Zupa nic

Ile to już mieliśmy podróży naszych filmowców do czasów PRL-u? i to w niemal każdym gatunkowym aspekcie: od kryminału („Jestem mordercą”) po groteskę („Pan T.”) i czarną komedię („Rewers”). Zdarzały się też słodko-gorzkie komedie i w tym kierunku podąża Kinga Dębska w swojej „Zupie nic”. Osadzona w Warszawie lat 80. opowieść skupia się na mieszkającej w blokowisku rodzinie w składzie: ojciec, matka, babcia oraz córki: Marta i Kasia. W zasadzie fabuły jako takiej nie ma, a kamera przygląda się wszystkim naszym bohaterom – od oglądania meczy reprezentacji Antoniego Piechniczka po wycieczkę na Węgry. Zbiór mikroscenek okraszonych humorem. Wspomniałem, że jest to prequel „Moich córek krów”?

W zasadzie trudno o takich filmach opowiadać, bo wszystko ma tutaj konstrukcję skeczy. A wątki pojawiają się i znikają, czasami w bardzo brutalny sposób. Wszystko wynika ze zderzenia charakterów, którzy stanowią rodzinę. Matka (świetna Kinga Preis) jest pielęgniarką, działającą w Solidarności. Bywa nerwowa i porywcza. Ojciec (Adam Woronowicz nadal trzyma fason) to architekt-frustrat, co lubi sobie wypić oraz jest kompletną pierdołą. Babcia (dawno nie widziana Ewa Wiśniewska, która kradnie ekran) to weteranka powstania warszawskiego z zasadami. Zaś dziewczynki to skontrastowane siostry: od fizycznego wyglądu po sprawność intelektualną. I są zmuszone spać w jednym łóżku, bo na drugim leży babcia. Obserwujemy to wszystko bez ironii, sarkazmu czy złośliwości, lecz ze sporą ilością ciepła i zrozumienia.

Nawet w momentach, kiedy dochodzi do spięć oraz konfliktów, by potem jednak pogodzić się. Czyli potwierdza tezę, że z rodziną najlepiej wypada się na zdjęciu. To, co imponuje to szczegółowość w odtworzeniu realiów epoki, pokazując tą jaśniejszą stronę życia. Scenografia jest tutaj niesamowita: od wnętrza mieszkania bohaterów przez ulicę, sklepy aż po samochód marki Maluch. Jeszcze bardziej imponują wplecione materiały archiwalne, gdzie pojawiają się postacie z filmu. I nie wywołuje to żadnego zgrzytu, tak jak do świetnej obsady. Nawet dziecięcej, co jest tak częstym zjawiskiem jak uczciwy polityk.

Ja jako osoba nie mająca kompletnie żadnych wspomnień z epoki komuny (rocznik ’87) mogę wydawać się nieodpowiednim odbiorcą. Niemniej „Zupa nic” była bardzo sympatyczną niespodzianką, choć fanem filmów z luźną fabułą nie jestem. To już powinno wiele mówić i nie trzeba znać „Moich córek krów”, by się tu odnaleźć, co jest pewnym plusem.

7/10

Radosław Ostrowski

Juliusz

Z polskimi komediami jest jak z polskim boksem. Obydwie dyscypliny mają bardzo bogate tradycje, wielkich mistrzów, ale ostatnio nie odnosi zbyt wielu sukcesów, a wielcy mistrzowie ostatnio gubią się w tym świecie. Na hasło polska komedia większość osób (w tym i ja) reaguje, jeśli nie z przerażeniem, co z bardzo dużymi wątpliwościami. Że będzie przesłodzona bajeczka, będąca marną imitacją wzorców z Wielkiej Brytanii lub USA, gdzie zamiast dowcipu będzie nachalny product placement, antypatyczni bohaterowie i kompletne oderwanie od rzeczywistości. Ewentualnie jeszcze sporo dowcipów poniżej pasa jak u Patryka Vegi. Nie oznacza to jednak, że nie próbowano podjąć prób przełamania tego schematu, w czym przodują debiutanci. Po Pawle Maślonie („Atak paniki”) dołącza do tego grona Aleksander Pietrzak swoim pełnometrażowym debiutem „Juliusz”.

juliusz1

Kim jest tytułowy bohater? Nie jest ani Juliuszem Cezarem, ani Juliuszem Słowackim, ani nawet nie jest Machulskim. To mieszkający w jakimś małym mieście nauczyciel plastyki, czyli przedmiotu, na którym tak naprawdę nikomu nie zależy. Ani dyrektorowi, ani uczniom, ani nawet samemu Julkowi. Mieszka razem z ojcem, który troszkę za mocno bierze z życia (głównie alkohol i kobiety) i ma dość cwanego przyjaciela Rafała. No i potrafi ładnie rysować, choć nikomu swoich rysunków nie pokazał. Ale spokój nie jest utrzymywany na długo – ojciec jest po drugim zawale i pojawia się przypadkowo poznana kobieta o wdzięcznym imieniu Dorota.

Początek „Juliusza” to przede wszystkim zbiór gagów, gdzie Juliusz zostaje zderzony z dość absurdalnymi sytuacjami: a to inwalida na wózku go okrada (i to Julek dostaje paralizatorem), a to zostaje mu do auta wbita gałąź ze ściętego drzewa, a to Julek pracuje jako… żywa taca z jedzeniem (nie wiem, jak to inaczej nazwać). Pozornie nie wątki wydają się być mocno oderwane, ale gdzieś w połowie drogi nagle wszystko zaczyna spinać się w jedną całość i staje się to bardziej poważne niż się wydawało. Scenariusz pisało pięciu gości (w tym dwóch stand-uperów i jeden krytyk filmowy), przez co widać pewne nierówne tempo w serwowaniu humoru. Czasem pojawi się ironia ze slapstickiem, jest parę skeczy poniżej pasa (akcja ze strażą miejską oraz sprawa z pęcherzem), lecz nie jest tego aż tak dużo, przez co udaje się uniknąć poczucia żenady.

juliusz2

Pozornie sklejka trudnej relacji ojca-hedonisty z bardzo wycofanym, lekko neurotycznym synem (taki Adaś Miauczyński, tylko light), wątku sensacyjnego (Dorota musi spłacić gangsterom dług) oraz komedii romantycznej (powiedzmy) tworzy dość zaskakujący oraz bardzo sympatyczny koktajl. Jest zabawnie, wzruszająco i poważnie (czasem naraz) i nie wywołuje to aż tak dużego zgrzytu, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Do tego mamy naprawdę porządną realizację (tutaj wybijają się animowane wstawki – szkoda, że ich tak mało), wiele dowcipnych scen i tekstów oraz niemal rozbrajający finał, doprowadzający do rozpuku.

juliusz3

To wszystko by nie wypaliło, gdyby nie wyczucie reżysera oraz aktorów. Bardzo dawno nie widziałem tak świetnego Wojciecha Mecwaldowskiego. Tutaj aktor bardzo dobrze odnajduje się jako neurotyk, który znajduje się w dość niewygodnej sytuacji i zwyczajnie boi się zaryzykować, wyrwać się ze swojej strefy bezpieczeństwa. Powoli jednak tak postać zaczyna dojrzewać, a jej ewolucja jest pokazana bardzo przekonująco i nienachalnie. Aktorowi partneruje cudowny Jan Peszek w roli ojca, mocno czerpiącego z życia (jakkolwiek to brzmi), ale jednocześnie naznaczonego pewną nieprzyjemną przeszłością. Na drugim planie szaleje wracający do dobrej formy Rafał Rutkowski (Rafał) oraz będąca mieszanką ciepła i twardego charakteru Annę Smołowik (Dorota), zaś w tle jeszcze przewija się masa drobnych epizodów, dodających sporo frajdy (więcej nie powiem, sami musicie to zobaczyć).

Ten komediodramat (bo to nie jest stricte komedia) jest kolejnym światełkiem w tunelu dla twórców, których celem jest rozśmieszenie, rozbawienie ludzi. „Juliusz” jest bardzo intrygującą mieszanką w stylu „Debiutantów” Mike’a Millsa, czyli słodko-gorzka opowieść z dojrzewaniem do odpowiedzialności w tle oraz życiu po swojemu. Dobre i to na początek.

7/10

Radosław Ostrowski