Sinead O’Connor – I’m Not Bossy, I’m The Boss

Jedna z najbardziej kontrowersyjnych i wyrazistych postaci nie tylko irlandzkiej sceny muzycznej. Dwa lata po dość chłodno przyjętym „How About I Be Me (And You Be You)” postanowiła znów zaatakować i wydać kolejny materiał, tylko bardziej rockowy.

Za produkcję „I’m Not Bossy…” odpowiada pierwszy mąż Sinead, muzyk Jim Reynolds. I na pewno nie jest to az tak chaotyczne i niespójne jak poprzednik. Gitara elektryczna przewija się przez cały czas, nie jest ona ani ostra ani ciężka, jednak zaznacza swoją obecność. Ale gitara nie jest jedynym instrumentem, który się tu przewija. Nie brakuje tutaj spokojniejszych dźwięków (otwierający całość „How About I Be Me” z delikatnymi klawiszami oraz smyczkami), ani skoczniejszych melodii („Dense Water Deeper Down” z chwytliwymi dęciakami), skrętów w rock’n’rolla (zaczynająca się nakładającymi się wokalami Sinead w „Kisses Like Mine”), odribiny elektroniki zmieszanej z trip hopem („Your Green Jacket”), a nawet mocnego bluesa („The Voice of My Doctor” – tam gitara może się wyszaleć). Najciekawsza O’Connor jest wtedy, gdy idzie w stronę popową albo przełamuje tempo oraz melodykę tak jak w przypadku „Harbour”. Spokojna perkusja, delikatna gra fortepianu oraz gitary. W połowie dochodzi do kompletnej wolty, perkusja i gitara staje się ostrzejsza i mocniejsza, a Sinead zaczyna po prostu krzyczeć. Drugim zaskoczeniem jest „James Brown” nagrany z pomocą saksofonisty Seana Kuti, który jest lekko okraszony funkiem (utwór, nie Kuti). Te dwa utwory są najmocniejsze w całym zestawie, ale reszta nie pozostaje gorsza. Jest chwytliwie, melodyjnie, a głos Sinead mocna zapada w pamięć.

I rzeczywiście, to Sinead jest tu szefem. Jej głos, teksty, a jednocześnie kompozycje nie wywołują irytacji ani rozdrażnienia. Coś się chyba zaczyna dziać i może dojść do przełomu. Tak trzymać.

7,5/10



Chicago – Chicago XXXVI: Now

Now_XXXVI

W latach 70. I 80. był to jeden z popularniejszych zespołów, głównie dzięki przebojowi „Hard To Say I’m Sorry”. Mimo tego grupa Chicago nadal tworzy i komponują, choć nie ma już tego rozgłosu. I właśnie teraz wyszedł 23 (!!!) album 9-osobowej ekipy.

I pierwsze, co rzuca się w uszy to lekkość brzmienia oraz skręt w stronę jazzu (dęciaki robią swoje), a delikatne głosy Roberta Lamma i Lou Pardiniego dopełniają trochę chilloutowego klimatu. Trąbki, klarnety, czasem odezwie się gitara elektryczna (mocne wejście w „Now”, delikatniejsze w „America”), ale nawet delikatniejsza, lekko tandetna perkusja nie jest w stanie zepsuć piosenki jak w „Crazy Happy” czy „Something’s Coming, I Know” . Panowie choć dojrzali jeszcze potrafią czarować, a i nie pogardzą nastrojową balladą („Love Lives On” z ładnie grającą gitarą akustyczną czy idącą w stronę Orientu wyborną „Naked in the Garden of Allah”).

Nie jest to jazzowy album, choć dęciaki dominują tutaj cały czas. To bardziej wyrafinowany pop, który w tej porze roku działa naprawdę dobrze i przyjemnie. Muzycy grają delikatnie, wokale są świetne, a kompozycje naprawdę porządne. Po porostu dobry album.

7/10

Radosław Ostrowski

Gemma Ray – Milk for Your Motors

Milk_for_Your_Motors

Pora sięgnąć po muzykę, a o tej porze roku sprawdza się wszystko. Tym razem padło na album brytyjskie wokalistki, która schodzi i skręca w stronę muzyki alternatywnej, co pokazała w swoich pięciu poprzednich albumach.

Już sam tytuł jest intrygujący „Mleko dla twoich motorów”, a im dalej, tym coraz ciekawiej. Dla mnie ta muzyka znów pachnąca latami 60., co słychać w instrumentarium (delikatna gitara elektryczna, organy Hammonda) oraz w głosie Gemmy, który jest trochę taki niedzisiejszy i bardzo delikatny. Nawet w momencie, gdy pojawiają się folkowe wstawki (szybkie „Buckle Up” i bardziej nastrojowe „When I Kissed You”), to jest to robione na poziomie. W dodatku aranżacje są tutaj naprawdę porządnie zrobione i nie brakuje różnych niespodzianek jak orientalnej perkusji w „The Right Thing Did Me Wrong”, delikatnej grze fortepianu w „Waving at Mirrors” czy dziwacznym cymbałkom w świetnym „Motorbike”. Dzieje się tu sporo, nie brakuje też tutaj potencjału przebojowego w każdym z utworów.  i nie brakuje tutaj potencjalnych przebojów jak podniosłe „Rubbing Out Your Name” czy otwierające całość „The Wheel”, które nasuwa skojarzenia z filmami Davida Lyncha.

Niby popowych płyt czy indie brzmienia jest od cholery i trudno wybrać coś ciekawego. Gemma Ray może nasuwać skojarzenia brzmieniowe choćby z Laną Del Rey, ale Brytyjka wydaje mi się ciekawszą propozycją, na pewno bardziej zróżnicowaną i bogatszą aranżacyjnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mike + The Mechanics – The Road

The_Road

Po wydaniu płyty „Rewired” oraz długiej trasie koncertowej, Mike + The Mechanics zawiesił działalność, a potem odszedł wokalista Paul Carrack. Mike Rutherford miał wtedy dwa wyjścia: albo zakończyć przygodę pod tytułem Mike + The Mechanics albo reaktywować grupę. Gitarzysta Genesis wybrał drugą opcję, ale zebrał kompletnie innych muzyków: perkusistę Gary’ego Wallisa, gitarzystę Anthony’ego Drennana (The Corrs) oraz klawiszowca Luke’a Juby. Wokalistami grupy zostali Brytyjczyk Andrew Roachford i Kanadyjczyk Tim Howar. W takim składzie w 2011 wydali ostatni (na razie) album „The Road”.

W zasadzie nic się specjalnie nie zmieniło pod względem stylistycznym. To chwytliwe i proste popowe granie z gitarą elektryczną w tle. Elektronika jest przyjemna, nienachalna, ale w żadnym wypadku nie toporna. Nawet gitara elektryczna ma swoje mocne momenty (końcówka tytułowego utworu czy „Hunt You Down”). Ale i tak tutaj dominuje tutaj kraina łagodności i spokoju, ale nie ma tu zbyt wiele miejsca na monotonię. Czasem tempo jest żywsze („Try To Save Me”), elektronika przypomina trochę melodię z karuzeli (początek „Background Noise”), są tez charakterystyczne dla grupy chórki („Heaven Doesn’t Care”), delikatne solo fortepianu („I Don’t Do Love”). Dzieje się wiele i słucha się tego dobrze.

A jak sobie radzą panowie wokaliści? Bardzo dobrze – delikatny, wręcz aksamitny Roachford, surowy Howar i jeszcze wokalista nr 3, czyli głęboki Arno Carnstens. Godnie panowie zastępują Younga i Carracka, a i teksty też są całkiem niegłupie i nie nużą.

Restart grupy okazał się dobrym posunięciem, a Rutherford trzyma fason. Mam nadzieję, że po reedycji swojej drugiej płyty (gdzie umieszczoną nową wersję „Living Years”) pojawi się nowy album sygnowany nazwą Mike + The Mechanics. Naprawdę dobrzy są.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mike + The Mechanics – Rewired

Rewired

Po wydaniu „M6” w zespole Mike’a Rutherforda doszło do niepowetowanej straty. 15 lipca 2000 po zawale serca zmarł wokalista Paul Young, co doprowadziło do zawieszenia działalności. Cztery lata później wyszedł kolejny album, ale tym razem zespół działał jako duet (Mike Rutherford na gitarach basowej i elektrycznej oraz wokalista Paul Carrack, który wziął na siebie także klawisze). W trakcie nagrywania „Rewired” Rutherford zaprosił paru muzyków, m.in. perkusistę Petera Van Hooke’a i gitarzystę Robbie McIntosha.

Na pewno ekipa poszła w stronę bardziej elektronicznego brzmienia, które jest bardzo delikatne i melodyjne. A jednocześnie ktoś sobie przypomniał, że ma gitarę elektryczną i jeszcze potrafi na niej zagrać. I nawet te delikatne piosenki brzmią naprawdę świetnie. Słychać to już w otwierającym całość „One Left Standing”, które zostało przearanżowane – a elektroniczne dźwięki urozmaicają ta delikatną piosenkę razem z perkusją. Nie brakuje tutaj chilloutowej lekkości („If I Were You”), nakładających się wokali, świetnych chórków („Perfect Child”), mocniejszego wejścia gitary („Falling” czy „Somewhere Along the Line”). Ale największym zaskoczeniem są tutaj dwa instrumentalne utwory – tytułowa kompozycja (gdzie nie brakuje tutaj przewijania – prawie jak skreczowanie, głośna gitara i przebitka wokalu Carracka)  oraz „Underscore” z elektronicznymi udziwnieniami oraz wplecionymi fragmentami muzyki klasycznej.

Mogę stwierdzić bez cienia wątpliwości, że Rutherford wrócił do formy, piosenek słucha się z wielką frajdą, a Paul Carrack ma naprawdę świetny głos. Razem z niegłupią warstwa tekstową tworzy to naprawdę porządny koktajl. Jednak miało to nie być ostatnie słowo Rutherforda.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lana Del Rey – Ultraviolence

Ultraviolence

Mówi się o niej, że jej jedynym talentem jest marketing i posiadanie ojca milionera. Oraz naprawdę duże usta. Ale o nikim innym w 2012 roku nie mówiło się tak często jak o Elizabeth Grant zwanej też Laną Del Rey. Po debiutanckim (powiedzmy) „Born To Die”, które zrobiło na mnie dobre wrażenie musiał pojawić się album nr 2. Tytuł mocny – „Ultraprzemoc”. Czy będzie brutalnie?

Za produkcję odpowiada głównie Dan Auerbach, czyli jedna druga The Black Keys. Jeśli spodziewacie się zmiany stylistyki (nostalgia pachnąca latami 60.), to się przeliczyliście, bo Auerbach to wyciska jeszcze bardziej, co słychać w otwierającą całość „Cruel World”. Gitara elektryczna w tle, zapętlająca perkusja, przestrzenny głos i różne elektroniczne wstawki z organami na czele. Tytułowy utwór wyróżnią się smyczkami oraz mocną perkusją, równie rozmarzone jest „Shades of Cool” (ta perkusja lekko westernowa). Klimat więc zachowano, a nawet uczyniono bardziej staroświeckim, choć można odnieść wrażenie, że piosenki zlewają się ze sobą i ma się wrażenie słuchania jednego, tego samego utworu. Zdarzają się jednak wyjątki jak „West Coast” ze zmiennym tempem, „Pretty When You Cry” z mocnym riffem pod koniec (podobnie „Money Power Glory”) czy smyczkowo-pianistyczny „Old Money”. Reszta wypada całkiem nieźle, a bardzo charakterystyczny wokal Lany współtworzy ten nostalgiczno-melancholijny klimat.

Powiem tylko tak: to solidna płyta, która ma potencjał na serwowanie letnich hitów. A jak lubiliście „Born to Die”, to i tu znajdziecie wiele dla siebie. Ja tez trochę znalazłem fajnych rzeczy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Sia – 1000 Forms of Fear

1000_Forms_of_Fear

Tej wokalistce rozgłos przyniósł „Titanium” nagrany z Davidem Guettą. Ale to było jakieś trzy lata temu i wtedy zrobiła kilka kolaboracji. Jednak już wtedy Sia była uznaną wokalistką idącą w stronę popu i jazzu. A teraz pojawia się jej album nr sześć pod tytułem „1000 Forms of Fear”, za którego produkcję odpowiadają Greg Kurstin (współpraca m.in. z Lily Allen, Mariną and The Diamonds czy Foster the people) i dj Diplo.

Efekt? No właśnie, dla mnie dość kontrowersyjny, bo jest to współczesne brzmienie popowe, miejscami skręcające w r’n’b. Mówiąc współczesne, mam na myśli naszpikowane (przesadną) elektroniką i ocieraniem się mocnym o plastik. Takie miałem wrażenie po usłyszeniu otwierającego całość „Chandeliera”. Ale początek czasem bywa zwodniczy. Bo dalej jest troszkę inaczej i różnorodniej. Owszem, czasem walnie perkusja, klawisze złagodzą atmosferę („Burn the Pages”), wskoczy jakiś fortepian i takie wstawki spod znaku czarnej muzy (łamana perkusja, cykacze, basowa elektronika). I najlepsze są tutaj spokojne kompozycje jak „Eye of the Needle” czy trochę kołysankowe „Fair Game” z melodią pozytywki oraz smyczkiem. I o dziwno brzmi to naprawdę nieźle. Czas mija bezboleśnie, wokal Sii jest naprawdę fantastyczny i sprawdza się – nie ważne czy jest delikatna, czy bardziej ekspresyjna i krzycząca. Nawet jak jest elektronicznie powtarzana i przerabiana (końcówka „Free the Animal”), to nie wywołuje takiej irytacji.

Co ja dużo będę mówił, jest to całkiem przyzwoita płyta, która nie ma poważnych wad, ale tez nie jest jakaś super powalająca. Popowa płytka, ale raczej z tej lepszej półki.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Mike + The Mechanics – M6

M6

W połowie lat 90. Mike + The Mechanics powoli wrócił do łask dziennikarzy i przede wszystkim słuchaczy. Jednak w grupie doszło do perturbacji, na skutek których odszedł perkusista Peter Van Hooke oraz klawiszowiec Adrian Lee, zaś ich funkcje przejęli wokaliści Paul Carrack i Paul Young. W takim okrojonym składzie panowie ruszyli nagrać nowy materiał. I w 1999 roku wyszedł „M6”.

Jest to kontynuacja łagodnego i delikatnego pop-rocka z wykorzystaniem nowoczesnej (na tamte czasy) elektroniki, która z dzisiejsze perspektywy brzmi dość archaicznie (perkusja i wstawki w „Now That You’ve Gone”). Na szczęście nie jest aż tak źle jak się zapowiada początek. Rutherford nadal potrafi grać chwytliwe melodie i zgrabnie gra na gitarze jak w „Ordinary Girl”.  A pewne smaczki troszkę ubarwiają trochę skostniałą muzykę (jak gra fortepian i smyczki w „All The Light I Need” czy mocniejszy riff w „What Will You Do”), bo powoli zaczyna być odczuwalne znużenie. Nawet te spokojniejsze utwory zaczynają zwyczajnie nużyć i wywołuje już takiego zachwytu jak na początku działania grupy. Prostota tutaj działa na niekorzyść, a próby uwspółcześnienia tutaj się nie sprawdzają – przebitki wokalu, elektroniczna perkusja, a i tak najbardziej wybijają się kończące całość delikatne „Did You See Me Coming” (ładna gitarka na początku), obaj wokaliści dają z siebie wszystko oraz stonowane „Look Across at Dreamland”.

Po nagraniu tej płyty zmarł wokalista Paul Young, co spowodowało zawieszenie działalności grupy. Ale mogę was uprzedzić – Mechanicy powrócili. Nie zmienia to faktu, ze „M6” jest ich najsłabszą płytą. Na razie.

5/10

Radosław Ostrowski

Ed Sheeran – X

X_Sheeran

Młody i (podobno) utalentowany rudzielec z Wysp Brytyjskich przykuł uwagę debiutanckim albumem “+”, który dla mnie był średni, mimo kilku naprawdę fajnych piosenek jak „The A Team” czy „Lego House”. Teraz Ed Sheeran wraca opromieniony hiciorem z drugiego „Hobbita” oraz nowym albumem pod tajemniczym tytułem „X”. Co z tego wyszło?

Jest paru producentów, a to nie zawsze wróży zbyt wiele. Warto wspomnieć trzech: Jake’a Goslinga, który współpracował przy debiucie Sheerana, legendarny Rick Rubin i Pharell Williams. Chłopak z gitarą oraz swoim głosem czasami wspierany przez inne instrumenty, jak w ładnie otwierającym całość „One”. Podobnie w szybkim „I’m a Mess”, gdzie towarzyszy potem perkusja oraz klaskanie. Ale im dalej, tym nie jest już takie fajne. Singlowy „Sing” może imponować grą gitarową, ale już perkusja oraz Ed naśladujący wokalnie Justina Timberlake’a (pewnych osób nie da się podrobić) – to nie może być dobre. Pharellu, błądzisz i jeszcze niewinnego chłopaka wkręcasz. Troszkę lepiej jest w „Don’t”, gdzie podkład jest troszkę lepszy (elektronika i fortepian są spoko), „Nina” skręca w r’n’b, dzięki fortepianowi i bitowi. I jest to całkiem niezłe. A dalej jest pomieszanie z poplątaniem: nastrojowe balladki („Photograph” czy „Tenerife Sea”) przeplatają się ze skrętami z elektroniką („Bloodstream”) oraz r’n’b i rapem („Runaway” z niezłym bitem oraz oszczędny „The Man” z niezłą gitarą elektryczną). W zasadzie mamy podobny rozrzut jak w debiucie, czuć jednak niewielki progres (ja wyróżniłbym też trochę bluesowy „Thinking Out Loud”).

Ed ma pewien pomysł na siebie i gdy gra z gitarką swoje piosenki, to wtedy wypada najlepiej. Nieźle rapuje, ale kiedy próbują producenci poeksperymentować, coś się zaczyna psuć, wyczuwa się fałsz i próbę włożenia cudzych butów, bo inaczej płyta się nie sprzeda (albo będzie zbyt monotonna). A że ładnie śpiewa i teksty mają ręce z nogami, trzeba mu kibicować. Żeby znalazł producenta, który go wesprze i pomoże. Bo inaczej możemy o nim bardzo szybko zapomnieć. A tego (zwłaszcza fanki) mogą nie darować.

6/10

Radosław Ostrowski

Coldplay – Ghost Stories

Ghost_Stories

Jeden z najbardziej popularnych zespołów brytyjskich, choć ostatnie ich dokonania nie robią na mnie aż tak wielkiego wrażenia. Z delikatnego, ale gitarowego grania Chris Martin i spółka coraz mocniej poszli w stronę elektroniki, a co wpływ miała współpraca z Brianem Eno od czasu „Viva la Vida”. W podobnym tonie powstało „Ghost Stories” – album poniekąd zainspirowany rozstaniem frontmana ze swoją partnerką. Na ile to prawda, a na ile reklama – trudno powiedzieć.

Singlowe utwory niespecjalnie mnie przekonały do tej płyty, ale postanowiłem się nie zrażać, a współproducentami byli m.in. Tim Berling (bardziej znany jako Avicii), Rik Simpson (współpraca m.in. z Portishead) i będący na fali Paul Epworth (m.in. Adele, Florence + The Machine czy John Legend). To tylko potwierdza, że Coldplay idzie w stronę popowego brzmienia, co samo w sobie złe nie musi być. Elektronika bywa przestrzenna, ale perkusja syntezatorowa bywa irytująca (strasznie przeszkadza w „Magic” razem z basem), ale ilość gitary elektrycznej jest strasznie zmniejszona. Czemu każdy zespół rockowy inwestuje w syntezatory i pianinko, by grać jak Radiohead? Tego nie ogarniam. Owszem, zdarzają się ciekawe kompozycje jak „Midnight” z „tykającymi” klawiszami oraz przestrzennym wokalem (potem w połowie klawisze brzmią coraz gorzej, próbują naśladować nie wiadomo co) czy prawie akustyczny „Oceans”, ale już takie „A Sky Full of Stars” to już jest dla mnie czymś niepojętym. Dyskotekowy podkład mocno przypominający „We Found Love” Rihanny i taki nakład elektroniki pachnącej tandetą może i podbije dyskoteki, ale po nich można było liczyć na więcej. Za to zakończenie, czyli „O” z prostym, ale ładnie zagranym fortepianem, gdzie klawisze budują przestrzeń, jednak nie drażnią. Ale końcówka z anielskimi wokalizami to repeta otwierającego całość „Always In My Head”, będąca zgrabną klamrą. Jednak te parę utworów (słownie trzy z dziewięciu) to trochę za mało. Edycja deluxe troszeczkę podwyższa ocenę, głównie dzięki tytułowemu utworowi oraz drugiej części „O”.

I nawet niezły wokal Chrisa Martina nie był w stanie mnie całkowicie porwać, bo „Ghost Stories” jest zaledwie poprawną płytą. A liczyłem na dużo więcej, jednak widać, że nie zamierzają wrócić do korzeni. Może im by się to przydało.

5/10

Radosław Ostrowski