent Kevin Parker, a grają szeroko pojętą muzykę psychodeliczną.

Tylko ta psychodelia ilustrowana jest za pomocą elektroniki, a czas trwania utworów zdecydowanie może odstraszyć fanów „radiowego” grania. Jednak nie można odmówić przebojowości, co słychać w otwierającym całość „Let It Happen” – elektroniczne pasaże rozpływają się po przestrzeni, rytmiczne uderzenia perkusji nadają taneczny charakter, tak samo jak klaskanie i pstrykanie, ale pojawiają się też takie zapętlenia jakby zacięła się płyta, wokal Parkera został obroniony cyfrowo i pod koniec pojawia się podrasowana gitara elektryczna. Między piosenkami (nie wszystkimi) pojawiają się przedłużone, elektroniczne wstępy (eksperymentalny „Nangs” z wplecionymi smyczkami). Nawet jeśli pojawiają się bardziej agresywne fragmenty, to są łagodzone ciekawą aranżacją (pachnący latami 70. – kwestia basu oraz brzmienia gitary – „The Moment”, kosmiczny „Yes I’m Changing” – te pstrykania czy „Eventually” ze świetnym elektroniczno-perkusyjnym wstępem). Owszem, zdarzają sie mniej skomplikowane i prostsze kawałki („The Less I Know The Better” czy brudne  „Past Life” z chropowatym wstępem, który potem idzie w r’n’b), ale nie są to beznadziejne kompozycje. Bujający „‚Cause I’m A Man” czy bardziej chilloutowy „Reality in Motion” czynią album ciekawszym i bardziej intymnym.

Łagodny, niemal kosmiczny wokal Parkera współgra z kosmiczną atmosferą towarzyszącą podczas odsłuchu, chociaż dla wielu może wydać się monotonny i za spokojny. Ale całość ma w sobie to słynne coś, którego wszyscy szukają.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tori Amos – Under the Pink (deluxe edition)

Under_the_Pink

Po sukcesie swojej debiutanckiej płyty, Tori Amos poszła za ciosem, kontynuując alternatywne brzmienia popu oraz rocka (lekko zahaczonego). Trzeba było poczekać dwa lata na „Under the Pink”, a oceniony album to wersja deluxe z tego roku.

I jak zawsze Tori towarzyszy fortepian, co słychać od samego początku. Intymny „Pretty Good Year” zaczyna się spokojnymi dźwiękami fortepianu oraz smyczków, by pod koniec wstrząsnąć uderzeniami perkusji. Zaprzeczeniem jest psychodeliczny „God”, gdzie dziwacznie gra gitara elektryczna, wokal nakłada się (tworzy to efekt echa), podobnie z pokręconym początkiem minimalistycznego „Bells for Her”. A im dalej to ciekawiej – znalazło się miejsce i na reggae (gitara oraz elektroniczny bas w epickim „Past the Mission”), wejścia skocznej elektroniki („The Wrong Band”), mechaniczną perkusję (brudny „The Waitress”), dzwoneczki (przebojowa „Cornflake Girl”) czy wejścia w jazz (mroczny „Space Dog”), by zakończyć prawie 10-minutowym „Yes, Anastasia” (w połowie wchodzą skrzypce i miażdżą po prostu).

Druga płyta (jak to w edycji deluxe) to mieszanka niepublikowanych lub wcześniej dostępnych tylko na stronach B singli kompozycje oraz wersje koncertowe. Innych utworów jest aż siedem. Najpierw jest spokojny walczyk „Sister Janet”, który przechodzi w gitarowo-pianistyczne „Honey”, by znów przejść w skoczne „Daisy Dead Pedals” (smyczki w tle) oraz dynamiczne, instrumentalne  „Over It”. Wycisza wszystko „Black Swan”, by mocniej uderzyć w „Home on the Range” oraz pianistycznym „All The Girls Hate Me”. Jedynym „psujem” jest tutaj remix „God”, ale jak wiadomo, nie ma rzeczy doskonałych. Z kolei wersje live nie zawodzą i pochodzą z trasy koncertowej z roku 1994.

Nadal zachwyca głos Tori oraz jej teksty. Początek jej drogi był najciekawszym momentem jej kariery. Polecam wersje deluxe „Under the Pink”, bo co innego mogę zrobić po tylu słowach?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Simply Red – Big Love

Big_Love

Mick Hucknall sześć lat temu zapowiedział, że zespół Simply Red zakończył działalność. Mając w dorobku 10 płyt sprzedanych w ponad 50 milionach egzemplarzy, mogli spokojnie przejść na emeryturę. Ale jak to się mówi – ciągnie muzyka do studia. Hucknall i reszta ferajny (klawiszowiec Ian Kirkham, basista Steve Levinson, gitarzysta Kenji Suzuki, grający na dęciakach blaszanych Kevin Robinson) nie wytrzymali i wrócili z okazji 30-lecia działalności. Postanowili też wpaść do studia, gdzie dołączył nowy perkusista Roman Roth i nagrali jedenastą płytę.

Stylistycznie nie jest to nic nowego – to taneczny, przebojowy pop, który ma bujać i sprawdzić się na parkiecie. Słychać to w otwierającym całość „Shine On” z funkową gitarą, przyjemnymi chórkami oraz solówką saksofonu. Klimatem przypomina to muzykę disco i funky lat 70., w czym zawsze byli świetni (potwierdza to przyjemny „Daydreaming” z fajnym basem oraz lightowymi klawiszami) i nie przeszkadzają inspiracje Bee Gees. A nastrojowe ballady też nie są im obce jak tytułowy utwór z płynącymi smyczkami w tle, troszkę przypominający „How Deep is Your Love” Bee Gees, bardzo stonowany „Dad” czy melancholijny „Love Wonders”.  Niby nie jest to ani nic nowego czy oryginalnego, ale słucha się tego przyjemnie, Hucknall nadal potrafi swoim ciepłym głosem rozgrzać panie, jednak w drugiej połowie nie można odnieść wrażenia deja vu i piosenki powoli zaczynały się zlewać w jedno – zwłaszcza reggae’owe „Coming Home” (nie pomagała nawet obecność żeńskiego chórku), a i pojawia się nuda (jazzowy „The Old Man and the Beer”).

Nie mniej jednak trzeba przyznać, że „Big Love” to bezpretensjonalna i przyjemna, popowa płyta. Fani zespołu będą wniebowzięci, a reszta też znajdzie coś dla siebie. Jeśli mają powstać następne albumy Simply Red, nie będę miał nic przeciwko.

7/10

Radosław Ostrowski

Simple Minds – Sparkle in the Rain (deluxe edition)

Sparkle_in_the_Rain

O Simple Minds pisałem już przy okazji ich ostatniej płyty. Tym razem jednak postanowiłem sięgnąć po wcześniejszy album z 1984 roku, który został poddany remasteringowi. Co oznacza poprawienie dźwięku oraz dodatkowy krążek. Ale najpierw przesłuchajmy podstawkę.

Za produkcję tego albumu Jima Kerra i spółki odpowiadał Steve Lillywhite, który współpracował wtedy m.in. z Peterem Gabrielem i U2. Grupa już wtedy była zaprawiona, ale była jeszcze rok przed nagraniem swojego wielkiego przeboju („Don’t You Forget About Me”), ale stylistyka grupy – mieszanka synthpopu z rockiem – już wtedy była kojarzona Otwierający całość „Up on the Catwalk” tempem i dynamika przypomina wczesne U2 z mocnymi uderzeniami perkusji (refren) oraz elektronicznymi pasażami i delikatną gitarą. „Book of Brilliant Things” z kolei pachnie Azją (dziwaczna gra gitary elektrycznej), a szybki „Speed Your Love to Me” (perkusja pędzi razem z basem, a łagodne klawisze budują bardziej liryczny klimat) podtrzymuje skojarzenia z kapelą Bono, co też wynika z podobnej barwy głosowej Jima Kerra. Po drodze pojawiają się jednak pewne smaczki (prosty basowy wstęp w „Waterfront” – czy tylko mi troszkę przypomina „Polskę” Kultu?, po którym wchodzą delikatne trąbki). Nie brakuje też bardziej nastrojowych ballad jak stonowane „East at Easter” (ta gitara i te klawisze – oaza spokoju), który w połowie zmienia tempo,  poważniejsze „Street Hassie” z marszową perkusją i podniosłymi klawiszami czy bardziej rockowe „White Hot Day”, a na sam koniec dostajemy instrumentalny „Shake Off the Ghosts”.

Druga płyta zawiera utwory w wersjach singlowych, wydłużonych (m.in. dłuższy perkusyjny wstęp czy większa ilość gitarowych wejść w „Speed Your Love to Me”) oraz 3 wcześniej niepublikowane piosenki. Koncertowy „Hunter and the Hunted” czaruje rozmachem, uroczą gitarą elektryczną i przestrzennymi klawiszami, instrumentalny „Bass Line” zachwycał zarówno prostą linią basu, jak i mocniejszymi solówkami gitary. Podobnie z „A Brass Band in Africa”, który troszkę przypomina „Shake Off the Ghosts”.

Wszyscy tzw. niepoprawni romantycy oraz osoby szukające muzyki troszkę niedzisiejszej, ale mające swoją duszę oraz klimat powinni sięgnąć po „Sparkle in the Rain”. Muzycy są w formie, a dodatki tylko ubarwiają i wydłużają przyjemność ze spędzenia czasu.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Laura Welsh – Self Control

Soft_Control

Chociaż jest to jej debiutancki album, Laura Welsh nie jest osobą znikąd. Zaczynała najpierw jako Laura and the Tears, potem zmieniła nazwę na Hey Laura, by ostatecznie działać już na własne nazwisko. Nagranie debiutanckiej płyty (podobno) trwało pięć lat. Czy to w ogóle słychać?

Na pewno jest to album popowy, który stara się unikać plastikowego brzmienia, a dominuje nad wszystkim fortepian. Co nie znaczy, że inne instrumenty są niejako w cieniu. Pojawi się zarówno mocniejsza perkusja („Ghosts” z przestrzennymi chórkami w refrenie), elektronika („Break the Fall” przypominająca troszkę Florence & The Machine), łagodna gitara elektryczna („Unravel”) oraz mechaniczne dźwięki imitujące różne uderzenia („God Keeps”). Irytuje dość często wykorzystywana dyskotekowa perkusja, a także pewna monotonia w dalszych utworach oraz zbyt duża obecność elektroniki (wyjątkiem jest soulowy „Hardest Part” zaśpiewany z Johnem Legendem), a także poczucie wtórności. Wszystko to już gdzieś słyszałem – a to u Jessie Ware czy Bat for Lashes.

A sam wokal Welsh, chociaż bardzo czarujący i uwodzący, to jednak troszkę za mało, by skupić uwagę na dłużej. Po intrygującym i ciekawym początku, dalej już napięcie siada i pojedyncze dźwięki są w stanie skupić uwagę. Niemniej wyszło nieźle.

6/10

Radosław Ostrowski

Król – Wij

Wij

Błażej Król z nieistniejącego już duet UL/KR kontynuuje karierę solową. Tym razem swój nowy album wydaje w Kayax i konsekwentnie trzyma się dawno wyznaczonej drogi.

Innymi słowy – będzie elektroniczny pop, który będzie chwytliwy, przebojowy i jednocześnie ambitny. A ze utworów jest tylko 9? Jak wiadomo nie od dzisiaj, liczy się jakość, nie ilość. „Bez korzeni” zaczyna się marszową, pulsującą elektroniką z futurystycznymi wstawkami. Równie pulsujący jest bardzo melodyjny „Start” z popisami perkusji oraz łagodnymi gitarami wplecionymi do całości. Tak samo (szybko plumkający wstęp) „Pośrednia stacja” z mocnymi uderzeniami elektronicznej perkusji oraz gitar brzmiących dość egzotycznie, a finał jest zastanawiający. Mocnymi uderzeniami klawiszy przesycony jest singlowy utwór „Zaklęcie”. Bardziej pulsujące i oszczędniejsze w formie jest „Szlag” czy bardziej gitarowy (choć nie jestem tego do końca pewny) „Zły”. Od tego momentu muzyka zmienia tempo, pojawia się spokój, mimo dziwacznego tła (wyrywa się z tego „Tajemnica”) i, niestety robi się nudniejsza, w czym nie pomaga wokal Błażeja oraz intrygujące teksty.

„Wij” mnie zaskoczył, jednak ostatnie utwory działały na mnie usypiająco. Na szczęście reszta, jest ze znacznie wyższej półki.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mary Komasa – Mary Komasa

Mary_Komasa

Debiutanci mają to do siebie, że trudno im życzyć sukcesów. Jak odniosą sukces, oczekiwana są znacznie wyższe, a jak polegną – wypadają z gry. Jak będzie w przypadku niejakiej Mary Komasy? Nazwisko brzmi znajomo – tak, to siostra reżysera Jana Komasy („Sala samobójców”, „Miasto 44”) i razem ze skromnym zespołem (gitarzyści Jan Terstegen i Daniel Boovarsson, perkusista Nicolai Ziel, basista Slowey Thomsem i klawiszowiec Antoni Łazarkiewicz – mąż Komasy) nagrała swój pierwszy album nazwany – bardzo oryginalnie zresztą – „Mary Komasa”.

Za produkcję odpowiada Guy Sternberg, który współpracował m.in. z Depeche Mode i Yoko Ono, jednak estetyka nie jest stricte elektroniczna, ale przypominająca troszkę lata 60. i 70., co słychać m.in. w delikatnej grze gitary. Otwierający całość „City of My Dreams” przypomina piękny sen, tworzony przez bardzo łagodne klawisze oraz jazzową perkusję. Jednak sen nie trwa wiecznie, co potwierdza niepokojący początek „Lost Me” oraz wolne uderzenia fortepianu, by pod koniec uderzenia perkusji ostatecznie budzą. Marszowe werble w „Point of No Return” tworzą z elektroniką imitującą trąbki nastrój bardziej wyciszony i elegijny, by potem przejść w mocno ejtisowskie „Come” – potencjalny przebój z tej płyty, który może namieszać w radiu. Powrotem do miłych snów jest „Smiling Moon”, gdzie znów czarują klawisze – spokojniejsze i delikatne z ładnym basem oraz gitarą, jednak bluesowy „Oh Lord” ma mroczniejszy klimat nie dający się załagodzić. Cięższa gitara, etniczne perkusjonalia oraz świdrujące klawisze pod koniec imponują. Pojawia się też lekko westernowy (to chyba przez ten gwizd) „Sweet Revange” oraz minimalistyczny „Farewell My Heart” – co utwór to świetny.

Sam wokal Mary jest różnorodny – od marzycielskiego i czarującego po bardziej stonowany i szorstki. Budzi to skojarzenia zarówno z Laną Del Rey jak i Julie Cruise z czasów pracy przy „Miasteczku Twin Peaks”, jednak nie jest to tylko kopiowanie dream popu. To świeża, poruszająca i bardzo interesująca propozycja wytrzymująca porównania z innymi wykonawcami. Uwodzi, zwodzi, kołysze.

8/10

Radosław Ostrowski

Selah Sue – Reason

Reason

Ta 26-letnia Belgijka wystrzeliła jak petarda 4 lata temu, dzięki debiutanckiej płycie z przeboje „This World”. Czy na drugim albumie też będziemy mieli mieszankę elektroniki i soulu?

Za produkcję „Reason” odpowiadają Robin Hannibal – Duńczyk znany ze współpracy z Little Dragon oraz Kendrickiem Lemarem oraz Szwed Ludwig Goransson, który pracował z triem Haim. Opener „Alone” daje nam do zrozumienia, co do zawartości – mocna perkusja, funkowa gitara elektryczna, pachnąca latami 80. elektronika. Nawet jeśli pojawiają się łagodniejsze fragmenty (akustyczny wstęp w jazzującym „I Won’t Go for More”, który ma bardzo liryczną końcówkę), to jednak dominuje tutaj bit i cykacze – to jeszcze pop czy rap, jak w tytułowym utworze? Najbardziej jednak podobały mi się bardziej intymne kompozycje jak „Alone” z zapętlonym fortepianem oraz chórkiem, zmieniający tempo „The Light” (te cymbałki brzmią uroczo w tym morzu dźwięków gitary i elektroniki) czy wyciszony „Daddy”. Nawet znalazło się reggae („Sadness”) czy dynamicznego popu (szybka perkusja w bounce’ującym „Feel” oraz pulsujący „Falling Out” mający potencja do podboju parkietów).

Głos Sue jest ubarwiony „czarnym” stylem, który pasuje do tych pokręconych podkładów. Absolutnie warto sięgnąć po wydanie deluxe z czterema dodatkowymi piosenkami oraz „Alone” w wersji akustycznej. Klimatem przypomina troszkę Jessie Ware, tylko bardziej podrasowaną. Tak się dzisiaj gra muzykę popularną, która nie jest ani prymitywna, ani plastikowa.

8/10

Radosław Ostrowski