Anakonda (1997)

Już w kinach pojawiła się nowa wersja „Anakondy” – jeszcze nie wiem, czy to będzie reboot, remake czy tylko wariacja na temat. Więc to dobra okazja, aby się zapoznać z pierwowzorem. Czyli stworzonym w latach 90. blockbusterowym kinem klasy B, mocno czerpiącym ze znajomych klisz oraz schematów animal attack.

Sama fabuła jest prosta niczym konstrukcja cepa. Otóż śledzimy ekspedycję naukową w głąb Amazonki, która ma odnaleźć mityczne plemię. Grupą prowadzi dr Steven Cale (Eric Stoltz) oraz filmowcy z reżyserką Terri (Jennifer Lopez), operatorem Danny’m (Ice Cube), dźwiękowcem Gregiem (Owen Wilson), asystentką Denise (Kari Wuhler) oraz aktorem, pełniącym rolę narratora Warren (Jonathan Hyde). Cóż może pójść nie tak? Wszystko zmienia się, gdy ekipa przygarnia rozbitka, niejakiego Paula Serone’a (Jon Voight). Ten obiecuje pomóc w dotarciu do celu, jednak ma własny motyw.

Wszystko jest tu proste, a reżyser Luis Llosa wydaje się być świadomym tego, co robi. Postacie w zasadzie są proste, płaskie i papierowe – naukowiec w stroju Indiany Jonesa, czarnoskóry dobrze posługujący się nożem, Brytyjczyk z wyższych sfer nie odnajdujący się w tym otoczeniu. No i jeszcze tajemniczy przybysz – niby z Paragwaju, ale akcent jest zupełnie z zupełnie innej strony galaktyki, jest kompletnie przerysowana, w zasadzie niejako kradnący ekran bardziej niż anakonda. Dialogi w zasadzie są, ale ich brak nic specjalnie by zmienił. Z kolei sam wąż jest… straszny. I nie chodzi o to, że budzi grozę, ale efekty komputerowe nie zestarzały się zbyt dobrze. Gad wygląda jakby był z gumy i nie budzi przerażenia, za to jest bardzo długi, a nawet potrafi złapać swoją ofiarę w locie. Dosłownie i w przenośni.

Sam film wygląda ładnie wizualnie (szczególnie wschody słońca na rzece), co jest zasługą Billa Butlera – autora zdjęć m.in. do „Szczęk”, zaś muzyka Randy’ego Edelmana pomaga w budowaniu klimatu. Ale jeśli myślicie, że wywołuje to jakiekolwiek napięcie czy grozę, zapomnijcie. Ja nie czułem kompletnie nic, poza nagłymi atakami śmiechu oraz niedowierzania. Choćby w finale, gdzie mamy podpalanie, ucieczkę za bestię i eksplozję. Jedynie Jon Voight sprawia wrażenie, jakby wiedział w czym gra, robiąc absolutną zgrywę. Ten dziwny akcent, niemal kamienny wyraz twarzy oraz opanowanie godne najtwardszego twardziela zapadają w pamięć. A jego śmierć – o rany, tego nawet nie jestem w stanie opisać.

„Anakonda” ani nie działa jako horror/thriller, bo suspensu i strachu w zasadzie tu nie ma. Scenariusz w zasadzie jest szczątkowy, nawet jeśli świadomie idzie w stronę kina klasy B, C, a nawet jeszcze niższego. Idiotyczne, głupie, bliżej kategorii guilty pleasure, ale tak naprawdę jest bardzo przeciętne.

5/10

Radosław Ostrowski

Ostatni Mohikanin

Rok 1751. Na amerykańskim kontynencie trwa wojna między Wielką Brytanią a Francją. Wbrew swojej woli w tą walkę zostają wplątani trzej Indianie z plemienia Mohikanów: białoskóry Nathaniel Poe zwany Sokolim Okiem, Unkas zwany „Rączym Jeleniem” oraz ich ojciec Chingachook. Ich neutralność oraz plany zostają zerwane, gdy wyciągają z zasadzki eskortowane przez majora Duncana Heywarda córki pułkownika Munro – Corę i Alice.

mohikanin1

Pozornie ten film nie pasuje do całego dorobku Michaela Manna, który w latach 80. zasłynął stylowymi oraz klimatycznymi kryminałami. Tym razem jednak mamy kino przygodowe bazujące na powieści Jamesa F. Coopera, dziejące się w czasach, kiedy jeszcze nie istniały Stany Zjednoczone (kilkanaście lat przed wojna o niepodległość), choć już powoli czuć, że koloniści mogą wszcząć bunt. Jednak tak naprawdę jest to pretekst do pokazania porywającego widowiska o honorze, lojalności, uczciwości, walce oraz… miłości. I chyba ze wszystkich filmów Manna, ten jest najbardziej liryczny ze wszystkich. Co nie znaczy, że zrezygnowano z krwi i przemocy. Imponuje rozmach (scena oblężenia fortu przez Francuzów w nocy – wizualne cudo oraz popis pirotechników), piękne plenery oraz – po raz pierwszy w przypadku tego kompozytora – pełno orkiestrowa muzyka Trevora Jonesa i Randy’ego Edelmana z nieśmiertelnym tematem przewodnim. To wszystko trzyma w napięciu, chwyta emocjonalnie za gardło i jest to na tak wysokim poziomie, że nic nie jest w stanie tego przebić. Drugim istotnym wątkiem jest pokazanie losów Indian, którzy zostają wplątani i przejmują najgorsze cechy białych ludzi – zaślepienie, zemsta, podwójna moralność, co doprowadza do pozbawienia/osłabienia ich relacji z naturą i przyrodą. To doprowadza później do wymarcia plemion indiańskich.

mohikanin2

Jednak cała ta pasja oraz perfekcja Manna nie zdałaby się na wiele, gdyby nie charyzmatyczny Daniel Day-Lewis. Sokole Oko to w jego wykonaniu człowiek biały, którego wychowali Indianie, przez co przejął ich zwyczaje oraz przekonania. Nie jest on pozbawiony własnego rozumu i nawet gdy wyznaje miłość, to mu wierzymy na słowo. Nawet w jego miłość z twardo trzymającą się ziemi Corą Munro (wyrazista Madeleine Stowe), która jest zarówno silna jak i bardzo delikatna. Takie kobiety zapadają w pamięć dość mocno. Poza tą dwójką najbardziej zapada w pamieć etatowy Indianin Hollywoodu – Wes Studi jako mściwy i okrutny Magua, pragnący zemsty za swoje krzywdy. To on dominuje, gdy pojawia się na ekranie. Cała reszta obsady prezentuje równie wysoki poziom.

mohikanin3

Czyżby „Ostatni Mohikanin” to opus magnum Michaela Manna? Na pewno to najbardziej wyjątkowy film w dorobku tego reżysera, pełen emocji, liryzmu, ale bez popadania w patos. Wszystko jest tu odmierzone w idealnych proporcjach. Ocierające się o arcydzieło wielkie kino.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski