The Dumplings – No Bad Days

No_Bad_Days

Duet ten działa już trzy lata, ale dopiero w tym roku wydał swój debiutancki album. Justyna Święs i Kuba Karaś jako The Dumplins w maju tego roku zaserwowali nam ciekawą płytę, zrobioną w dość modnym gatunku – elektropopu.

Mój stosunek do elektroniki jest raczej negatywny, choć tak naprawdę zależy od tego o jakiej elektronice mówimy. Tutaj jest bardzo przebojowo i wielowarstwowo, co słychać już w „Słodko-słonym ciosie”, gdzie słychać przyśpieszenie w refrenie, basowy bit czy przypominającą przestrzenną wodę „Everything is a Cyrcle” z przypominającym gry z Atari tłem. Nie brakuje tutaj przebojowego potencjału (singlowe „Technicolor Yawn”) oraz intrygujących inspiracji latami 80., czyli elektroniką oraz nową falą („Man Pregnant” z przyjemnym chórkiem oraz lekkimi klawiszami czy najlepszy w zestawie klaskany „Betonowy las”), co nie jest niczym nowym (autotune w końcówce „Freeze”), jednak słucha się tego naprawdę przyjemnie. czasami elektroniczne tło jest delikatne („Getaline” z agresywniejszym wejściem w refrenie), a bardzo eteryczny głos Justyny Swięs współtworzy klimat każdego utworu, bez względu na to czy śpiewa po polsku czy po angielsku.

Rytmicznie, przebojowo i popowo, jednak jest to pop z wyższej półki. To taki rodzaj elektroniki, który mógłbym słuchać bez poczucia zażenowania. Brawo, brawo, brawo. Czekam na drugi album.

8/10

Radosław Ostrowski

David Bowie – Nothing Has Changed The Very Best Of Bowie

Nothing_Has_Changed

Ten brytyjski wokalista od ponad 40 lat zaskakuje, eksperymentuje i ciągle czegoś szuka. W zeszłym roku przypomniał się swoim fanom nowym albumem „The Next Day”. Jednak tym razem postanowił wydać kompilacje zawierającą najważniejsze utwory z jego bogatego dorobku, tylko ułożoną w odwrotnej kolejności.

Trzy płytowy box „Nothing Has Changed” zaczyna premierowe „Sue (Or In a Season of Crime)”, który jest… jazzowym utworem, gdzie wokalistę wspiera orkiestra Marii Schneider. A im dalej w las, tym bardziej sięgamy do początków. Nie brakuje utworów w wersji radiowej, remiksów („Love Is Lost” z klaskanym początkiem) oraz kompletnego pomieszania z poplątaniem. Rock miesza się z elektronika, dyskotekowym popem. W zasadzie mógłbym ograniczyć się do wymienienia tytułów takich jak „Rebel Rebel”, „Heroes”, „Ziggy Stardust”, „This is Not America” czy z ostatniej płyty „Where Are We Now?”. Są też bardziej nastrojowe ballady (niemal pianistyczny „Shadow Man” czy gitarowy „Survive”), mroczna elektronika („I’m Afraid of Americans” czy „The Hearts Filtyhy Lessons”) jak i bardziej imprezowe numery (lekko funkowy „Jump They Say” czy nieśmiertelne „Let’s Dance”).

Mógłbym pisać więcej, ale tytuł mówi wszystko: nic u Bowiego się nie zmieniło. Ciągle eksperymentuje i szuka nowych rzeczy, jednak jakimś cudem udaje się stworzyć przebojowe kawałki. Jak on to robi? Nie mam pojęcia.

Radosław Ostrowski

Oasis – (What’s The Story) Morning Glory?

Whats_The_Story_Morning_Glory

Kolejna tegoroczna reedycja dotyczy drugiej płyty zespołu Oasis. „(What’s The Story) Morning Glory” wydaje się bardziej brudny i garażowy od debiutu.

Słychać to już w otwierającym całość „Hello”, które po dość delikatnym akustycznym wstępie (w pełni wykorzystanym w „Wonderwall”, ze świetnie dodaną wiolonczelą oraz fortepianem) pojawiają się mocniejsze uderzenia gitary i perkusji oraz „pulsująca” elektronika. Ale nie brakuje tez inspiracji Beatlesami („Don’t Look Back In Anger” czy „She’s Electric”), odrobiny psychodelii (krótki „Untitled” z harmonijką ustną czy „Morning Glory” z helikopterem oraz bardzo ohydnie brzmiącą gitara elektryczną) czy bardziej stonowanych kompozycji (akustyczno-klawiszowe „Cast No Shadow” czy początek „Champagne Supernova”, który potem zmienia totalnie tempo). Mimo upływu lat, brzmi to znakomicie.

I tak jak w przypadku debiutu, dostajemy jeszcze dodatkowe dwie płyty, gdzie dostajemy niepublikowane wcześniej utwory, dema i wersje koncertowe. Są tu zarówno bardziej akustyczne melodie („Night Talks” czy „It’s Better Poeple”) jak i ostrzejsze kawałki („Cum On Feel the Noise” czy instrumentalny „The Swamp Song”). I trzeba przyznać, ze znowu jest to znakomite wydanie, a utwory koncertowe pokazują jakim świetnym zespołem było Oasis.

Musze mówić, ze musicie to mieć u siebie?

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Justyna Steczkowska – Anima

Anima

Dwadzieścia lat temu była „Dziewczyną szamana”, ale potem muzycznie bywało bardzo różnie (z naciskiem na średnio lub słabo). Dzisiaj jest bardziej znana jako trenerka w „The Voice of Poland”, jednak przypomniała sobie, że mam ambicje na coś więcej i nagrała nowy album.

Musze przyznać, że „Anima” mnie mocno zaskoczyła. Mieszanka współczesnych bitów z żywym instrumentarium, tworzy mieszankę piorunującą, co słychać już w otwierającej całość „Terra”. Dalej nie brakuje tutaj dziwacznego eksperymentowania, które już wyło na „XV”, czyli pulsacyjne bity, nie brzmiące w żaden sposób tandetnie (może poza „Kochankami wyspy”), wplecione w to wszystko smyczki i sporadycznie gitara elektryczna. Trip hop w czystej postaci. Poziom całości jest tak zaskakująco wyrównany, że nie jestem w stanie wskazać faworyta. Brzmi to bardzo świeżo, energetyczne, ma to swój klimat, którego nie jestem tak naprawdę z niczym porównać. Zdarzają się zarówno bardziej wyciszone („Wybaczcie mnie złej”), niepozbawione pulsującej energii („Szachmistrz” z „pikającymi” klawiszami na końcu, niepozbawionych elementów orientalnych (gitara w „Pryzmacie”).

Ale na mnie największe wrażenie robi wokal samej Steczkowskiej, który czasami się nakłada, bywa bardzo delikatny i niesamowicie przestrzenny. I co najważniejsze, idealnie współgrający z muzyką. Jak dla mnie cały album jest z braku lepszego słowa kosmiczny. Takiej Justyny to dawno nie było w tak wybornej formie.

8/10

Radosław Ostrowski

Mela Koteluk – Migracje

Migracje

Jak usłyszałem dwa lata temu jej debiutancki album „Spadochron”, byłem kompletnie oczarowany i zachwycony. Jednak nawet ja wiedziałem, co to jest „syndrom drugiej płyty”. Obawiałem się nowego materiału Meli Koteluk, zastanawiając się czym mnie zaskoczy i oczaruje. Pora sprawdzić te „Migracje”. Czy trzeba będzie wiać?

Za produkcję odpowiada Marek Dziedzic, który jest też współautorem większości kawałków. Pierwsze, co rzuca się w uszy to obecność saksofonu, którego nie było. A dalej jest delikatnie, z bogatymi aranżacjami oraz chwytliwymi melodiami (singlowe „Żurawie orgiami” z chórkami oraz silnie elektronicznym refrenem). Gitara elektryczna jest łagodna, działa bardzo kojąco, współtworząc niezwykły klimat („Tango katana”), w którym pomagają inne instrumenty ze wskazaniem na elektronikę, która nie działa drażniąca i nie jest w żaden sposób tandetna. Czary zaczynają się już w „Tragikomedii”, gdzie błyszczy fortepian i perkusja (w refrenach brzmi bardziej „strzelająco”) przez singlowe „Żurawie orgiami” i „Fastrygi”, czarujący „Stan dusz”, lekko folkowy „To nic” (gitara na początku brzmi tak folkowo, ale potem pojawia się perkusja i akordeon), soft rockowe „Pobite gary” aż do skocznego tytułowego utworu (saksofon szaleje!!!) oraz „Przeprowadzek” (świetne skrzypce na początku i lekkie klawisze plus ten flet!!!).

Wokal Meli wielu na debiucie kojarzył się z Kasią Nosowską czy Joanną Prykowską. Jednak tutaj wyczuć można pewne podobieństwo (we frazowaniu) z… Gabą Kulką. Jedno jednak jest pewne: wokal świetnie współgra z muzyką, a same teksty są naprawdę niezłe. Widać konsekwentnie budowany klimat i atmosferę.

Wielu może znużyć lekki brak jakiegoś zróżnicowania, a krótkie utwory instrumentalne sprawiają wrażenie zapychacza, ale ma to klasę i elegancję. Polecam tez wersję deluxe zawierającą znane wcześniej utwory „Wielkie niebo” i „To trop” oraz dwa utwory w wersji akustycznej, które troszkę wzbogacają ten album. Bardzo przyjemny i bardzo udany.

8/10

Radosław Ostrowski

Marit Larsen – When the Morning Comes

When_the_Morning_Comes

Ta młoda dziewczyna z Norwegii zyskała rozgłos w 2008 roku, dzięki chwytliwej piosence “If a Song Could Get Me You”. W tym czasie wydała trzy płyty idące w stronę popu – gatunku w muzyce najtrudniejszego do wykonania. Bo jest to muzyka bardzo popularna i pozornie łatwa do zrealizowania. Ciekawe jak wypadnie album nr 4, czyli „When the Morning Comes”.

W czasach wkurzającej i niemal wszechobecnej elektroniki, dającej efekt dźwiękowej rąbanki siecznej, ten album będzie jak powiew świeżego powietrza. Mamy żywe instrumenty (fortepian, smyczki, gitara elektryczna i perkusja), co już jest połową sukcesu. Drugą połowa jest wtedy, gdy dostaniemy dobre melodie. Jest tutaj dość delikatnie i miło, choć czasem odzywa się gitara („Please Don’t Fall for Me”), jednak nie jest tutaj agresywnie. Pojawiają się jednak ciekawe instrumenty ubarwiające całość (cymbały w „I’d Do It All Again”, organy w „Shine On (Little Diamond)” czy akordeon w „Lean On Me, Lisa”), choć nie zdarza się to zbyt często. Można odnieść wrażenie pewnej monotonii i schematu brzmienia (fortepian niemal non stop się pojawia), ale jest kilka chwytliwych melodii (poza w/w dynamiczne „Travelling Alone” z uroczymi Hammondami w tle czy folkowe „Consider This”).

Sytuację ratuje sam wokal Marit, który jest zarówno delikatny jak i pełen uroku. To wystarczy, by album uznać za całkiem przyzwoity. Plus jeszcze niegłupie teksty. Jak widać skandynawski, komercyjny pop ma się nieźle.

6/10

Radosław Ostrowski

ZAZ – Paris

Paris

Paryż – miasto, które jest tak znane dzięki zabytkom, turystom oraz… muzyce. Kolejną osoba, które chce nas przekonać o miłości do Paryża jest francuska wokalistka Zaz, która pochodzi z Bordeaux. Znana z dwóch dobrze przyjętych (także przeze mnie) płyt tym razem nagrała pierwszy w swojej karierze cover album.

Album ten składa się z utworów m.in. Maurice’a Chevalier, Edith Piaf, Joe Dassina czy Cole’a Portera, a za produkcję odpowiadał sam Quincy Jones. Nie brakuje tu typowej dla tej pani szybkiego grania z charakterystycznymi instrumentami tego kraju (akordeon i klarnet w „Paris sera toujours Paris”), ale przede wszystkim jest to album jazzowy. Wiec nie mogło zabraknąć tutaj fortepianu (lekko rapowany „Paris canaille” z rytmicznym kontrabasem oraz harmonijką ustną), ale są też skręty w stronę śpiewu a capella („A Paris” z męskimi wokalami) oraz bardziej ulicznego grania (gitara akustyczna, skrzypce), które jest znakiem rozpoznawczym Francuzki. Ale zdarza się usłyszeć bogatsze aranżacje (pachnące troszkę latami 60. nieśmiertelne „Champs Elysées” grane przez jazzband, z mocnymi dęciakami) czy bardziej stonowane (wyciszone „Sous le ciel de Paris” ze smutnym akordeonem oraz delikatną gitara akustyczną, które nabiera przyśpieszeniu). Jest w czym wybierać jak zawsze.

Ale po raz pierwszy pojawiają się duety  aż trzy: jazzowe „La Romance De Paris” z Nikki Yanofsky (dęciaki szaleją), zwiewne i lekkie „La romance de Paris” (pięknie jazzująca gitara) oraz nagrany z legendarnym Charlesem Aznavourem „J’aime Paris Au Mois De Mai”. I wszystkie są zrobione bez zarzutu.

Nie do końca jestem fanem cover albumów, ale muszę przyznać, że ten bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Zaz śpiewa bez zarzutu, pozwalając sobie na frazowanie i podśpiewywanie rożnych drobiazgów. „Paris” słucha się znakomicie. Nie wierzycie, to przekonajcie się sami.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

 

Aretha Franklin – Aretha Franklin Sings the Great Diva Classics

Aretha_Franklin_Sings_the_Great_Diva_Classics

To jedna z tych wokalistek, których przedstawiać nie trzeba – najbardziej „czarny” głos jaki możecie sobie wyobrazić. I nie uniknęła trendu nagrywania albumów z coverami. Jak ten album wskazuje, to utwory największych klasycznych diw. Dziesięć piosenek, jeden głos i armia producentów (m.in. Andre 3000 i Babyface) – co może pójść nie tak?

No właśnie. Brzmienie jest bardzo współczesne, plastikowe, czasami ożywione bardziej żywymi instrumentami (saksofon), choć podrasowane sznytem r’n’b. Jest tutaj kilka ocierających się o kicz coverów („I Will Survive” ma koszmarny bit), ale na mnie największe wrażenie zrobiło spokojne i liryczne „People” (ten fortepian!!!) oraz przerobione na reggae „No One” Alicii Keys. Również „Rollin In the Deep” z wplecionym fragmentem „Ain’t No Mountain High Enough” prezentował się bardzo przyzwoicie. Głos Aretha ma jak dzwon – naprawdę mocny, chociaż może trochę nadekspresyjny, ale skupiający totalnie uwagę. Ale nie zawsze te aranżacje brzmią świetnie – drażni zwłaszcza perkusyjny bit („You Keep Me Hangin’ On” czy „I’m Every Woman” zmieszane z „Respect”) oraz wtórność imitujących dęciaki elektroniki. Czasami nie byłem w stanie rozróżnić tych piosenek.

Zabrakło chyba tutaj kreatywności, bo nie ma tutaj zbyt wiele, a sam głos Arethy to za mało, by przykuć uwagę na dłużej. Jest tutaj zaledwie poprawnie, a po takiej artystce należy spodziewać się dużo więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski


 

VA – Nowe pokolenie 14/44

Nowe_Pokolenie_14_44

O Powstaniu Warszawskim powstało tyle płyt, a każda metoda popularyzacji zasługuje na uznanie, choć można podejrzewać skok na kasę. Tym razem jednak dwóch producentów (Mateo i Grzech Piotrowski) postanowili opowiedzieć o Warszawie z czasów powstania, wybierając perspektywę cywili. Zaprosili uznanych raperów oraz wokalistów, tworząc „Nowe pokolenie 14/44”. Co z tego wyszło?

Zaczyna się instrumentalnym „01.08” – prosta gitarowa melodia, żywa i skoczna, do której dołącza perkusja, akordeon. Brzmi to jak miejska kapela, ale końcówka z werblami i dzwonami zapowiada tragiczny finał. Jeśli chodzi o brzmienie, mamy tutaj do czynienia z żywym instrumentarium, choć nie brakuje tutaj perkusyjnego bitu. Prostota jest tutaj siła jak w „Dlaczego nie mam takiej mocy”, gdzie rapującego Sobotę (dość spokojnie) wspiera Mateusz Krautwurst oraz poruszający fortepian. Chwytliwa gitara i znowu fortepian pojawia się w „Do powstańca”, gdzie wspominany jest tragizm bohaterów sprzedanych przez Zachód oraz dalszej walce, bardzo zgrabnie opowiedziane przez Tadka oraz Sławka Uniatowskiego. Znacznie mroczniej brzmi „Dziś idę walczyć – Mamo”, z którego wybija się gra skrzypiec oraz akordeonu, a w refrenie pojawia się nokturnowy fortepian oraz mroczniejsze skrzypce. Mocna i szybka nawijka Ostrego oraz Waldemara Kasty jest skontrastowana z delikatnymi (i poruszającymi) głosami Joanny Lewandowskiej z Joanną Kulig czy niemal elegijna „Kołysanka (nad Warszawą deszcz)” – te skrzypce!!! – gdzie znów Ostry szaleje, wspieranych przez chór w refrenie oraz Annę Karwan. Rozbita na dwie części „Piosenka” ma bardzo nieprzyjemny prolog (Lukasyno) z delikatną gitarą oraz smyczkom, budując klimat porażki, a dalej wchodzi Kari Amirian (pierwszy raz śpiewająca po polsku) miażdżąc swoim spokojnym głosem w tle wokaliz, współgrając z niemal etnicznym podkładem.

Znacznie żwawszy jest „Wiersz o nas i chłopcach”, dzięki skocznemu akordeonowi oraz prostemu bitowi skontrastowanemu z tekstem opisującym „ciężkie czasy”. Szybko nawija KęKę wspierany przez pięknie śpiewającą Martę Zalewską. Na podobnej taktyce, choć z dominującym fortepianem działa „Kołysanka (Smutna rzeka)”, gdzie wraca Anna Karwan, jednak tutaj nawija lekko przygnębiony Sobota. „Tu mówi Warszawa” przypomina wspomnienia poległych (Proceente), a refren bazuje na audycjach Radia Błyskawica („trzymamy się jeszcze” – Monika Kuczera porusza). Końcówka jest bardziej elegijna i smutna od „Sumienia świata” (Borixon w dobrej dyspozycji, marszowa perkusja, a Monika Kuczera śpiewa o wolności) przez pianistyczne „Ktoś Ty?” z saksofonem (Kasta z Krautwurstem) aż do instrumentalnego „03.10” Piotrowskiego, idącego w stronę etniczno-elegijnych dźwięków (flety, piszczałki opisujące zrujnowaną Warszawę).

Wyszła z tego naprawdę mocna, poruszająca i niezwykła płyta – dopieszczona, dopracowana i poruszająca, gdzie młodzi nawiązują kontakt ze zmarłymi. Chyba na pierwszego listopada będzie jak znalazł.

8/10

Radosław Ostrowski

Annie Lennox – Nostalgia

Nostalgia

Albumy z coverami zawierającymi piosenki z czasów młodości danego artysty jest coraz bardziej wyczuwalnym trendem. Zazwyczaj takie albumy powstają z dwóch powodów: albo podreperować sobie karierę albo nabić sobie kasę. Jak myślicie, co kierowało Annie Lennox – połówka legendarnego duetu Eurythmics – by nagrać taki album? No właśnie.

Podszedłem do tej płyty jak kat na ścięcie, a okazało się, ze „Nostalgia” wyprodukowana przez Dona Wasa (współpraca m.in. z Bobem Dylanem, Johnem Mayerem czy B.B. Kingiem) i Mike’a Stevensa była czymś zupełnie wyjątkowym. Zaskakuje wybór piosenek? Nie, to zestaw standardów z tzw. Wielkiego Amerykańskiego Śpiewnika. Aranżacjami? O tak – tutaj jest bardziej minimalistycznie. Smyczki, klawisze, fortepian, czasem harfa – i to wszystko. Mimo znajomości sporej części piosenek („Georgia on My Mind”, „Summertime”), ta minimalistyczna oprawa działa znakomicie, na korzyść albumu. Czasem odezwie się trąbka („I Cover the Waterfront”), czasem przewinie się chórek („Strange Fruit”), jednak jest to prezentowane w bardzo dyskretny sposób.

A jest to robione, by na pierwszym planie było słychać wokal Annie Lennox, a ten nadal ma siłę rażenia niczym bomba atomowa. Każdy delikatny dźwięk działa bardzo silnie, a jednocześnie nie jest to przeszarżowane, nadekspresyjne (najlepiej to słychać w gospelowym „God Bless the Child”), ale i tak jest w stanie mocno poruszyć.  I właśnie dlatego, „Nostalgia” nie jest żadnym skokiem na kasę czy na popularność. Wierzę, że Lennox jeszcze zaserwuje nam bardzo interesujący album z własnymi utworami – najwyższa pora.

8/10

Radosław Ostrowski