Matt Bianco – Hideaway

Hideaway

Jazz jest gatunkiem dość popularnym, choć niszowym. Jednak mieszanie jazzu z popem służy tej muzyce, czyniąc ją bardziej przystępną. Taką strategią kieruje się działający od 20 lat Matt Bianco. Wbrew nazwie jest to duet tworzony przez Marka Reilly’ego i Marka Fishera (po drodze była w zespole m.in. Basia Trzetrzelewska). Panowie jednak nie próżnują i wreszcie trafił do nas album z zeszłego roku.

„Hideaway” zawiera 12 piosenek będących wypadkową jazzu, popu i bossa novy. Delikatne i spokojne brzmienia służą tylko i wyłącznie zrelaksowaniu. Nawet jeśli pojawia się tu gitara, to gra ona bardzo lekko („Too Late for Love”). Tutaj najważniejsze są klawisze oraz bardzo ciepły wokal Marka Reilly’ego.  Co nie znaczy, że nie brakuje tutaj dynamicznych kompozycji (jazzowe „Kiss the Bride” z basem, dęciakami i pianinem czy lekko dyskotekowe „Falling”) czy pewnych urozmaiceń, które wzbogacają album. Orientalne zacięcie w „You Are My Love”, flet w bossa novie „Medusa”, trochę mocniejsza gitara w „The Other Side of Love” czy wspierająca wokalnie Hazel Sim – to tylko niektóre smaczki. Choć pod koniec można poczuć się lekko znużonym, to jednak słucha się tego naprawdę dobrze. Brzmi to lekko, elegancko i odprężająco jak koktajl. Dlatego taka muzyka sprawdzi się w upałach, które wkrótce się do nas zbliżą.

7/10

Radosław Ostrowski


Sara Bareilles – The Blessed Unrest

The_Blessed_Unrest

Pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, ma 34 lata i nagrała do tej pory 3 płyty. Największy rozgłos przyniósł jej utwór „Love Song” z 2007 roku, jednak Sara Bareilles nie zamierza wycofać się i już serwuje, najnowszy 4  krążek.

„The Blessed Unrest” to mieszanka popu i soulu, składająca się z 12 piosenek wyprodukowanych przez samą Sarę, a także Johna O’Mahony’ego i Kurta Uenalę (współpracował z Depeche Mode). Jak wiadomo, co trzy głowy to nie jedna. A skoro soul, to wiadomo – bez fortepianu się nie obejdzie (znakomity „Manhattan”). Nie zabrakło też elektroniki, która może nie jest ani agresywna, ani plastikowa oraz dęciaków pojawiających się gdzieś w tle. Tempo jest różnorodne: od szybkich i rytmicznych („Little Black Dress”) po bardziej wyciszone i stonowane („1000 Times” ze spokojnym basem i ładną gitarą elektryczną czy „Islands”). Brzmi to elegancko i delikatnie, ale trudno wskazać coś, co byłoby potencjalnym hitem, co w przypadku tego typu muzyki może być problemem. Także dość małe urozmaicenie może być problemem, ale dla mnie jest to świetny album na wyciszenie po ciężkim dniu.

Sam głos Sary jest bardzo lekki i delikatny, czasami wręcz uroczy, ale zawsze pełen emocji i bez fałszu. Zaś teksty o wiadomej tematyce są całkiem przyzwoite i słucha się tego z dość sporą dozą przyjemności.

„The Blessed Unrest” jest bardzo sympatycznym, lekkim i eleganckim albumem, przy którym można przyjemnie spędzić czas. Najlepiej posłuchać w godzinach wieczornych.

7/10

Radosław Ostrowski


Mick Harvey – Four (Acts of Love)

00mick_harveyfour_acts_of_love2013proof

Muzyk ten przez długie lata był jednym z filarów zespołu Nick Cave & the Bad Seeds, choć działał też solowo jako wokalista jak i producent. Ale w 2009 roku opuścił zespół i postanowił całkowicie grać na własne konto. Mick Harvey, bo o nim mowa, do tej pory nagrał 5 solowych płyt, a teraz wyszedł jego najnowszy materiał.

„Four” zawiera piosenek 14, w całości napisanych (z wyjątkiem 5) i wyprodukowanych przez Harveya. Przejście między utworami jest bardzo płynnie, zaś poza gitarą elektryczną jest też akustyczna, perkusja i fortepian. Klimatem przypomina to płyty Nicka Cave’a ze względu na minimalizm formy i pod sennym tempem wyczuwalny jest pewien niepokój (najbardziej słychać to w „Midnight on the Ramparts” z gwizdem, monotonną gitarą, kontrabasem i elektroniką). Jednak poza spokojnymi kawałkami, nie brakuje odrobiny urozmaicenia i przyśpieszenia (bluesowe „Summertime in New York” z tajemniczym szeptaniem i mroczną gitarą). Drugim dość istotnym problemem, który może zniechęcić jest czas trwania utworów – wiele z nich nie przekracza nawet 2 minut i urywają się w najciekawszym momencie. Jednak o dziwo, brzmi to dość ciekawie i intrygująco. Najciekawiej zaś wypadają właśnie covery, co może wydawać się zaskakujące (poza „Summertime in New York” świetnie brzmi „The Story of Love”).

Sam wokal Harveya jest czysty, głęboki i bardzo spokojny, współtworzy on klimat całego wydawnictwa. Także tekstowo dominuje tematyka liryczna i tu wypada całkiem przyzwoicie.

Mick Harvey może po odejściu zespołu Nicka Cave’a nie jest zbyt błyszczącym wokalistą, ale nadal jest dobrym muzykiem i kompozytorem. Zaś płyta wydaje się odpowiednią na tą porę roku. Dobry album z kilkoma ciekawymi piosenkami. I tyle.

7/10

Radosław Ostrowski


Justin Timberlake – The 20/20 Experience

2020_Experience

Ten facet był obiektem pożądania każdej kobiety do 30-latki (choć myślę, że i starszym mógłby się spodobać), robił udane i dobrze przyjmowane popowe kawałki. Potem zrobił sobie przerwę od muzyki i zaczął grać w filmach, z powodzeniem (m.in. w „The Social Network”). Teraz Justin Timberlake postanowił zrobić sobie przerwę od grania i wrócił do muzyki. I jaki jest tego efekt?

7 lat przerwy i dostajemy album dość nietypowy. Dlaczego? Bo mamy 10 piosenek, z których najkrótsza trwa 4 i pół minuty, zaś reszta to 7-8 minutowe kolosy, czyli niezbyt radiowe kompozycje. W dodatku Justin poszedł tutaj w stronę soulu i r’n’b w starym, dobrym stylu, zaś za produkcję odpowiadają m.in. Timbaland, Rob Knox i sam Timberlake. Więc powinno być nudno i mało angażująco? Bzdura. Owszem, jest tu bardziej elegancko (smyczki i dęciaki obowiązkowe), naszpikowane jest to różnego rodzaju elektroniką (pulsujące „Don’t Hold the Wall”, gdzie jeszcze szaleją bębny i gitara elektryczna czy „Strawberry Bubblegum”), jednak nie drażni ona ani nie irytuje, chociaż pojawiają się fragmenty nie zbyt przyjemne („Tunnel Vision” i częściowo „Spaceship Coupe”, gdzie słychać takie ciągające się coś, jednak pojawiająca się w połowie gitara elektryczna zaciera ten dźwięk). A jednocześnie każdy utwór ma różne smaczki, które dodają uroku tej płycie, co jest zasługą producentów (m.in. lekko orientalna perkusja w „Let The Groove Get In”). Jest świeżo, kreatywnie, różnorodnie i ambitnie.

Sam gospodarza nie tylko świetnie sobie poradził i czuje się w tej muzyce jak ryba w wodzie, to jeszcze zrezygnował z featuringów (wyjątkiem był Jay-Z w „Suit & Tie”, ale jemu się po prostu nie odmawia) i kradnie całe szoł. Tekstowo jest bardzo romantycznie i lirycznie, więc tu nie ma zaskoczeń, a i brzmi to całkiem przyjemnie.

Ta płytą Justin próbował udowodnić, że jest kimś więcej niż serwującym stacjom radiowym hity i gościnnie występującym u innych. I moim zdaniem się to udało, choć nie jestem fanem jego twórczości. Ale nie sposób nie docenić świetnej produkcji, lekkości brzmienia (mimo bogactwa i długości realizacji) oraz wysokiej klasy. Zaimponował mi facet i tyle.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Edyta Bartosiewicz – Szok’n’Show

SzoknShow

I minął kolejny rok, 1995. Po sukcesie poprzedniej płyty, Edyta Bartosiewicz nie zwolniła tempa i zaserwowała kolejny album, który tym razem sama wyprodukowała. I rzeczywiście można było doznać szoku.

Bo zaczynamy naprawdę z grubej rury od garażowej „Suszy” z ponurymi klawiszami na początku, szybkimi riffami i wrzeszczącym wokalem. Ale w nawet tych spokojniejszych utworach, przewija się mocniejsze brzmienie („Możesz” czy „Zegar” z elektronicznymi bajerami). Nie zawsze jednak gitara elektryczna jest wiodąca i gra „pierwsze skrzypce” jak w „Spóźnionym” z pulsującym basem czy „Możesz” z basem i perkusją. Dominuje jednak tutaj ogień, brud i garażowość („Szał”, „The Eye”, „Susza”), zaś sekcja rytmiczna jest bardziej wyczuwalna, narzucając tempo (od tego przecież jest). Ale też nie brakuje znacznie spokojniejszych utworów, gdzie gitara elektryczna albo robi za tło („Ostatni” czy „Podwodne miasta” z fajnymi klawiszami, budującymi dość ciekawy klimat) albo nie ma jej w ogóle („Czas przypływu”). Brzmi to po prostu pięknie i trudno znaleźć jakiś słabszy czy mniej udany utwór.

O tekstach i wokalu nie będę się specjalnie rozwodził, bo trzyma on poziom reszty albumu, dopełniając tego albumu, który nadal trzyma się świetnie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Edyta Bartosiewicz – Sen

Sen

Dwa lata po swoim debiucie minęły, więc była pora na zrobienie drugiego albumu. Tym razem za produkcję odpowiada sama Edyta i Katarzyna Kanclerz (szefowa Izabelin Studio), zaś efekt jest jeszcze lepszy.

Przede wszystkim jest to album bardziej przebojowy, bardziej dynamiczny i z większą ilością piosenek (aż 12) i gitara jest bardziej słyszalna. Oczywiście, jest to nadal lżejsza odmiana rocka, ale nie brakuje też mocniejszych brzmień (solówki w „Tatuażu” czy „Walczyku”). Więc dzieje się tu sporo, tempo jest zróżnicowane, nie brakuje spokojniejszych ballad (akustyczne „Zanim coś”), zabawy („Żart w zoo” z klawiszami i basem na pierwszym planie) i pierwszych hitów („Tatuaż”, „Sen”, „Urodziny”). Są też trzy piosenki w języku angielskim („Angel”, mocniejszy „Move Over” i spokojniejszy „Before You Came”), które nie gryzą się z resztą płyty. I w zasadzie mógłbym na tym skończyć historię tej płyty, bo reszta trzyma równie wysoki poziom (teksty bardzo interesujące, wokal świetny), a całość o dziwo się nie zestarzała. I tyle, dalej nie będę się rozwodził, mieć koniecznie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Toad the Wet Sprocket – New Constellation

New_Constellation__Kickstarter_Deluxe

Z tym zespołem to dość ciekawa historia jest. Działają od połowy lat 80., grając coś, co się nazywa alternatywną muzyką rockową, nagrali parę przebojów („Walk on the Ocean”, „All I Want”, „Something’s Always Wrong”, „Fall Down”), które znane są raczej tylko w USA, nagrali 5 płyt i w 1998 roku się rozstali. Ale trzy lata temu znowu panowie się zeszli i teraz wychodzi ich pierwszy album po 15 latach przerwy, w dodatku kasę zebrano przez Kickstartera.

Zapomniałem o najważniejszym. Zespół ten tworzą: Glen Phillips (wokalista, gitara rytmiczna, klawisze, mandolina), Todd Nichols (gitara prowadząca, mandolina, wokal wspierający), Dean Dinning (bas, klawisze, wokal wspierający) i Randy Guss (perkusja). Album wyprodukował Mikal Blue, który współpracował m.in. z Colbie Caillat, OneRepublic i Jasonem Reevesem. Jak można określić tą muzykę?

Dla mnie jest to prosty, melodyjny rock z popowym zacięciem. Jest lekko, delikatnie i bez udziwniania. Może się to wydawać zbyt łagodne i za spokojne jak na rockową kapelę, ale w okresie letnim nie zawsze trzeba dokładać do pieca, prawda? Także i delikatniejsze dźwięki są bardzo potrzebne, bo pozwalają się też zrelaksować przy bardziej balladowych brzmieniach („Life is Beautiful”) , ale i nie brakuje trochę mocniejszego uderzenia („I’m Not Waiting”), gdzie gitara może trochę zaszaleć. Poza tym jest bardzo ok.

Wokal pana Phillipsa brzmi naprawdę dobrze i współgra z delikatnym i letnim klimatem. W parze idą całkiem niezłe teksty z rodzaju: o wszystkim i o niczym.

Powiedzmy sobie wprost: takich płyt jest na pęczki. Ten album nie odmieni oblicza muzyki, nie wyznaczy nowych trendów, nie wyleczy AIDS. Z drugiej strony, nieźle się na niej bawiłem, jest bezpretensjonalną, prostą płytą bez ambicji, udawania i puszenia się na coś więcej. Na tą porę roku, wręcz idealny materiał.

7/10

Radosław Ostrowski

Dorota Osińska – Kamyk zielony

Kamyk_zielony

Poezja śpiewana jest nurtem w Polsce dość silnym i choć nie jest tak popularny jak kilkanaście lat temu, nadal funkcjonuje. Zazwyczaj kojarzy się z dość oszczędnymi aranżacjami (fortepian lub gitara) i smęceniem. Ale nie zawsze, co pokazały choćby płyty Buldoga. Czy to samo można powiedzieć o płycie niejakiej Doroty Osińskiej?

Wszyscy, którzy oglądali The Voice of Poland, powinni ją znać. Ale już wcześniej działała na rynku, nagrała dwie płyty, a teraz wychodzi reedycja ten ostatniej sprzed 3 lat. Płyta zawierała piosenki napisane przez Magdę Czapińską (sztuk: 14), zaś realizacją zajęli się Joanna Popowicz i Jan Smoczyński. Jaki jest efekt? Nie ma tutaj typowego smęcenia, choć są bardzo oszczędnie zagrane utwory („Ktoś do kochania”, gdzie na fortepianie gra Włodzimierz Korcz czy „W suficie” z gitarą), jednak aranżacje są ciekawe, nie pozbawione dynamiki jak „W moim magicznym domu” z akordeonem czy „Pogoda ducha” z gitarami, akordeonem i perkusją. Są też spokojniejsze jak sielski „Święty spokój” czy „Tamta miłość” z gitarą, kontrabasem i smyczkami.

Sam głos pani Doroty jest naprawdę bardzo przyjemny. Czasem jest bardziej ekspresyjny („Urzędnicy pana B”), ale w większości bardziej delikatny i spokojny. Teksty zaś to klasa sama w sobie – bardzo liryczne, niepozbawione humoru i finezji.

Sama płyta jak zawsze trafiła się przypadkowo i zrobiła lekkie zamieszanie w mojej głowie. Dobra, odprężająca muzyka na poziomie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mark Owen – The Art of Doing Nothing

The_Art_of_Doing_Nothing

Zainteresowanie tą płytą spowodował tytuł i bardzo oszczędna okładka. Dopiero potem okazało się, kim był wykonawca. Mark Owen to członek popularnego w latach 80 i 90. boysbandu Take That, zaś od 1996 roku nagrał trzy solowe płyty. I teraz po cichu wychodzi czwarta pod przewrotnym tytułem „The Art of Doing Nothing”.

Album zawiera 10 piosenek, za których produkcję odpowiadają Charlie Russell, Bradley Spence i Starsmith. Nie będę oszukiwał, jest to popowy album z domieszką elektroniki i delikatnego rocka. O dziwo to połączenie nie tylko nie drażni i nie irytuje, ale wypada zaskakująco dobrze. Jest dość różnorodnie: od oszczędnych ballad („The One”, „Carnival”) przez żywsze i bardziej dynamiczne („Stars”, „Us and Ours”). Zaś nie ma tutaj miejsca na monotonię, zaś sekcja rytmiczna dyktuje tempo, które jest tutaj naprawdę dobre. Fortepian, smyczki, gitara, perkusja i klawisze – usłyszymy te instrumenty, które tworzą naprawdę zgrabne melodie. A wersja deluxe zawiera jeszcze dodatkowe trzy utwory i dwa remixy (średnio udane).

Wokal pana Owena jest bardzo ciepły, wręcz delikatny, ale pełen energii. Zaś całkiem niezłe teksty dotyczące relacji z drugim człowiekiem płci pięknej budują dobre wrażenie.

Niby nie jest to płyta, która by mnie zaskoczyła, ale czas spędzony przy niej szybko mija i gwarantuje ona dobrą zabawę. To pop, który może i czerpie ze współczesnych brzmień, ale nie robi tego zbyt nachalnie. Bardzo sympatyczny album.

7/10

Radosław Ostrowski


Woodkid – The Golden Age

The_Golden_Age

Kolejny debiutant znikąd, a dokładnie z Francji. Pisze teksty i muzykę, a także reżyseruje teledyski do swoich piosenek. Naprawdę nazywa się Yoann Lemoine, ma polskie korzenie i po dwóch EP-kach wydał pełnowymiarowy debiut.

„The Golden Age” zawiera utworów 14 (czyli dość sporo), zaś gatunkowo trudno to wcisnąć. Powiedziałbym, że to pop, ale ambitniejszy i z wyższej półki. Niby jest to typowy pop z żywymi instrumentami. Błąd, bo każda piosenka ma swoje warstwy, które mieszają się ze sobą, elektronika nie tworzyła tak specyficznego klimatu („I Love You” z organami i dzwonami), a całość jest tak chwytliwa i melodyjna jak to tylko możliwe. Niby zaczyna się każdy utwór dość spokojnie, by powoli dołączały różne instrumenty i następuje eksplozja dźwięków. Za pierwszym razem można się poczuć zdezorientowanym i przytłoczonym brzmieniem. Jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mimo naprawdę oryginalnego brzmienia, w połowie ten album zaczyna robić się nużący (choć jeszcze pojawia się znakomite „Iron”).

Sam wokal Woodkida jest dość chłodny i stonowany, ale jednak pełen emocji („The Great Escape”). Zaś teksty są dość nietypowe, pełne ciekawych fraz. Brzmi to dość intrygująco.

To jedna z takich płyt, których nie potrafię rozłożyć na czynniki pierwsze, bo powala jako całość. Chociaż pierwsza płyta zrobiła na mnie ogromne wrażenie, to reszta lekko słabsza trzyma jednak poziom. Intrygujący debiut.

7,5/10

Radosław Ostrowski


PS. Ciekawa okładka.