
Jedna z najbardziej kontrowersyjnych i wyrazistych postaci nie tylko irlandzkiej sceny muzycznej. Dwa lata po dość chłodno przyjętym „How About I Be Me (And You Be You)” postanowiła znów zaatakować i wydać kolejny materiał, tylko bardziej rockowy.
Za produkcję „I’m Not Bossy…” odpowiada pierwszy mąż Sinead, muzyk Jim Reynolds. I na pewno nie jest to az tak chaotyczne i niespójne jak poprzednik. Gitara elektryczna przewija się przez cały czas, nie jest ona ani ostra ani ciężka, jednak zaznacza swoją obecność. Ale gitara nie jest jedynym instrumentem, który się tu przewija. Nie brakuje tutaj spokojniejszych dźwięków (otwierający całość „How About I Be Me” z delikatnymi klawiszami oraz smyczkami), ani skoczniejszych melodii („Dense Water Deeper Down” z chwytliwymi dęciakami), skrętów w rock’n’rolla (zaczynająca się nakładającymi się wokalami Sinead w „Kisses Like Mine”), odribiny elektroniki zmieszanej z trip hopem („Your Green Jacket”), a nawet mocnego bluesa („The Voice of My Doctor” – tam gitara może się wyszaleć). Najciekawsza O’Connor jest wtedy, gdy idzie w stronę popową albo przełamuje tempo oraz melodykę tak jak w przypadku „Harbour”. Spokojna perkusja, delikatna gra fortepianu oraz gitary. W połowie dochodzi do kompletnej wolty, perkusja i gitara staje się ostrzejsza i mocniejsza, a Sinead zaczyna po prostu krzyczeć. Drugim zaskoczeniem jest „James Brown” nagrany z pomocą saksofonisty Seana Kuti, który jest lekko okraszony funkiem (utwór, nie Kuti). Te dwa utwory są najmocniejsze w całym zestawie, ale reszta nie pozostaje gorsza. Jest chwytliwie, melodyjnie, a głos Sinead mocna zapada w pamięć.
I rzeczywiście, to Sinead jest tu szefem. Jej głos, teksty, a jednocześnie kompozycje nie wywołują irytacji ani rozdrażnienia. Coś się chyba zaczyna dziać i może dojść do przełomu. Tak trzymać.
7,5/10


















