Legenda polskiej muzyki rozrywkowej, który swój złoty okres miał w latach 60. oraz 70., a z podstawowego składu zostało tylko dwóch muzyków (gitarzysta Jerzy Kosela oraz perkusista Jerzy Skrzypczak), nadal funkcjonują i koncertują. Do składu doszli jeszcze młodsi: Mieczysław Wądołowski (gitara akustyczna i wokal), Arkadiusz Wiśniewski (gitara basowa i wokal), Dariusz Olszewski (gitara i wokal) oraz Marcin Niewęgłowski (gitara i śpiew). A z okazji 50-lecia działalności Czerwone Gitary wracają z nowym (po 10 latach) materiałem.
Stylistycznie nic się nie zmieniło – to nadal melodyjny pop-rock zrealizowany współcześnie, co słychać w dźwiękach wplecionej elektroniki. Ale panowie wiedzą też, jak grać szybko, chociaż nie są w żadnym wypadku metalowcami („Coś przepadło”), ale bluesa czują za to („Czerwona gitara”) i grają może troszkę monotonnie. Wszyscy wokaliści za to radzą sobie dobrze i nawet czuć troszkę klimat dawnych czasów. Łagodne gitary tworzą nostalgiczny klimat, a teksty są też jakby z innych czasów – troszkę banalne, ale nie naiwne opowiastki o miłości. Najlepsze jednak jest to, że słucha się tego więcej niż przyzwoicie. Czy będą z tego jakieś nowe przeboje? Trudno mi powiedzieć, ale nie czuć tutaj stęchlizny, a nasi rodzice powinni dać się oczarować.
Legendarny konferansjer estradowy, autor szalonych i pokręconych tekstów oraz twórca nowych gatunków polskiej piosenki powrócił. Opromieniony platynowym sukcesem „Myśliwieckiej”, dziennikarz radiowej Trójki zwany przez Indian Tym, co Pił w Spale i Spał w Pile, Artur Andrus niczym rycerze Jedi powraca z nowym materiałem, by podbić listy przebojów oraz zadowolić swoich fanów. Co zapewne już zrobił tytułem – „Cyniczne córy Zurychu”.
Dwanaście szalonych piosenek nagrano ze wsparciem Łukasza Borowieckiego i Wojciecha Steca, czyli złotego składu z „Myśliwieckiej”, a także Grupą Mo Carta. Nie brakuje tu zarówno skrętów w jazz (trąbki w „Nie zaczynaj”), warszawskiego folkloru („Baba na psy” z obowiązkowym banjo i klarnetem), nowatorską szantę narciarską („Nazywali go Marynarz”) czy kompletnie wystrzałową polską piosenkę turecką (tytułowy utwór). Ale dominuje tutaj przede wszystkim jazzowa elegancja (własna wersja „Mona Lisy” do melodii Nat King Cole’a czy „Zając na Manhattanie” z łagodnymi klawiszami Wojciecha Karolaka) oraz skrętów w piosenkę francuską (płynące smyczki w „Szalonej Krewetce” – kompozycja Włodzimierza Korcza). Dla siebie znajdą tez fani rocka (gitarowa wersja „Baby na psy”) oraz pieśni chóralnej („Twarz Moniuszki” w wykonaniu chóru mieszanego składającego się z Grupy Mo Carta i ich żon). Jest to szaleństwo gatunkowe, w którym Andrus czuje się niemal jak ryba w wodzie.
Powiedzmy sobie to wprost – Andrus wielkim wokalista nie jest, ale potrafi oczarować swoim ciepłym głosem („Mona Lisa – rodowód”), nieraz posuwając się do brawury (tytułowa piosenka zaśpiewana w lekko „pijackim” stylu z nadekspresyjnym „aaaaaaaaaaaaaaaa”). Jednak Andrusa – poza Grupą Mo Carta – wspiera wokalnie wiele znakomitości jak Zbigniew Wodecki („Szalona Krewetka”), Dorota Miśkiewicz (kolęda „Bambino jazzu”) czy Ewa Cichocka z Czerwonego Tulipanu („Diridonda”). Jednak prawdziwą siłą Andrusa są jego teksty mocno ocierające się o absurd i rozbrajające puenty – niepozbawione aluzji do innych piosenek („Nazywali go Marynarz” – fraza „Jeszcze się tam jak żagiel bieli”, „Baba na psy” – fragment „Głos Wybrzeża nosi w pysku”).
Powiem krótko – niemożliwe stało się faktem i jestem w stanie postawić sto euro przeciw stu złotym, że „Cyniczne córy Zurychu” powtórzą sukces „Myśliwieckiej”, a wiele piosenek znów będzie szaleć na parkiecie. Dlaczego ten album nie jest refundowany przez NFZ? Nie rozumiem.
Tego wykonawcy przedstawiać nie trzeba – od wielu, wielu lat jest najbardziej znanym artystą poezji śpiewanej w naszym kraju. jego utwory są głównie liryczne, spokojne, mało przebojowe, ale z dobrymi tekstami. Grzegorz Turnau wypracował sobie własny styl, któremu jest wierny do teraz. Zeszłoroczna płyta „7 widoków w drodze do Krakowa” tylko to potwierdza.
Piosenek jest tylko 10, Turnaua wspiera Śląska Orkiestra Kameralna oraz skromny zespół. Spokój słychać już w „Tęczynie”, gdzie plumkają smyczki i płynie obój. W podobnym tonie jest utrzymana „Ledwie chwila”, gdzie jeszcze wchodzi trąbka i perkusja. Łagodne dźwięki fortepianu towarzyszą nam niemal przez cały czas (piękny, choć długi wstęp w „Czernej”, gdzie jeszcze dołącza się gitara i obój) i można odnieść wrażenie pewnej monotonii, jednak kompozycje są okraszone drobiazgami (trąbka w „Śnie w Czernej” czy obój ze smyczkami w „Tyńcu”), mającymi na celu nie doprowadzić do uśpienia. na szczęście, Turnau wie, co to jest dynamika, co pokazuje i w „Ledwie chwila”, jak i w „Krzeszowicach”), dzięki czemu słucha się tego naprawdę dobrze.
Teksty autorstwa Bronisława Maja inspirowane są freskami Józefa Peszki, przedstawiającymi podkrakowskie miejscowości (ich nazwy są umieszczone w tytułach). Są to opowieści o przemijaniu, odchodzeniu i wszystkim, co związane z nim. Sam Turnau ma taki głos jak zawsze, czyli dobry. Pewnym zaskoczeniem jest obecność Doroty Miśkiewicz, będącą drugim głosem (bardzo delikatnym) i współprzewodnikiem po tym świecie.
Sama płyta nie zmieni podejścia wobec Turnaua – fani przyjmą ją z aprobata i błogosławieństwem, a przeciwnicy zarzucą wtórność i brak nowych pomysłów. Jak zwykle w tych kwestiach, prawda jest gdzieś po środku. Ale moim zdaniem, jest po prostu solidnie.
Pamiętacie taki utwór „99 Red Ballons”? To jedyny znany przebój Gabriele Susanne Kerner bardziej znanej jako Nena. Ta niemiecka wokalistka postanowiła wrócić do grania po chłodno przyjętych albumach. Czy „Oldschool” jest w stanie zmienić ten obraz?
Uprzedzam – wszystkie utwory są śpiewane w języku niemieckim, więc dla wielu to może być odstraszającą barierą, a produkcją zajął się niemiecki producent oraz raper Sami Deluxe. I brzmieniowo jest to powrót do starych, popowych brzmień z lat 80. i 90., gdzie nie brakuje zarówno rapowych naleciałości („Leider von fuhrer”), obowiązkowej elektroniki („Genau jetzt” czy tandetne „Mach doch was ich will”) oraz soft rockowej gitary („Ja das wars” czy „Sonnemond”), która prezentuje się najlepiej w całym zestawie. Nawet jeśli pojawia się plastikowa elektronika, jest to rekompensowane udziałem innych instrumentów (trąbka w „Ein Wort”). Nie brakuje też dynamicznych hitów jak „Kreis” (z hip-hopową nawijką pod koniec) czy „Berufsjugendlich”, a łagodny wokal Neny przerywany czasami krzykiem sprawdza się całkiem przyzwoicie. Ale pod koniec cała płyta serwuje swoje najlepsze, bo wyróżniające się od reszty utwory (może poza beznadziejnym remiksem utworu tytułowego).
Jak widać, muzycznie język niemiecki nie musi kojarzyć się z Rammstein. I potrafi on ładnie brzmieć, pod warunkiem, że jest odpowiednie tło.
Ta wokalistka od kilku lat kompletnie zmieniła stylistykę, idąc w stronę elektroniki, co zdecydowanie jej przysłużyło. Kukulska konsekwentnie trzyma się tej stylistyki, co potwierdza swoim kolejnym materiałem.
Uprzedzam, nadal potrafi nagrać utwory z potencjałem radiowym, co pokazuje otwierający całość „Pióropusz” z szybką grą cymbałków. Po drodze spotkamy różne dziwaczne dźwięki, obrobiony głos aż po zimną nową falę („Na koniec świata”). Owszem, zdarzy się tandetna perkusja („W nosie”), a nawet wejdzie na chwile żywe instrumentarium (fortepian w „Chowam się”), ale w tym szaleństwie jest metoda. nakładające się dźwięki, niepozbawione mroku („So Natural”), czasem pomysłowych nałożeń głosów (refren „Miau”) czy wplecionych w całość smyczków („My”) i tak te jedenaście piosenek przelatuje koło ucha. Jedyne, co nie do końca mi pasowało, to „Zaopiekuje się mną”, które nie pasuje tutaj do całości, aczkolwiek jest to nieźle wykonany cover (refren wykonał Krzysztof Zalewski).
Pozytywnie zaskakuje tutaj zarówno wokal Natalii (idealnie zgrany z całością), jak i dojrzałe teksty. Owszem, to jest nadal pop, ale z ambicjami. Za to drugą niespodzianką jest drugi krążek, zawierający utwory na żywo, wykonane z… Atom String Quartet (kwartet smyczkowy). I to rzeczywiście bardzo emocjonalne i zaskakujące aranżacyjnie piosenki (głównie z tej płyty, ale jest też „To jest komiks”), które nie sprawiają wrażenia balastu. Plan wypalił i to jedna z ciekawszych polskich płyt tego roku.
Kasprzycki jest jednym z bardziej rozpoznawalnych głosów piosenki poetyckiej. Nagrywa płyty bardzo rzadko, ale wydanie jej jest wydarzeniem w tym środowisku. W zeszłym roku wyszedł czwarty album nazwany „Cztery”.
W środku znajdziemy aż 14 piosenek, w których dominuje dźwięk gitary akustycznej, ale siłą jest też bogactwo aranżacji oraz teksty. Od delikatnych i nastrojowych ballad („Trzymaj się wiatru kochana” czy bardzo egzotycznie brzmiąca „Tristessa” z przepiękną trąbką) aż po niemal rockowe kawałki (garażowe „Brudne czyny” czy dynamiczne „Dłużej już nie mogłem”). Muzyk bawi się gatunkami, tworzy bardzo przyjemne i chwytliwe melodie, dodając pewne drobiazgi (dziwaczna perkusja w „Martinie Edenie”, perkusjonalia w „Spadaniu”), co nie tylko nie wywołuje znużenia, ale współgra z tekstami pełnymi refleksji oraz liryzmu. Więcej wam nie zdradzę, bo czeka tutaj sporo niespodzianek.
Sam wokal Kasprzyckiego bywa zarówno delikatny i spokojny, a czasem bardzo ekspresyjny, jednak za każdym razem współgra z cała resztą. Efektem jest naprawdę interesująca i udana płyta dla szukających ukojenia, wyciszenia oraz inteligentnego podejścia do tekstów.
Album ten wyszedł równo 13 lat temu, jednak nie przeszkodziło to wznowić tego albumu w marcu AD 2015. Można podejrzewać, że doszło do remasteringu dźwięku oraz poprawienia jakości. Drugi album Katarzyny Groniec ostatecznie określił kierunek jej drogi artystycznej, czyli skrętu w stronę piosenki kabaretowej oraz poezji śpiewanej.
Tym razem za produkcję odpowiadał Krzysztof Herdzin, który także dobrał teksty i napisał aranżacje. Klamrą tego albumu, podzielonego na trzy części, są fragmenty utworu „Jaki śmieszny jesteś pod oknem” Ewy Demarczyk. Początek to kompozycje Astora Piazzolli (mistrza współczesnego tanga) – „Libertango” zaczyna czarującym i niemal uwodzącym akordeonem, lekką perkusją oraz smyczkami – zwiewny i czarujący utwór. Lecz „Już nic” to kompletnie inny klimat, choć instrumentarium wydaje się podobne – bardziej mroczne (niepokojące smyczki, delikatna melancholia fortepianu, kontrabas i stonowany akordeon), okraszone ciemnym kolorem błękitu, ożywionym innymi kolorami w środku, zmieniając tempo. „To tango jest” to dynamiczny popis fortepianu, akordeonu oraz samej Groniec – żywiołowej, pełen energii w każdym słowie.
Druga część to są autorskie utwory, sztuk sześć. Klimat jest tutaj troszkę inny, zawiera więcej kolorów. Ten fragment zaczyna urocze „Bez księżyca” z lirycznymi skrzypcami (solówka naprawdę piękna) oraz delikatnością fortepianu oraz gitary. Tytułowy utwór jest bardziej wyciszony (akustyczna gitara), jednak znów fortepian wybija się tworząc spokojny klimat. Nie brakuje też jazzu (trąbka w „Czasem…”), inspiracji klasyką („Samotni nie chodzą do kina” z wstępem przypominającym „W małym kinie” Fogga) czy nawet egzotyki (perkusjonalia w „Bylebym tylko…” czy sitar w „Wierszy księżycowym”).
Trzecia część to piosenki z filmów przedwojennych. Ta część jest chyba najbardziej czarująca i pokazuje bardziej uwodzącą twarz Groniec. Widać to zarówno w swingującym „Sexappill” (cichy głos) czy w „Psotnej Loli” (krótkie solo saksofonu), gdzie słychać temperament femme fatale. Ale francuski akordeon powraca w melancholijnym „Jej rejon to był plac Pigalle”. A na sam finał dostajemy „Już tylko się znamy” – romans rosyjski z tekstem Jonasza Kofty (kwartet smyczkowy i gitara).
Wszystkie teksty pokazują różne oblicza miłości – od doprowadzenia do upadku przez odrzucenie, tęsknotę, melancholię, ubraną jednak w inteligentny sposób. Happy endu niestety nie stwierdzono. W tym świecie Groniec jest bardzo przejmująca, nawet radość jest tutaj podszyta skrywanym smutkiem. Mimo swojego wieku, nadal ta płyta pozostaje pięknym i bogatym albumem. Serdecznie ją polecam i to nie tylko romantykom.
Z Rebeccą Ferguson już raz się zetknąłem przesłuchując jej poprzedni album “Freedom”, który był całkiem niezły. Tym razem jednak wokalistka r’n’b postanowiła zmierzyć się z utworami Billie Holiday na swoim trzecim albumie.
Za produkcje odpowiada Troy Miller, który współpracował m.in. z Amy Winehouse czy Laurą Mvalą. I pierwsze, co uderza to aranżacja. Pojawiają się dęciaki, elegancki fortepian i kontrabas, a także zwiewne smyczki. Ma pachnieć starym, eleganckim stylem z lat 50. i tak też się dzieje, jednak nie ma tutaj miejsca na przynudzanie czy trzymanie cały czas jednego tempa. A swingujące dęciaki uatrakcyjniają cały czas płytę. Pojawiają się też delikatne utwory jak „Blue Moon” z fletami, cymbałkami i fortepianem, nadajacym lekkości i intymności. Chociaż są to same rovery, to Ferguson odnajduje się tutaj bez problemu, mimo że ta muzyka niczym nie zaskakuje. Ale czy zawsze musi? Sam głos Ferguson jest więcej niż czarujący, a wiele ciekawych wersji („Blue Moon”, „Get Happy” czy „Embracealbe You”) zostanie mi w głowie na długo.
Może pod koniec robi się troszkę sennie, ale na szczęście cała reszta jest dużo lepszej jakości. innymi słowy, jest dobrze.
Ta dziewczyna (naprawdę nazywa się Marina Diamandis) do tej pory wydała dwie płyty balansuje między indie popem a elektroniką pachnącą nową falą lat 80. Trzecia płyta może być punktem zwrotnym albo rozczarowaniem. Tytuł „FROOT” intryguje, więc co będzie dalej?
Za produkcję odpowiada sama Marina oraz David Kosten znany tez jako Faultline, który współpracował m.in. z Flaming Lips czy Bat for Lashes. I to właśnie z tą ostatnią kojarzy się otwierający całość „Happy” z fortepianowym tłem oraz delikatnym głosem Mariny, który się nawarstwia. Jednak to była tylko zasłona dymna, gdyż tytułowy utwór to elektro pop z ładnie grającymi klawiszami oraz lekko funkową gitara w tle. Jednak album jest bardziej różnorodny niż się to może wydawać. Nie brakuje fragmentów wyciszenia (gitarowy początek „I’m a Ruin”), jednak dominuje tutaj melodyjnie, popowe granie, gdzie melodyka i bogactwo brzmienia nie pogrąża wyciszonego i przestrzennego głosu Mariny. Czasami jest to bardzo delikatnie robione („Gold”) i zachowuje się spójność materiału z różnego rodzaju smaczkami (organy w „Can’t Pin Me Down”, „morskie” dźwięki w łagodnym „Sollitare” czy bardziej rockowe „Better Than That”) i w zasadzie trudno wyróżnić jakikolwiek utwór. Całość jest naprawdę równa, a zmiana brzmieniowa działa tutaj zdecydowanie na plus.
Dwanaście piosenek brzmi bardzo intrygująco i potrafi podziałać na uszy słuchacza. Jest chyba bardziej intymnie, ale nie bez potencjału przebojowego. Więcej niż tylko ładna muzyka.
Każdy fan muzyki wie kim jest Bob Dylan. Po płycie „Tempest” sprzed dwóch lat postanowił przypomnieć o sobie swoim fanom. Jednak jego nowy album to hołd złożony Dylanowi Frankowi Sinatrze i znajdziemy tu same utwory śpiewane przez jednego z największych amerykańskich wokalistów. Czyżby nastał czas smęcenia?
Jest tutaj bardzo delikatnie i spokojnie, gitara jest dość wyciszona (albo akustyczna), ustępuje miejsca trąbce („The Night We Called a Day”), wiolonczeli oraz puzonom. Całość ma bardzo spójny i nostalgiczny klimat przypominający utwory z lat 50., a sporą zaletą jest wybór piosenek – w sporej części mniej znanych (poza „Autumn Leaves”). Ale dla mnie największym problemem jest to, że te piosenki zmywają się ze sobą i trudno rozpoznać początek i koniec. Także sam głos Dylana jest mocno wyciszony oraz stonowany, co wielu może znudzić.
Ujmę to tak: niespieszny, refleksyjny i spokojny jest ten nowy Dylan. Jak dla mnie troszkę za spokojny, przez co poczułem się znużony w połowie płyty. Więc dla osób niespieszących się będzie to idealny album.