Artur Andrus – Piłem w Spale… i co dalej?

Pilem_w_Spale

Ta postać to legenda sceny kabaretowej, mistrz słownego humoru i błyskotliwego żartu. W zeszłym roku wydał najlepiej sprzedający się album w Polsce („Myśliwiecka”). Teraz Artur Andrus wydał swoją pierwszą płytę koncertową.

„Piłem w Spale… i co dalej?” to zapis koncertu nagranego w warszawskim Teatrze Syrena w kwietniu 2012 roku, który był czymś w rodzaju podsumowującego show, gdzie Andrus wykonał swoje najsłynniejsze numery z całego swojego dorobku. Zaczynając od „Zabierzcie mi gitarę” (pierwszy teledysk na żywo) przez „Pszczółki” i „Duś, duś gołąbki” aż po legendarne już „Piłem w Spale, spałem w Pile”, „Wiązankę przebojów Boney M” (wspierała go Hanna Śleszyńska) i „Matkę piłkarza”. Każda piosenka okraszona jest dowcipną zapowiedzią, w której Andrus serwuje różne anegdoty i autentyczne zapisy. Ale żeby nie było nudno, Andrus zaprosił paru gości – Hannę Śleszyńską („Eskimosek” i „Wiersz o tym, że problemy dzieci należy traktować poważnie”), Marię Czubaszek, Andrzeja Poniedzielskiego i Grupę MoCarta.

Koncert też można zobaczyć na dołączonej płycie DVD, w której znajdują się też 3 teledyski, które są wartością dodaną. Nie będę się specjalnie rozpisywał, bo jest to znakomita płyta. Nie tylko dla miłośników humoru.

9,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

KT Tunstall – Invisible Empire // Crescnet Moon

Invisible_Empire

Ta wokalista działa już na scenie od początku wieku i do tej pory nagrała 3 płyty, w których nie zabrakło kilku przebojów (m.in. „Suddenly I See”). Teraz Szkotka Kate Victoria Tunstall pojawiła się z płyta nr 4 z dwoma tytułami „Invisible Empire//Crescent Moon”.

Płyta zawiera 13 piosenek (wersja deluxe ma o dwie więcej) utrzymanych w stylistyce folkowej, czyli bardzo spokojna gitara (akustyczna i elektryczna) budująca równie spokojny i wręcz sielski klimat. Czasami, ale to nie zbyt często pojawiają się też inne instrumenty jak fortepian („Yellow Flower” czy „Crescent Moon”), perkusja („Invisible Empire”), elektronika („Crescent Moon”) czy akordeonu („Chines”). Nie brakuje też żywszych i dynamiczniejszych utworów („Old Man Song”, „No Better Shoulder” czy singlowe „Feel It All”, które jest też w wersji radiowej), ale całość jest bardziej spokojna, wręcz letnia i na te upały, które się szykują będzie pewnym orzeźwieniem. Pod warunkiem, że lubimy taką muzykę. Ja od czasu do czasu lubię lekko odetchnąć po łomotliwych i ostrych płytach, więc taka odskocznia jest dla mnie ulgą. Wszystko jest jeszcze wspierane przez bardzo delikatny głos KT oraz całkiem niezłymi tekstami.

Może i jest to krótko napisane, ale dobra muzyka broni się sama i dalsze rozchodzenie mija się z celem. Jest dobrze i przyjemnie.

7/10

Radosław Ostrowski


Goo Goo Dolls – Magnetic

Magnetic

Czasami na popularność i sławę trzeba poczekać wiele lat. Tak było z zespołem Goo Goo Dolls, który choć działał od 1985 roku, tak naprawdę stał się znany w 1998 roku. A to wszystko dzięki piosence „Iris” wykorzystanej w filmie „Miasto aniołów”. Dzięki tej piosence trio pod wodzą Johna Rzeznika stało się rozpoznawalne, ale potem zrobiło się o nich cicho, choć nadal nagrywali i tworzyli. Czy najnowsza, dziesiąta płyta „Magnetic” będzie w stanie to zmienić?

Trudno mi powiedzieć. Ten album zawiera 11 pop-rockowych piosenek, z przewagą popu. Dlatego pojawia się tu różnoraka elektronika, która nie drażni uszy („Rebel Beat”), gitara elektryczna czasem daje o sobie mocniej znać („When The World Breaks Your Heart”), melodie są bardzo chwytliwe i łatwo wpadają w ucho. Nie brakuje jednak mocniejszego uderzenia gitary („Bringing on the Light” z wokalem basisty Robby’ego Takaca). Ale poza mocnymi uderzeniami perkusji oraz udawania rockowego grania zdarzają się lekko spokojniejsze fragmenty (akustyczny początek „Come To Me”). Dla mnie jest to jednak za spokojna płyta.

Owszem, jest porządnie zrobiona, wokal Rzeznika oraz bardziej szorstki głos Takaca brzmią dobrze, prosta tematyka i liryka wpada w ucho. Nie mniej nie porwała mnie ta płyta, bo jest skierowana dla nastolatków raczej. Trudno się mówi.

6,5/10

Radosław Ostrowski


Marzena Korzonek – 33 1/2

33_i_pol

Kolejna przypadkowo odkryta postać z Polski, która zajmuje się śpiewaniem. Urodziła się w 1979 r. w Raciborzu, z wykształcenia jest prawnikiem. Po raz usłyszano o niej w „Szansie na sukces”, gdzie wykonała „Modlitwę” Tadeusza Nalepy, która doprowadziła ją do finału w Sali Kongresowej, zajmując ex aequo pierwsze miejsce. I dopiero w tym roku wydała debiutancką płytę „33 1/2”.

Album zawiera 12 piosenek wyprodukowanych przez Adama Drzewieckiego i mogę ten album świadomie nazwać popem. Jednak nie jest to ten rodzaj muzyki popularnej, którą możemy znaleźć w stacjach radiowych (przynajmniej w większości), bo tutaj stawia się przede wszystkim na żywe instrumenty, a nie na bity i podkład, który drażni. Całość brzmi elegancko, a aranżacja jest bogata. Poza wyraźnie słyszalną sekcją rytmiczną, pojawia się i gitara elektryczna („Pozwól kochać”), akustyczna („Marzenia”), delikatne klawisze („Samotność w wielkim mieście”, „Mr. Bad”), smyczki („Na huśtawce”), fortepian (jazzowe „Na huśtawce”) i chórki („Mr. bad”). Ale nie wymieniłem wszystkiego, bo każdy utwór  brzmi interesująco. A na te zbliżające się upały, potrzeba będzie posłuchania czegoś lżejszego i orzeźwiającego. Są to głównie ballady, ale bardzo ciekawie zrobione i przyjemne w odsłuchu.

Głos pani Marzeny bywa czasem delikatny („Utonąć chcę”, „Modlitwa” Brekoutu), ale potrafi też bardziej ekspresyjnie („Tylko tam”, „Jak maj”). Brzmi to bardzo dobrze tak jak warstwa tekstowa, która może nie zaskakuje tematyką, jednak trzyma poziom.

Czasami zdarzają się przypadki, gdy trafia się na album, którego ani tytuł ani wykonawca nic nie mówi, a potem okazuje się to miłą niespodzianką. Tak jest właśnie tutaj.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Kreuzberg – Papierowy król

papierowy_krol

Pop-rock w Polsce zawsze dobrze się sprzedawał, dlatego powstawało i powstaje nadal wiele kapel grających taką muzykę. Teraz pojawił się kolejny świeżak na rynku. Zespół Kreuzberg tworzy czterech gości: wokalista Jurand Wójcik (uczestnik 2. edycji The Voice of Poland), gitarzysta Grzegorz „Hehua” Palka, basista Ziemowit Rybarkiewicz i perkusista Bartosz Szwed. Grupa działa od kilku lat, ale dopiero teraz wydali swój debiut.

„Papierowy król” zawiera 10 piosenek wyprodukowanych przez Jarosława Barana. I pozornie jest to typowo pop-rockowy album. Przynajmniej takie odniosłem wrażenie po odsłuchu piosenek otwierających album. Owszem, jest mocna i rytmiczna perkusja z basem, gitara coś tam brzdęczy, ale robi za tło. Z drugiej strony wpadają one w ucho, zaś klawisze i elektronika też robią swoje („Nie drażnij mnie”), a gitara zaczyna się coraz bardziej odzywać („Niecierpliwa”) i nawet parę razy pokazuje pazur (kończące całość „Moje prawo”). Ale to przede wszystkim bardzo spokojna płyta, wręcz skrojona pod radiowe stacje i mi trochę brakuje ostrości i iskry.

Złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć wobec wokalisty, który ma mocny głos, stricte rockowy. Słucha się tego z ciekawością. Także teksty są całkiem niezłe i mówią praktycznie o wszystkim: miłość, życie i cała reszta.

Debiut wypada porządnie, ale mam nadzieję, że następnym razem zaszaleją tak jak na końcu tej płyty. Jak będzie, zobaczymy.

6/10

Radosław Ostrowski

Jeff Lynne – Long Wave

Long_Wave

O tym człowieku już wspominałem przy jego solowej płycie „Armchair Theatre”. W zeszłym roku Jeff Lynne powrócił z drugim solowym materiałem, przy okazji wydając kompilację największych przebojów Electric Light Orchestra w trochę innych aranżacjach.

„Long Wave” to płyta z coverami – takie albumy zawsze wywołują przerażenie, bo z jednej strony wydaje się to pójściem na łatwiznę i skokiem na kasę, z drugiej wszystko też zależy od wyboru piosenek. Lynne brzmi tak jak on zarówno stylistycznie, jak i wokalnie. Czyli mamy prosty, chwytliwy rock okraszony odrobiną elektroniki („Bewitched, Bothered and Bewildered”). Zróżnicowane jest tempo, choć dominują spokojniejsze utwory („She”, „If I Loved You”), ale nie brakuje też lekko rock’n’rollowego ognia („Let It Rock” czy „Beyond the Sea”). czasem pojawią się smyczki („Running Scared”), fortepian („At Last”), a sekcja rytmiczna podrywa tworząc lekko nostalgiczny klimat, co bardzo mi odpowiada, zaś całość stosunkowo krótka (niecałe pół godziny) łatwo się przyswaja i nie przynudza.

Sam wokal Lynne’a jest ciekawy i bardzo charakterystyczny, pasujący do całość. Trudno jest mi tu wskazać jakąś wybijającą się piosenkę z całości, bo wszystko jest tu utrzymane na równym, dobrym poziomie. Słucha się tego z przyjemnością i pozwala cofnąć się w czasie. Ta wyprawa powinna być satysfakcjonująca.

7/10

Radosław Ostrowski


ZAZ – Recto Verso

Recto_Verso

Mówi się, że trudno jest nagrać drugą płytę, które byłaby w stanie dorównać poziomem debiutowi. Czy w przypadku Francuzki ZAZ się udała ta sztuka?

Niby jesteśmy stylistycznie w tych samych klimatach, co przy debiucie, choć nie do końca i widać pewne nowe dźwięki i delikatną elektronikę, która mocniej daje o sobie znać. Czy to źle? Nie, bo całość nadal brzmi po prostu uroczo. Jednak jest tu większe zróżnicowanie, choć i nie zabrakło jazzowego zacięcie wsparte gitarą i skrzypcami („Oublie loulou”), skocznych i szybkich melodii („Comme si, comme sa”, „Toujours”), czy stonowanych ballad („Si” z fortepianem czy gitarowe „La lessive”). Ale jak wspomniałem więcej ma do powiedzenia elektronika  jak w singlowym „On ira”, idący w stronę melodii z wesołego miasteczka „J’ai tant escamote” czy „Gamine”), ale jest ona bardzo delikatna i ciepła. Więcej tutaj jest pogodnych i sympatycznych melodii, choć nie jest tu aż tak magicznie jak przy debiucie, który bardziej mi się podobał. Gdzieś od połowy zrobiło się trochę zbyt podobnie i na jedno kopyto.

Co do reszty, tu nie ma się czego przyczepić. Głos nadal jest przyciągający, francuski brzmi ładnie, zaś teksty trzymają poziom. Nie znaczy to, że jest to kompletnie nieudany materiał. „Retro Verso” jest zwyczajnie dobre, choć liczyłem na więcej.

7/10

Radosław Ostrowski


ZAZ – ZAZ

Zaz

Z czym wam się kojarzy Francja? Ślimaki, wieża Eiffla, Asterix i Obelix, a ostatnio z gejami (dobra, to ostatnie może nie na miejscu). Ale zawsze Francja kojarzyła się też z muzyką francuską. W ostatnim czasie pojawiło się kilka francuskich wokalistek, które całkiem nieźle sobie radzą na świecie. Tak jak Isabelle Geffory, bardziej znana jako Zaz. Po raz pierwszy usłyszałem o niej w Trójce i zwróciła moją uwagę bezpretensjonalnością i urokiem. I dlatego sięgnąłem po jej płyty. Niedawno pojawiła się nowa, ale ja jednak zacznę od debiutu sprzed 3 lat, który osiągnął u nas status podwójnej platyny.

Album noszący prosty i uczciwy tytuł „ZAZ” zawiera 11 piosenek utrzymanych w szeroko pojętej muzyce pop. Ale nie ma tutaj elektroniki czy dyskotekowego bitu, który drażni uszy, a radiowcy mi wmawiają, że to dobre jest. Tu stawia się na żywe instrumenty, choć czasem odezwą się delikatnie klawisze, zaś brzmienie i tempo jest bardzo zróżnicowane. Więc będziemy porwani w jazz („Prends garde a ta lounge” z dęciakami), potem zwiedzimy folk, gdzie będzie czekać na nas gitara („Les passants”, „Port Coton”), czasem podkręcimy tempo w lekki blues („Ni oui ni non” z gitarą i smyczkiem na pierwszym planie czy swing jak w „Je veux”), a nawet jeśli pojawia się gitara elektryczna to robi za tło („J’aime a nouveau”), ale i tak najważniejsza jest gitara. Choć ustępuje ona miejsca innym instrumentom jak fortepian („Dans Ma Rue”).

Zaz ma bardzo delikatny i ciepły głos, choć czasem pozwala sobie na bardziej ekspresyjne momenty („Eblouie par la nuit”), zawsze jest jednak przekonująca i szczera. Także teksty, które choć dotykają odwiecznych tematów większości wokalistów, są napisane naprawdę dobrze i nie pozbawione odrobiny humoru.

Dlaczego ta kobieta zrobiła taką furorę na świecie? Posłuchajcie jej debiutu, a będziecie wiedzieli (a może i nie). Piękny album, który nie zanudza i potrafi parę razy zaskoczyć. Może po prostu mam słabość do śpiewających wokalistek?

8/10

Radosław Ostrowski

Daft Punk – Random Access Memories

Random_Access_Memories

O tym duecie usłyszałem po raz pierwszy, dzięki soundtrackowi do filmu „Tron: Dziedzictwo”. Ale już wtedy byli bardzo znaną ekipą odpowiedzialną za muzykę elektroniczną. Duet Thomas Bangalter i Guy-Manuel de Homem-Christo po ośmiu latach przerwy (od studyjnego albumu) uznała, że pora nagrać nowy album i tak też zrobili.

„Random Access Memories” – tak się zwie ten nowy album duetu zawiera utworów 13, które reprezentują muzykę elektroniczną utrzymaną w klimacie lat 80., która w ostatnim czasie jest bardzo modna, zaś inspiracjami są m.in. Giorgio Moroder („Giorgio by Moroder”, gdzie o swoich początkach opowiada… Giorgio Moroder, zaś przez 9 minut!! muzyka brzmi kapitalnie). Jeśli jednak myślicie, że są tu tylko syntezatory i klawisze – popełniacie wielki błąd. Poza ogólnie pojętą elektroniką pojawia się i delikatnie grająca gitara elektryczna („Give Life Back to Music” z udziałem Nile’a Rodgersa czy „Instant Crush”, gdzie jest odrobinę podrasowana elektronicznie), fortepian (ballada „Within'” – tam gra Chilly Gonzales), perkusja i bas, które są tłem dla całej elektroniki. Całość tworzy bardzo przyjemną muzykę, która pasuje do dyskotekowego parkietu jak i do kompletnego chilloutu (jeśli ktoś lubi taką muzykę), gdzie nie zabrakło zarówno eksperymentów (początek „Touch”, ale w połowie pojawiają się dęciaki, pianino z basem i perkusją), jak i tanecznego sznytu (singlowe „Get Lucky”). Rozgardiasz jest totalny, ale tworzy dość spójną całość.

Jednak poza wokalami duetu (zmodyfikowanymi komputerowymi), udało się zaprosić wielu gości, którzy śpiewają naprawdę dobrze m.in. Pharella Williamsa („Lose Yourself To Dance”, „Get Lucky”), Paula Williamsa („Touch”), Juliana Casablancasa („Instant Crush”) czy Todda Edwardsa („Fragments of Time”). O tekście nie wspominam, bo nie jest najważniejszy.

Rzadko zapuszczam się w rejony muzyki elektronicznej (ostatnio tak było w przypadku debiutu Kamp!), ale dziwnym trafem mam dobrą rękę do tej muzyki. I płyta Daft Punk również zalicza się do tych ciekawych i udanych. Ciekawe jakie wy macie zdanie na ich temat?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dawid Podsiadło – Comfort and Happiness

Comfort_And_Happiness

Laureaci talent show maja to do siebie, że pojawiają się szybko i znikają jeszcze szybciej (zazwyczaj po 1 płycie). Dlatego niespecjalnie interesuje się tego typu programami. A tu pojawia się debiutancka płyta kolejnego uczestnika takiego programu, w dodatku rekomendowana przez Program Trzeci Polskiego Radia. Jej autorem (czytaj: wykonawcą) jest 20-latek z Dąbrowy Górniczej, Dawid Podsiadło.

Za „Comfort and Happiness” od strony producenckiej i muzycznej odpowiada Bogdan Kondracki, który jest jednym z płodniejszych polskich producentów. Przez większość czasu dominuje bardzo stonowane, wręcz akustyczne granie z domieszką elektroniki. Nawet jeśli pojawiała się gitara elektryczna, to była bardziej stonowana i delikatna („!H.a.p.p.y!”), choć pewnym wyjątkiem jest „Nieznajomy” z lekko oniryczną gitarą i mocniejszą perkusją. Ale nie brakuje tutaj ciekawych dźwięków jak cymbałki (singlowe „Trójkąty i kwadraty”), organy i elektroniczne wstawki w „Elephant” czy delikatny fortepian w „Vitane”. Nie brak tu zróżnicowania i czuć trochę inspiracji niezależną muzyką, której słucha się z niekłamaną przyjemnością. Lekko, bezpretensjonalnie i z odrobiną magii, której teraz w muzyce coraz trudniej znaleźć.

Zaś sam głos Dawida jest to ten z rodzaju bardzo delikatnych, ale jednocześnie intrygujących. Mnie ten wokal kojarzy się z Chrisem Martinem, wokalistą Coldplay i to z czasów śpiewania „Trouble” (najbardziej to słychać w „No Part II”). O dziwo zaskakująco dobrze wypadają naprawdę dojrzałe teksty, które nie są o życiu nastolatka, imprezach itp, ale o miłości, szukaniu swojego miejsca czy refleksji nad życiem. Absolutnie na plus.

W zasadzie jedyną poważną wadą są dwa powtarzające się utwory śpiewane po polsku i angielsku: „Nieznajomy” (Little Stranger) oraz „Trójkąty i kwadraty” (S&T), które poza tekstem niespecjalnie się różnią między sobą. Ale to już trochę czepianie się na siłę. Nie wiem jak wy, ale ja zaczynam obserwować dalsze poczynania tego chłopaka, który może namieszać.

7,5/10

Radosław Ostrowski