
Gdy nagrywało swoje płyty Radiohead, wtedy nie interesowałem się specjalnie muzyką. Ale kiedy zacząłem słuchać ostatnich dokonań grupy Thoma Yorke’a, miałem wątpliwości. Kwintet z Abington postanowił jednak zaszaleć I z okazji rocznicy najważniejszego albumu w swoim dorobku (20 lat!!!), dokonali reedycji “OK Computer”, czyli niemal esencji britpopu oraz ich stylu.
Pierwsza płyta to materiał znany, czyli podstawka. Ale dla mnie absolutne novum, z odrestaurowanym dźwiękiem. I jest to mieszanka brudnego, ostrego gitarowego grania, przeplatana elektroniką jak w openerze “Airbag”, gdzie tamburyn oraz mellotron w tle nie są w stanie złagodzić brzmienia gitar, zahaczając o… Orient I skrecze pod koniec. Krótkie pikanie wprowadza do pierwszego hitu z tego materiału, czyli “Paranoid Android” – akustycznego, wyciszonego i delikatnego, ale jednocześnie pełnego elektroniki oraz spokojniejszej gitary elektrycznej, a Yorke niemal brzmi jak nastolatek. Ale w środku dochodzi do ataku gitary z perkusją, by kompletnie zmienić tempo, dodać nakładające się niczym echo głosy I na końcu dołożyć do pieca. Spokojnie, wręcz romantycznie zaczyna się “Subterreanean Homesick Alien”, by zaatakować świdrującą, “kosmiczną” dźwiękową plamą. Mi do gustu przypadł akustyczny “Exit Music (For a Film)” z podniosłym chórem, choć pod koniec zmieniło się brzmienie oraz niemal oniryczne “Let Down” czy gorzkie w treści “Karma Police” z przewodzącym fortepianem. Ciekawostką jest brzmiący jakby wypowiadany przez robota “Fitter Happier”, a w tle przygnębiające smyczki i fortepian. I nawet rock’n’rollowe (choć przesterowane gitary) “Electrioneering” nie jest w stanie usunąć tego poczucia beznadziei w tekście tak samo jak bardzo mroczne i pełne dziwnych tekstur “Climbing Up the Walls” oraz niemal kołysankowe “No Suprises”.
Za to zawartość drugiej płyty intryguje, bo na dzień dobry dostajemy trzy niepublikowane wcześniej utwory: “I Promise”, “Man of War” I “Lift”. Pierwszy poraża swoim rozkręcającym tempem, podkręconym werblową perkusją, drugi jest bardzo melancholijnym popisem klawiszów oraz ostrzejszej gitary, a trzeci kontynuuje ścieżkę “Man of War”. Dalej jest jeszcze ciekawiej: odrobinę jazzujący (perkusja I cymbałki) “Lull”, “Meeting in the Aisle” bardziej miesza elektronikę, gitarę oraz “horrorowe” smyczki, pasażowy “Melatonin” czy ostrzejszy “Polyethylene”. Nie są to tylko zbędne zapychacze, ale pokaz umiejętności muzyków zanim postawili na przerost formy nad treścią.
“OK Computer” mimo 20 lat na karku prezentuje się bardzo dobrze, z dodatkowy dysk nie jest tylko skokiem na kasę wysępioną od fanów. Każda piosenka się klei I tworzy mocny portret zagubionego człowieka, co czuć w tekstach, jak się wsłuchacie.
8/10
Radosław Ostrowski
