Taco Hemingway – Szprycer

okladka

Ten cholernie zdolny raper był objawieniem ostatnich lat, który swoim EP-kami potrafił załatwić konkurencję trafnymi obserwacjami, ciętymi one-linerami oraz płynnym flow. Jednak pełna płyta “Marmur” rozczarowała I okazała się ogromną porażką. Jednak nasz ziomek nie złamał się i postanowił własnym sumptem nagrać oraz opublikować w Internecie kolejną EP-kę “Szprycer”, gdzie zdecydował się zmienić swoje oblicze. Jak mu wyszło?

Przyjrzyjmy się “Szprycerowi”, który znowu powstał w kooperacji z Rumakiem. I otwierająca całość “Nostalgia” zaczyna się od szybkich, mocnych ciosów perkusji skontrastowanych z ambientową wręcz elektroniką, a sam Taco próbuje śpiewać (całkiem nieźle, gdyby nie to ej), a pod koniec dostajemy ładne smyczki. Kompletnie zmienia się klimat w “Chodź”, gdzie mamy trapowanie w rytm orientalnej elektroniki (fajny, bujający bit) oraz niemal szybko nawijanym refrenem. Kawałek imponuje tempem, a pod koniec jeszcze mamy śpiewany refren nakładany na nawijkę Taco. “Tlen” to klasyczny trap, gdzie tło brzmi jak przerobiony alarm, a niski, głęboki głos Taco idealnie się odnajduje w tym klimacie, by przyspieszyć w niemal tanecznym “Głupim bycie”, pachnącym latami 80. podobnie jak mroczny “Dele” z ponurymi klawiszami i elektroniczną perkusją.

Ale nawet ja nie spodziewałem się takiego niemal dyskotekowego “I.S.W.T.” (choć wpleciony fragment “Chłopców z ferajny” jest mocny), szybko wpadającego w ucho z bardzo fajnym refrenem. Krótki “35” jest  kolei bardziej surowy, co jest zasługą imitacji gitary elektrycznej i rockowej perkusji, a przestrzenna “Karimata (Mute)” pełna jest wyciszonej elektroniki oraz najbardziej epicki w tym zestawieniu “Saldo ‘07”.

Taco nadal ma kilka panczlajnów (“Karimata”, “Dele”) I tym razem nie idzie w stronę banału czy kiczu. Nadal obserwuje swoje przywiązanie fanów do niego, podgląda relacje damsko-męskie, nałogi oraz próbuje zdystansować się wobec swojej sławy. Najbardziej jednak drażniło mnie w jego flow te wstawki typu “ej, ej” I całkiem nieźle śpiewa. Nie wywołuje on bólu, agresji. W takich małych dawkach Taco Hemingway był najlepszy, a “Szprycer” to potwierdza. Raper wraca do formy, choć nie w pełni zmazuje wpadkę jaką był “Marmur”.

7/10

Radosław Ostrowski

The Avalanches – Wildflower

Wildflower_Avalanches_cover_art

Nigdy się nie uważałem za wielkiego fana elektroniki, uważając tą muzykę za sztuczną i mechaniczną, jakby zautomatyzowaną. Ale kolejne spotkania z płytami opartymi na tych dźwiękach zmusiły mnie do weryfikacji tych przekonań. Czy tak też będzie z albumem australijskiego duetu The Avalanches? Tworzą go Robbie Chater oraz James Dela Cruz, zajmujący się muzyką, a każdy utwór śpiewa kto inny. W zeszłym roku wydali swój drugi album po 16 (!!!) latach przerwy.

Czy warto było czekać na „Wildflower”? Po krótkim intrze (sample pełne rocka) dostajemy mieszankę sampli, elektroniki i rapu, co widać mocno w „Because I’m Me”, pachnącym muzyką z lat 60. (smyczki, dęciaki, funkowa gitara), a jednocześnie bawią się samą formą, nagle wyciszając podkład i dając tylko wokal czy wrzucając odgłos zmienianej stacji. I takich mieszanek jest multum: singlowy „Frankie Sinatra” ma w sobie i jazzowy sznyt (fortepian i klarnet) zmieszane z mocniejszym bitem i skreczem, do którego dochodzi jeszcze chórek, podkręcone dźwięki „robotyczne” w „Subways” czy zapętlony funk z lat 70. („Going Home”). Dorzucą jeszcze perkusjonalia (niemal taneczny „If I Was a Folkstar”), przerobione głosy brzmiące jakby to dzieci śpiewały („Colours”) czy odgłosy jedzenia w skocznym, brzmiącym niemal z dziecięcej bajki „The Noisy Eater”. Duet miesza, zaskakuje i podkręca, ciągle dodając coś innego, nieoczywistego.

Problemem dla wielu mogą być krótkie przerywniki między piosenkami, ale stanowią one spójną całość z resztą co słychać w tytułowym utworze. Dla mnie jednak problemem jest to, ze w połowie (czyli od „Live a Lifetime Love”) całość zaczyna tracić tempo, będąc zdominowanym przez przerywniki. Zdarzają się ciekawe strzały jak niemal baśniowy „The Wozard of Iz”, zapętlony „Sunshine” czy finałowy „Saturday Night Inside Out”, to jednak za mało, by nazwać całość więcej niż przyzwoitą.

I więcej z tego chaosu po prostu nie dało się wycisnąć. „Wildflower” z jednej strony pachnie przepięknie, zachwyca, z drugiej wprawia w stan zamulenia. Sami musicie zdecydować, co wolicie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Miuosh – POP

pop

Katowicki raper Miuosh jest postacią starającą się tworzyć poza schematami typowymi dla hip-hopowców. I nie inaczej mogło być w przypadku płyty „POP”, gdzie podjął współpracę z producentem muzyki alternatywnej Michałem „Fox” Królem. Czyżby katowiczanin się sprzedał i poszedł zaślepiony komercją ku mainstreamowi? Odpowiedź wcale nie wydaje się taka prosta.

Otwierający całość „Nie” wyróżnia się niemal kosmiczną elektroniką oraz popisami ciętej niczym krzewy przez sekator perkusji. Dalej mamy coraz dziwaczniejsze rewiry, gdzie nie brakuje nawet elektronicznie przesterowanego głosu w „Neonach” z nieprawdopodobnie podkręconym refrenem (chórki, gitara elektryczna i lekko wpleciony dubstep) czy dziwacznie orientalnego bitu w surowej „Produkcji”. Oczywiście, musi się też pojawić fortepian (w końcu to POP) jak w wyciszonych „Perseidach”. Jakby było tego mało, raper pozwala sobie na zaproszenie takich gości jak Myslovitz (bardziej rockowy „Koniec”), Nosowska (pulsujące elektroniką „Tramwaje i gwiazdy”), Organek (bluesowa „Kawa i papierosy” z zapętlonym fortepianem i starym Hammondem) i Piotr Rogucki („Traffic”), a także sampluje… Bajm (przemielone, wręcz dyskotekowe „Miasto szczęścia”). Brzmi jak wariactwo? Może i tak, ale takie numery jak dynamiczne „Nisko” z szorstką perkusją, tajemniczym fortepianem oraz melancholijnymi smyczkami (nie będziecie chcieli się uwolnić od tego). Do tego goście nie są tutaj tylko dodatkiem mającym zwrócić nasza uwagę na poszczególny utwór.

Raper bardziej opowiada o swoich lękach niż próbuje obserwować rzeczywistość. Niespełnione nadzieje, trudne związki, samotność, szukanie szczęścia. Brzmi banalnie? Na szczęście tak nie jest, chociaż nie stosuje jakichś superskomplikowanych metafor (efekt nadmiernego słuchania Łony i Bisza 🙂 ). Nie mniej kolaż z mainstreamem brzmi zaskakująco świeżo, co jest zasługą więcej niż dobrej produkcji. Niemniej mimo bogactwa oraz eksperymentalnego szaleństwa coś mniej odrzuca. Może to sama barwa głosu Miuosha powoduje ten dysonans. Ale należy dać szansę temu cudadłu.

7/10

Radosław Ostrowski

Eskaubei & Tomek Nowak Quintet – Tego chciałem

Eskaubei-i-Tomek-Nowak-Quartet-Tego-Chcia%C5%82em-cover

Dwa lata temu doszło do zderzenia muzycznych asteroid, bo nie można inaczej nazwać połączenie nawijki rapera Eskaubei z kwintetem trębacza jazzowego Tomka Nowaka. Album „Będzie dobrze” wywołał furorę i musiał powstać ciąg dalszy, gdyż takie zgranie nie zdarza się często. No i w zeszłym roku ekipa powróciła.

Zaczyna się od skocznego i krótkiego „Intra”, gdzie popisuje się perkusja z klawiszami i trąbką. Ale to tak naprawdę wstęp do mocniejszej gry. „New reality” miesza swingowe dźwięki kwintetu ze skreczami (fantastyczna robota Mr. Krime’a) – zarówno sekcja rytmiczna (płynna i łagodna) w połączeniu z klawiszami oraz trąbką tworzy prawdziwą bombą. Zarówno przestrzenne solówki muzyków są prawdziwym miodem dla uszu. Podobnie jest w przypadku utworu tytułowego, gdzie na początek mamy sklejkę klawiszy i stonowanej sekcji rytmicznej ze skreczami, a sam raper nawija o kumplach z kwintetu, robiąc to w bardzo elegancki i niepozbawiony dowcipu sposób. I w każdym kolejnym utworze słychać przede wszystkim wielką pasję wynikającą z grania.

Szybkie „Chcę żyć” z zapętlającym się basem i perkusyjnymi eksplozjami w refrenie (a także orientalną elektroniką, dającą mocno do pieca), bardzo wyciszone i (pozornie) monotonne „Patrz w moje oczy”, które z każdą minutą nabiera rumieńców, płynący na trąbce oraz chropowatych klawiszach „Egocentryzm” czy bardzo soulowe „Płyń ze mną” (klawisze brzmią cudownie). Nie wymienię wszystkich utworów, bo troszkę nie o to tu chodzi, ale wszystko jest fantastyczne.

Sam Eskaubei może niespecjalnie popisuje się swoją nawijką, ale jest w formie i opowiada zarówno o swojej pasji czy kłótni z partnerką. Ale jest to zrobione z głową i dowcipem, przez co nie ma poczucia zgrzytu. I jak widać można połączyć rzeczy pozornie niepasujące do siebie.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Bedoes & Kubi Producent – Aby śmierć miała znaczenie

0006ENCVFTVY72QI-C122

Dawno nie było żadnej płyty hip-hopowej, ale jak wiadomo natura nie lubi próżni. Tym razem padło na niejakiego Bedoesa – jednego ze strasznie popularnych ziomków z nieprawdopodobną ilością wyświetleń na YouTube, dorównując niejakiemu Gangowi Albanii. Chociaż dopiero teraz wyszedł debiutancki album.

Podopieczny SB Mafiji dostał wsparcie niejakiego Kubi Producenta – 16-letniego (!!!) producenta, więc można się wystraszyć. Na początek dostajemy… fragment z Ewangelii wg św. Łukasza, by przejść płynnie do nawijki 19-latka, dla którego podkład jest mieszanką elektroniki (surowej), chóralnej wokalizy i obowiązkowego fortepianu. Brzmi to wręcz strasznie kiczowato i nawet zmiano tła pod koniec wywołuje odstraszenie. Jeśli to was nie odstraszyło i jesteście na tyle odważni, by wejść w świat 19-latka, uprzedzę od razu: dalej będzie ciężej. Cykadła, tłuste bity oraz kompletnie przerobione głosy w tle zapowiadają kolejne przedsionki piekła. Jakby tego było jeszcze mało, to będą wolne uderzenia fortepianu („NFZ”), wskoczymy na tory r’n’b (minimalistyczny „Biały i młody”, „Raz”) i nie zawahamy się wejść do niemal dyskotekowej elektroniki („Hymn”), by móc poskakać.

Sam podkład jest nawet spoko i nie można się do niego przyczepić, bo wpada to w ucho, a Kubi robi wszystko, byśmy się nie nudzili. Pomruki („Napad”), autotune, jakieś ciągłe gęganie, jęczenie, gitarowe pitolenie – męka i kopia kopii, którą słyszałem wielokrotnie, w lepszym wydaniu. I już od połowy chce się wyłączyć całość. Także sam Bedoes lansujący się na amerykańskiego ziomboya, co to zakochał się raz, a teraz robi hajs, do kobitek zwraca się per „kurwa”, ma ziomków gotowych zabić. Do tego jego maniera jest wkurzająca, wliczając w to także podśpiewywanie. Facet nie ma absolutnie niczego nowego do powiedzenia, kreując się na imprezowego hustlera. Gdyby ta kreacja była przekonująca, ale taki Sitek, co też robi „amerykankę” w naszym kraju robi to lepiej.

Bedoes w swoim debiucie odrzuca, chyba że macie jakieś 12-13 lat, to będziecie wniebowzięci. Widać, że facet próbuje znaleźć swoją własną ścieżkę. Jeszcze jej nie znalazł, ale trudno mu odmówić pewności siebie i arogancji, przez co wypada jako karykatura. Zgroza.

1/10

Radosław Ostrowski

OSTR – Życie po śmierci

20160131102053_OSTR_-_Zycie_po_smierci_-_cover_pix1500

Adam Ostrowski zwany Ostrym to żywa legenda polskiego hip-hopu, który nagrywa regularnie i trzyma pułap dla wielu ziomków nieosiągalny. Ostatnio jednak (czyli od zeszłorocznej „Podróży zwanej życiem”) Łodzianin wrócił do wysokiej formy, a jego ostatnie dzieło „Życie po śmierci” tylko potwierdza świetną dyspozycję.

Ten materiał różni się od innych m.in. tym, że przed kilkoma utworami jest coś w rodzaju wprowadzenia dokonanego przez samego rapera, gdzie poznajemy przyczyny powstania tego materiału nagranego pod wpływem choroby. Całość podzielona została na cztery części. Najpierw poznajemy przyczyny sytuacji, operację, chwile po niej oraz drogę ku przyszłości.

Odpowiedzialny za produkcję Killing Skills robi świetną robotę. Dzieje się tu wiele,, gdzie nie brakuje elektronicznych eksperymentów. Każda część płyty ma krótki wstęp, gdzie Ostry opowiada w formie wprowadzenia do historii. Bywają momenty bardzo refleksyjne (kołysankowe „We krwi” z przebijającymi się głosami w tle), czasami wręcz epicko (mocna perkusja w gitarowej „Diagnozie”), ale i staroszkolnie (nadal przewijają się skrecze). Nie mogło zabraknąć mroku (pełna elektroniki „Kto gasi światło?” czy „Scenariusz sądnych dni”), a wszystko jest zaaranżowane na bogato.

Nawet jeśli pojawia się „ciepło” brzmiąca elektronika, ma ona w sobie pełno smutku („Miami”), co nie powinno nikogo dziwić. Każdy z utworów to mniej lub bardziej próba rozliczenia się z samym sobą („Spowiedź” o jego tańcu z marihuaną czy oparty na pianinie utwór tytułowy, gdzie jest świadomy podczas operacji). Klimat zmienia się w dynamicznym „Bilansie”, gdzie mamy saksofon, minimalistyczna perkusją oraz płynne klawisze. Nawet pojawia się soul („Kropla wody”) czy nawet disco („WudźTangClan”), ale to nie wywołuje zmęczenia czy znużenia.

Sam Ostry to klasa w kwestii nawijki i nie inaczej jest w przypadku tego concept albumu. Raper nawija o operacji, dokonuje przewartościowania swojego życia (czyli koniec z imprezami i marihuaną), a nawet jest krótki wypad na miasto („WudźTangClan”), będący jednocześnie krytycznym spojrzeniem na współczesny rap czy ostrzega, by podczas jazdy autem nie koniecznie należy pisać SMS-y. Zwłaszcza, gdy jesteś kierowcą. A i tak najbardziej pamięta się wspólną nawijkę z synem („Jaki ojciec taki syn”) o jego relacji z dzieciakiem.

„Życie po śmierci” jest pełne emocji i jest brutalnie szczery wobec wszystkich, co nie powinno nikogo dziwić. Krótka wędrówka od choroby przez rehabilitację aż po – jakkolwiek to zabrzmi banalnie – powtórne narodziny („To mój dzień” czy kapitalny „Epilog”), gdzie wszystko gra i buczy. Nic dziwnego, ze to była jedna z najlepszych płyt roku 2016.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

VNM – Halflajf

vnm-halflajf

Jeden z młodszych i bezczelnych polskich raperów, który założył własną wytwórnię (od zeszłego roku) De Nekst Best. VNM konsekwentnie tworzy swój styl, mieszając bragowanie z odrobiną osobistej refleksji. Teraz jednak wraca z piątym wydawnictwem jeszcze z zeszłego roku. „Halflajf” (pół życia) wydawało się, że będzie bardziej do rozkminiania, ale co z tego wyszło?

Utworów jest 13, ale nie należy być aż tak przesądnym. Za bity odpowiadają prawdziwy spece jak Johnny Beets, Deemz czy SoDrumatic. Początek jest prosty i nawet liryczny, bo „naiVe” ma ładny fortepian z wplecionymi, prostą elektroniką, by pod koniec zmienia się tempo pod r’n’b („falujące” tło). I wtedy pojawia się dźwiękowy mindfuck w postaci połamanej „Zmiany”, pełnej dubstepowej perkusji i przerobionych wokaliz w tle. To akurat nic, bo tutaj Tomek próbuje śpiewać. Wreszcie pojawia się (oczywiście) przewodzący fortepian z nieoczywistym wokalem w tle i minimalistyczną perkusją na „Narcyzie”, by mocno uderzyć w tytułowym numerze, gdzie B. Melo ciska elektroniką niczym fanfarami.

Obowiązkowe są tutaj cykacze i oszczędna perkusja, ale pojawiają się bardzo rzadko. Nie sposób zapomnieć także „Cyphera 2.0” – Kazzushi idzie w bardzo futurystyczną stronę, ale nie zapomina o skreczach czy oszczędny  „brejnFAK” z „bzyczącym” tłem. Ale takiego „Jak Tsubasa” (co tu odwalił SoDrumatic) to ja nie jestem w stanie przetrawić, gdyż jest tu za gruby bit zmieszany, zwłaszcza refrenu, gdzie VNM zwyczajnie irytuje. Podobnie działa na mnie „Face-Swap” – elektronika, dzwony, imitacja smyków wypadają nieźle. Ale w połowie kompletnie zmienia się podkład, atakując perkusją.

Co robi VNM? Miesza, chociaż flow ma bardzo przyzwoity, nawijając o relacjach damsko-męskich („brejnFAK”), bragguje jakie to ma skile i jaki jest zajebisty, imprezuje. Przy okazji lokuje markę Uber (ciekawe, ile mu zapłacili ;)) i próbuje… śpiewać, co jest równie niebezpieczne jak u Mesa. Dodatkowo odniósł wrażenie, że sam nie pociągnie ze swoim flow, więc pozapraszał gości, co dało połowiczny sukces. Kradnie uwagę Monika Borzym i Wdowa, co nie powinno nikogo dziwić, podobnie jak Sarius. Ale już Cywiński swoim głosem zwyczajnie irytuje (być może dlatego, ze robi to po polsku), psując kompletnie jakość swoich nagrań. Nieźle radzi sobie Sarsa w „Triggerze”, co jest pewną niespodzianką.

Trudno mi jednoznacznie ocenić „Halflajf”, gdzie nasz koleżka opowiada niemal o tym samym i w paru momentach potrafi bawić się hasztagami oraz skojarzeniami z obejrzanych filmów, przesłuchanych piosenek. Ale „Klaud Najn” zrobił na mnie dużo większe wrażenie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dwa Sławy – Dandys Flow

dandys-flow-b-iext47362514

Raperski duet Dwa Sławy znany był z serwowania dość ironicznego spojrzenia na świat za pomocą bardzo krzywego zwierciadła. Tak było w przypadku kozackich „Ludzi sztosów”, ale Rado z Astkiem chyba zaczynają czuć zmęczenie tym wizerunkiem. Dlatego pierwszą reakcją na „Dandys Flow” może być konsternacja i szok.

Otwierający całość „Catering” brzmi bardzo współcześnie – zapętlona wokaliza, pulsująca elektronika, długie pasaże smyczków. Im dalej, tym coraz bardziej nieoczywiste szlaki przechodzimy. Nie brakuje tutaj skrętu w stronę r’n’b spod znaku The Weeknd („Piotr Pan”), minimalistyczna perkusja z zabarwieniem etnicznym („ATCS”, „Mogłoby się wydawać”), by w refrenie przyłożyć dubstepem, zaatakować agresywniejszą elektroniką („Furia”) i nawet zaatakować dyskotekowe parkiety („Pengaboys”) czy inspirować się The Streets („Estrogen”, który wydaje się być odpowiedzią na „Testosteron” Kayah). Rozrzut i strzał stylistyczny jest duży, ale udaje się zachowac w tym wszystkim spójność, co jest zasługą obydwu Sławów. Tutaj bity są zasługą głównie Marka Dulewicza, ale swoje dorzucił także P.A.F.F. (autor słynnego hymnu San Escobar), SoDrumatic czy Julas (powoli rozkręcające się „Zabierz mnie gdzieś”). Wiem, że dla wielu to skręcanie w stronę bardziej elektronicznych bitów, ale nie wywołuje to takiego rozpaprania jak chociażby u Tego Typa Mesa. Tutaj jest bardziej zachowawczo, chociaż ortodoksi i tak będą wściekli.

Panowie kompletnie odcinają się od poprzednika, chociaż nawijkę nadal mają pierwszorzędną. Nie brakuje zarówno dowcipnych hasztagów, wystrzałowych metafor (całe „Pengaboys”, gdzie m.in. Na moje wielowymiarowe metafory muszę sobie kupić drukarkę 3D)  gry słów („Tough Love”), odrobiny humoru (zakamuflowane „Outro”) oraz pomysłowego storytelling („Zabierz mnie gdzieś”).  A o czym mówią? Zarówno o swojej popularności, zmęczeniu życiem, relacjach damsko-męskich czy rozładowywaniu negatywnych emocji. Nie brakuje także przyspieszeń oraz inteligentnych obserwacji, ale to musicie sami się przekonać. Mi najbardziej chwyciło „Tough Love”, „Pengaboys” oraz refleksyjne „A może by tak”.

„Dandys Flow” to tym razem poważniejsze oblicze Sławów. Ci, co pokochali kompletnie miażdżących „Ludzi sztosów”, to nie znajdą tutaj dla siebie zbyt wiele, zaskakując bardziej dojrzałym spojrzeniem na świat. Dużo jest rozkminiania, ale i refleksji. Nieoczywisty miks, ale z wysokiej półki.

8/10

Radosław Ostrowski

Ten Typ Mes – Ała.

ten_typ_mes_0

Drugiego takiego rapera w naszym kraju jak Piotr Szmit aka Ten Typ Mes nie ma. I nie chodzi tylko o flow czy warsztat, ale o sporą dawkę ironii oraz dźwiękowego sznytu. Dlatego z pewną nieukrywaną pewnością sięgnąłem po „Ała.”. Czy będzie silny ból czy tylko drobne draśnięcie?

17 utworów i ponad godzinny materiał. Może to przyprawić o ból głowy. Do tego masa gości i różnych kompozytorów, producentów (m.in. Michał „Fox” Król, współpracujący z Marią Peszek, Kortez, Mateusz Holak RAU czy Szogun). Otwierające całość „Codzienność” nawet nie jest najgorsze – grube basy, żwawa perkusja i podkręcona elektronika. Do tego jeszcze chórki, Dawid Podsiadło i śpiewający na początku Mes, a także finałowa, instrumentalna końcówka z melancholijnym fortepianem. Konsternacja gwarantowana, ale wsłuchiwanie się w tekst daje sporo satysfakcji. A to dopiero początek, bo wchodzi „Mój terapeuta” – z jednej minimalistyczny podkład i potencjalny hit radiowy, z drugiej dosadny i ostry atak na terapeutów, przypominających bardziej wróżki czy szamanów. „Bledną” pachnie kosmosem – zimną, chłodną elektroniką z wplecioną wiolonczelą, podkreślającą depresyjny klimat. I Mes najpierw śpiewa, by potem zacząć nawijać, a na koniec atakują ładne chórki oraz jazzowa perkusja.

I kiedy wydaje się, że już dziwniej nie będzie, to pojawia się niemal czysty rap z cykaczami, bitami, czyli „Book Please” (do tego szeleszczące kartki), by pod koniec kompletnie zmienić klimat, dodając gitarę elektryczną oraz prosty komunikat. Tutaj Mes brzmi troszkę jak w starym stylu, ale bardziej nowocześnie. Tak samo wypływa niemal epicki „Przewóz osób” lub „Czy Ty to Ty” (i pływa tu VNM). „Pytajniki” to już skręt w jazz (Hammond, dęciaki, perkusja), który sprawił mi sporo frajdy, gdzieś tak do dwóch i pół minuty. A eksperymentalny minimalizm wraca w „Pokaż mi dom” oraz melancholijnym „Jak nigdy” (strzelająca pod koniec elektronika z cykaczami).

Szlag mnie trafił, gdy trafiłem na „Unisex” – pełen niemal dyskotekowego podkładu, pełnego house’u, elektronicznej perkusji oraz dubstepowych wstawek. Mes tutaj próbuje chyba podbić parkiety jak Fisz Emade ze swoim „Telefonem” (skojarzenie z „We Found Love” – posłuchajcie początku) i zwyczajnie przekombinował (w środku mamy jeszcze przerobiony głos i instrumentalną wstawkę z żywymi instrumentami pod koniec). Drugim takim mocnym dziwadłem jest dla mnie jazzowy „Ale psa byś przytulił” (saksofon mi pasuje, ale ta perkusja i cykadła to niekoniecznie), trzecim kolejny parkietowy skoczniak, czyli „W sumie nie różnią się” (takiej sieczki się nie spodziewałem).

Sama nawijka Mesa wywołuje we mnie mieszane uczucia. Nie chodzi o technikę, bo ta jest opanowana i świetna, z przyspieszeniami na czele oraz rzucającymi skojarzeniami (zgrabnie wpleciony Lennon czy Chris Brown), a pomysły na niektóre utwory są świetne („Book Please”, gdzie wszelkie próby czytania są przerywane wieściami z drugiej strony komputera, wizyta u psychiatry w „Moim terapeucie” czy krytyczne spojrzenie na ekologów w „Ale psa byś przytulił”). Z drugiej strony Mes kolejny raz próbuje śpiewać („pieje kogutem”), co nie brzmi tak strasznie (takie wejście w stronę czarnych brzmień), ale wywołuje dezorientację. Podobnie rzecz ma się z muzyka, która jest mieszanką różnych estetyk: od rapu po jazz i elektroniczną sieczkę, jakby ziom chciał złapać kilka srok za ogon. Fajnie brzmią te instrumentalne wstawki pod koniec grane na żywych instrumentach, ale można byłoby z tego zrezygnować. Taka niespójność mocno gryzie. Podobać się mogą zgrabne chórki wplecione w refrenach (a śpiewają m.in. Monika Borzym, Kinga Miśkiewicz i Maryla Modzelan).

To wszystko powoduje, że wiele osób „Ała.” odrzuci po pierwszym przesłuchaniu. I nie dziwię się temu, bo parę bardziej dyskotekowych flirtów można było sobie odpuścić, a w paru kawałkach zmienić teksty (relacje damsko-męskie nie brzmią zbyt interesująco, co słychać w „Unisex”), co na pewno nie zaszkodziłoby. Mes jednak zrobił to po swojemu i albo to kupujesz, albo wypierdalasz. Ja ciągle się waham, co do oceny, bo mimo kolejnych odsłuchów nie wszystko mi tu odpowiada. Mam wrażenie, że ten typ ma wywalone na opinie innych.

6/10

Radosław Ostrowski

Tede & MłodyGrzech – Goooo!

goooo

Skoro jest karnawał, to potrzebny jest taki album, który idealnie będzie pasował na imprezkę. Dlatego takie wydawnictwo trafiło mi (prosto z Internetu) dzieło autorstwa Jacka Granieckiego, czyli Tedego. Raper tym razem po wsparcie Młodego Grzecha i skleił swoje kawałki z ostatnich wydawnictw, mieszając je… z tanecznymi klasykami lat 90.

Zaczyna się od krótkiego intra, gdzie podkład zwięto prosto od Nasa i otrzymujemy krótkie wyjaśnienie, dlaczego powstało to dzieło („zajebmy dresiarzom ich dresiarską muzykę”). Sklejka polega na tym, że podkład jest taneczny, a nawijka jest Tedego. Wyobraźnie połączenie takich wykonawców jak Vengaboys, Haddaway, Robert Miles czy Alexia, a w tle nawija pan Tedeusz z „kurta_rolsona” i „Vanillahajs”. I tak mamy takie prawdziwe petardy w postaci „Ej ziomek” (w tle „Vamos a la play la” Loony), gdzie wszystko strzela i wybucha, „Martwe ziomki” (tutaj mamy „Believe” Cher), „Nie banglasz” (nieśmiertelne „Coco Jambo” Mr. President) czy „Wyje wyje bane” („Children” Roberta Milesa). A jeśli jeszcze wam mało, to jeszcze jest strzelający „John Rambo” (w tle – a jakże by inaczej „Boom Boom Boom” Vengaboys), naszpikowany elektroniką „Feat” (ja wolę oryginał, a podkład wzięty od DJ Intrafica i jego „Live”) czy „Michael Kors”, gdzie gościnnie udziela się Abel („What Is Love” Haddawaya).

Żeby jednak nie było, jest jeden mocny kiks.  Dziwaczna dla mnie jest „Pażałsta”, do której podkład jest tak porąbany, że nie da się tego słuchać (a refren z echem naszego gospodarza – koszmar, tak jak wrzucenie w finale Rednex). Na koniec dostajemy bardzo melancholijny „WWA żegna”. MłodyGrzech wykonał niesamowitą robotę na tym blendzie, gdzie kawałki są zgrane ze sobą (poza w/w kiksem). Można ściągnąć to dzieło przez Internet, jeśli ktoś jest na tyle odważny.

8/10

Radosław Ostrowski