Kari Rueslatten – Time to Tell

Time_to_Tell

Ta wokalistka wcześniej grała w norweskim zespole metalowym The 3rd and the Mortal, jednak w 1995 roku opuściła zespół, nagrywając kilka solowych płyt. Ale nie były one tak ostre jak się spodziewano. Najnowszy album tylko to potwierdza.

„Time to Tell” to dość spokojny album, pachnący folkiem, za którego produkcję odpowiada Jostein Ansnes – bardzo uznany producent z krainy Wikingów. Całość bazuje na akustycznych instrumentach (głównie gitara, perkusja i bas) plus pianino/klawisze. Nie ma tutaj żadnych fajerwerków, zaś bardzo spokojne tempo działa bardzo kojąco. Czy jest to zróżnicowany materiał? Trochę tak, choć dotyczy to głównie sposobu użycia instrumentów, mocniejszego uderzenia perkusji czy wyraźniejszej gry gitary elektrycznej, która ciągle pozostaje delikatna („Hold On” czy „Rainy Days Ahead”). Tak samo delikatny jest wokal Kari, który brzmi bardzo naturalnie i ma w sobie coś kołyszącego (z braku lepszego słowa). Nie ma sensu rozróżnianie czy wyróżnanie poszczególnych utworów, bo tak jak w przypadku ostatniej płyty Becka albo całość przyjmiecie albo odrzucicie. Na mnie zrobiło to niezłe wrażenie, choć ciekawsza była Marissa Nadler. Ale tutaj też jest całkiem przyzwoicie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Pink Martini & The Von Trapps – Dream a Little Dream

Dream_a_Little_Dream

O 15-osobowej grupie Pink Martini już pisałem w trakcie opowiadania o płycie „Get Happy„. Tym razem orkiestra pod wodzą Thomasa Lauderdale’a tym razem połączyła siły z grupą The Von Trapps, która zajmuje się śpiewaniem.

I tak jak poprzednio podróżujemy po muzyce całego świata, sięgając po standardy światowej muzyki rozrywkowej. O ile jeszcze początek (śpiewana a capella „Storm”) może budzić zaskoczenie, a tyle już „Kuroneko no tango” już nie budzi wątpliwości. Smyczki, delikatna perkusja, fortepian – to Pink Martini, zaś wokal Chiny Forbes nadal sprawdza się w tych żonglerkach dźwiękowych i gatunkowych. Jest bardzo lekko, kolorowo i elegancko, nawet jeśli te piosenki słyszeliśmy już w kilkunastu wersjach (nieśmiertelne „Dream a Little Dream” z gitara akustyczną, fortepianem, banjo, harfą i chórkiem czy „Fernando” okraszone hiszpańską dynamiką – perkusyjkami, gwizdkami i dęciakami). Także język się zmienia: od angielskiego przez japoński, niemiecki (jodłujące „Die Dorfmusik”) czy francuski, co absolutnie nie przeszkadza w odbiorze i całkiem niezłej zabawie. I jest parę utworów śpiewanych a capella przez chórek (czyli The Von Trapps), ale ten dość spory rozrzut i chaos sprawdza się.

Niby nie jest to nic, czego już byśmy nie znali w przypadku Pink Martini, ale jest to naprawdę udana i bardzo ciekawa płyta. Taka, przy której ma się bardzo przyjemne sny.

7/10

Radosław Ostrowski

Miss Montreal – Irrational

Irrational

Kolejny towar eksportowy z Holandii. Naprawdę się nazywa Roos-Anne (Sanne) Hans, rocznik 1984 i pochodzi z Dedemsvaart. Do tej pory wydała jakieś trzy płyty, o których w życiu nie słyszałem. I wpadła mi w ręce płyta nr 4, która równie dobrze mogłaby przejść i nawet bym jej nie zauważył.

To delikatne pop-rockowe granie z dominujaca gitarą akustyczną. Nie brzmi to może aż tak plastikowo i tandetnie jak można było myśleć, ale niespecjalnie to porywa i wciąga. Melodie są proste i nieskomplikowane, co samo w sobie nie jest złe, ale jest to tak piekielnie wtórne, że można przy tym ziewnąć z nudów. I nie pomaga ani zróżnicowanie tempa czy popisy elektroniki, ani nawet przyzwoity wokal. Bronia się raptem tylko trzy utwory (na jedenaście): akustyczne „Tututu”, lekkie „Heavy World” oraz pianistyczne „Army in My Head”. Może jeszcze koncertowe „Moonlight Shadow” grane na gitarze jeszcze się broni. Ale to tylko tyle, jeśli chodzi o plusy. Cała reszta to kompletna strata czasu, potwierdza, że czasami bardzo łatwo można dać się zwieźć.

5/10

Radosław Ostrowski

Panasewicz – Fotografie

Fotografie

Tego człowieka nie trzeba przedstawiać. Wokalista i frontman zespołu lady Pank trzy lata temu wydał solowy album, który spotkał się z dobrym przyjęciem. Panasewicz poszedł za ciosem i postanowił wydać drugi solowy album.

„Fotografie” zawierają 10 piosenek utrzymanych w stylistyce pop-rockowej. Dlaczego warto przykuć sobie nim uwagę? Dwa nazwiska: Kuba Galiński (produkcja, współpraca m.in. z Anią Dąbrowską) i John Porter (kompozytor). Jak się dobiera takich współpracowników, to nie może być mowy o rozczarowaniu. Ma być chwytliwe, proste, melodyjnie, a jednocześnie bardzo przyjemnie i dobrze zrealizowane. Poza gitarą elektryczną, która miejscami przypomina macierz Panasewicza, choć pojawia się także bardziej „brudna” jak w „Nie ma w życiu ważnych spraw” („Nie zamykaj okien”), dominuje tutaj fortepian, pojawi się nawet gitara akustyczna (bardzo folkowe „Do góry głowa przyjacielu”), smyczki („Co będzie gdy”), a sekcja rytmiczna po prostu robi swoje. Ale co najciekawsze, dominuje tutaj zarówno różnorodne tempo zmieszane z melancholijnymi tekstami (wyjątkiem jest mroczny „Tępy nóż” czy idący w stronę oniryzmu „Facet na plaży”) oraz bardzo wyrazistym wokalem Panasa, który jest w naprawdę dobrej formie.

Teksty są pełne melancholii, ale tez nie są specjalnie skomplikowane. Nie o to przecież chodzi, bo to ma ręce i nogi, słucha się tego z dużą frajdą i nie przynudza. To trochę inne oblicze Panasewicza – bardziej refleksyjne, delikatne i dlatego „Fotografie” dla wielu mogą być niespodzianką. Niby dobry pop-rockowy album, ale każdy muzyk w naszym kraju powinien zazdrościć.

7/10

Radosław Ostrowski

George Michael – Symphonica

Symphonica

Trend nagrywania płyt z orkiestrą symfoniczną dotknął wielu. Ten album dotyczy pewnego artysty, którego od bardzo dłuższego czasu nie było słychać. Jest nim George Michael, czyli jeden z popularniejszych popowych wokalistów lat 80. i 90.  Już raz nagrał płytę z orkiestrą, która zawierała największe hity XX wieku („Songs from te Last Cenury”). I teraz po ponad 10 latach wydaje drugi album „symfoniczny”, że się tak wyrażę.

„Symphonica” to zapis trasy koncertowe Michaela z lat 2011-12, gdzie towarzyszyła Michealowi orkiestra i zaśpiewał z nią swoje ulubione (i parę swoich) przeboje. Słychać reakcję publiczności i jedna sprawa nie ulega wątpliwości, a nawet dwie. Jest to bardzo eleganckie brzmienie, gdzie nie brakuje tutaj zwiewnych smyczków („Praying for Time”), delikatnie grającej gitary akustycznej („A Different Corner”), chórków i klawiszy. Nastrojowe ballady („Let Her Down Easy” czy „The First Time Ever I Saw Your Face” z pięknym fortepianem) przeplatają się z bardziej skocznymi melodiami (jazzujące “My Baby Just Cares for Me”). Brzmi to naprawdę dobrze, choć może trochę za poważnie i czasami to nuży. Za to sam George Michael jest w świetnej formie jako wokalista i słuchanie go naprawdę sprawia wielką frajdę. Ale mam jednak małą nadzieję, że Michael wyda szybko nowy album i tym razem będą już własne kompozycje.

7/10

Radosław Ostrowski

Metronomy – Love Letters

Love_Letters

Ludzie listy piszą – śpiewali kiedyś Skaldowie. Ta stara prawda przyszła mi do głowy, gdy usłyszałem nowy utwór zespołu Metronomy pt. „Love Letters”. Kwartet z Wysp Brytyjskich po pójściu w elektronikę z lat 80-tych (po 3 latach) nagrywa czwarty album, który pozornie idzie w podobnym kierunku co poprzednik tej grupy (skład: Joseph Mount – wokal i gitara, Oscar Cash – klawisze, Anna Prior – perkusja i Olugbenga Adelekan – gitara basowa).

„Love Letters” zaczyna się bardzo retro od „The Upsetter”, gdzie dominują gitara akustyczna i elektroniczna perkusja. Swoje robią bardzo oldskulowe klawisze oraz grająca pod koniec solo gitarka elektryczna. W podobnym, chilloutowym tonie jest „I’m Aquarius”, gdzie poza delikatniejszymi dźwiękami klawiszy, pojawia się dodatkowy żeński wokal w refrenie. „Monstrous” ma bardzo interesujący wstęp na klawesynie, gdzie potem mamy „orientalną” elektronikę oraz perkusję. Singlowy „Love Letters” wyróżnia się świetnym saksofonem i trąbką na początku (choć bardzo spokojnym i stonowanym), ale reszta jest bardziej żywiołowa. Bardziej gitarowe jest za to „Mouth of Sundays”, przypominające delikatny pop z lat 70-tych i 80-tych (instrumentalny „Boy Racers”). Wrażenie oldskulowości brzmienia podtrzymuje bardzo delikatny wokal Mounta, który jest bardzo niedzisiejszy, a teksty są dość proste i nieskomplikowane.

„Love Letters” to chwytliwa i bardzo chilloutowa muzyka elektroniczna, która jest mocno zakorzeniona w przeszłości, a jednocześnie bardzo melodyjna i wpadająca w ucho. Przyjemne i bardzo rozluźniające.

7/10

Radosław Ostrowski

De Mono – Symfonicznie

00de_monosymfoniczniepl2014frontempik

Nagrywanie płyt z orkiestrą symfoniczną dotyka praktycznie wszystkich wykonawców. I zazwyczaj świadczy o tym, ze artyści nie mają kompletnie pomysłu na nowy materiał. I to też postanowił zrobić zespół De Mono, czyli Andrzej Krzywy i spółka.

Poprosili do pomocy Polską Orkiestrę Radiową pod batutą Jacka Piskorza, która tutaj dominuje, a zespół ogranicza się do śpiewania oraz delikatnego tła. A jak brzmią aranżacje? Są one bardzo rozbudowane i nadają większego rozmachu.  Jednocześnie muzycy bawią się konwencjami, co najbardziej widać w utworze „Moje miasto nocą” (bardzo szybkie smyczki i perkusja), zaś w połowie następuje kompletnie zmiana tempa w stronę bardziej jazzu. Pojawiają się trąbki, delikatny bas i plumkanie smyczków, a w tle słyszymy odgłosy syren i jeżdżących samochodów. Napięcie jest tu jeszcze potęgowane przez dość nerwowa grę smyczków, fortepian , gdzie do szybkich smyczków i perkusji, by pod koniec wszystko wróciło do normy. Taka lekkość w brzmieniu nadaje kompletnie nowego brzmienia, choć linia melodyczna pozostała w zasadzie bez zmian. Wprowadzenia do piosenek brzmią po prostu kapitalnie (początek „Statków na niebie”, gdzie popisują się różnego rodzaju flety, wiolonczele czy wibrafon), budując czasami bardzo liryczny nastrój (pięknie „walcowe” smyczki i gitara akustyczna w „Zostańmy sami” czy fortepian oraz harfa w „Siedmiu dniach”).

Jeśli zaś chodzi o dobór piosenek, to w zasadzie mamy tutaj największe hiciory (wyjątkiem są bardzo „afrykańsko” brzmiące „Kolory” – świetny chórek), czyli poza w/w „Znów jesteś ze mną”, „Ostatni pocałunek” czy „Póki na to czas” (tykający zegar na początku oraz walcowe smyczki, do których dołącza perkusja i gitara). Zaś Andrzej Krzywy jest w dobrej formie, choć brzmi on dość delikatnie.

I to jest przykład, że można stworzyć ciekawą i nie przynudzająca płytę symfoniczną. Zależy to od zgrania z orkiestrą oraz pomysłowych i bogatych aranżacji. To wszystko jest tutaj.

8/10

Radosław Ostrowski

A Great Big World – Is There Anybody Out There?

Is_There_Anybody_Out_There

Muzyka popowa zazwyczaj kojarzy się z czymś prostackim, prymitywnym i mało kreatywnym. Rzuciła mi się pewna płyta debiutantów (w sensie ich pierwszy wspólny album, choć razem maja dość spore doświadczenie przy pisaniu piosenek). Ian Axel i Chad Vaccarino postanowili założyć duet A Great Big World i pod tym szyldem wydali swój debiutancki album.

Za produkcję „Is There Anybody Out There?” odpowiada Dan Romer znany ze współpracy m.in. z Ingrid Michaelson czy pisania muzyki filmowej. Sam album jest bardzo klasycznym, popowym dziełem bardziej zbliżonym do utworów z lat 70. (ze wskazaniem na Eltona Johna) niż współczesnej rąbanki elektronicznej. I z całego instrumentarium dominuje tutaj fortepian, która nadaje tutaj rytmu i dodaje odrobinkę elegancji. Poza tym nie brakuje tutaj zarówno delikatnej elektroniki („I Really Want It”), trąbek (jazzujące „Land of Oppurtunity”), przewinie się delikatnie grająca gitara elektryczna („You’ll Be OK”) czy skrzypce (nastrojowe „Say Something”). Zróżnicowane tempo tylko uatrakcyjnia ten przyzwoity album.

Wokale obydwu panów brzmią bardzo ciekawie i interesująco. Pewnym smaczkiem jest gościnny udział Christiny Aguillery w „Say Something” (śpiewając tak jak nie ona), co jest pewnym małym plusikiem.

Niby nic wielkiego, ale całkiem fajna płyta z tego wyszła. Ku mojemu zaskoczeniu.

7/10

Radosław Ostrowski

Sophie Ellis-Bextor – Wanderlust

Wanderlust

Ta Angielka na początku wieku XXI była bardzo popularna wokalistka popową, która rządziła na dyskotekach. Wszystko przez znany także i mnie przebój „Murder on the Dancefloor”. Cztery płyty i 13 lat później Sophie Ellis-Bextor już nie miała takiej sławy ani takiej rozpoznawalności. Dla odmiany postanowiła nagrać płytę, dzięki której odcina się od swojego poprzedniego dorobku.

Za odmienioną Sophie, czyli album „Wanderlust” odpowiada Ed Harcourt – kompozytor, wokalista i autor tekstów. Efekt? Elegancki i mocno oldskulowy pop, bardziej idący w stylistykę lat 70. Świadczy o tym przede wszystkim instrumentarium, czyli smyczki („Until the Stars Collide”), delikatnie grająca gitara elektryczna („Runaway Daydreamer”), szybka sekcja rytmiczna („The Deer & The Wolf”) oraz fortepian (jazzujący „Young Blood”). Jest delikatnie, elegancko i przebojowo, co w przypadku Sophie jest sporą niespodzianką.  Nie brakuje tez chwytliwego rock’n’rolla („13 Little Dolls” ze świetnymi klawiszami) czy bardziej stonowanych melodii („When the Storm Has Blown Over”). A w to wszystko wplótł się idealnie wokal Sophie – trochę taki niedzisiejszy, bardzo delikatny.

Retro jest w cenie i ten album tylko to potwierdza. „Wanderlust” to poważny skok jakościowy w porównaniu do poprzedników. Pytanie tylko jaki będzie dalszy kierunek tych zmian?

7/10

Radosław Ostrowski


Pablopavo i Ludziki – Polor

00pablopavo_i_ludzikipolorpl2014frontempik

Wszyscy, którzy słuchają reggae wiedzą kim jest Pablopavo. Ten członek słynnego składa Vavamuffin, od pewnego czasu tez działa z własnym zespołem Ludziki, gdzie gra dość różnorodną i nietypową muzykę, inną od swojej macierzystej kapeli. Razem z Ludzikami wydał swój trzeci album.

„Polor” to totalna mieszanka różnych konwencji i gatunków, gdzie jest tu praktycznie wszystko – od elektroniki przez pop, rock’n’roll aż do bluesa. Nic nie jest tutaj ani oczywiste ani przewidywalne, zaś zespół gra z jednej strony bardzo przebojowo („Dancingowa piosenka miłosna” czy „Mikołaj”), ale też bardzo refleksyjnie („Patrz jak się stara wiatr” czy „Ide przez mgłę”), zaś dość oszczędne instrumentarium (klawisze, gitara, perkusja i akordeon) kreuje naprawdę niesamowite brzmienie. Gitara potrafi zabrzmień zadziornie („Piątek” czy funkowi „Eleganccy pesymiści”), akordeon snuje się czasem („Bulaj”), bas bardzo rytmizuje („Nemeczek” z pięknym solo skrzypiec), zaś elektronika miejscami buduje surrealistyczną atmosferę („Mikołaj”) lub tworzy oldskulowy klimat (Hammond w „Eleganckich pesymistach” z trąbkami). Innymi słowy, dzieje się tu sporo i słabych momentów po prostu nie ma.

Zaś Pablopavo jako wokalista też się dostosowuje się do brzmienia i konwencji, wczuwając się i radząc sobie naprawdę dobrze. Od delikatnego wokalu po przyśpieszenia i melorecytację. Z kolei warstwa tekstowa po prostu rozbraja i każda z tych opowieści jest inna, zaś obserwacje pełną są celnych metafor oraz zgrabnej stylistyki („Eleganccy pesymiści”, „Mikołaj” czy „Pablo i Pavo”) okraszoną humorem.

Pablopavo pokazuje jak bardzo niekonwencjonalnym i pomysłowym jest twórcą muzyki. Dobre, bo polskie? W tym przypadku jak najbardziej.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski