Taco Hemingway – Marmur

tacohemingway-marmur

Każdy osobnik, który nawet nie zna się na rapie, to słyszał o Taco Hemingwayu. Do tej pory nagrywał tylko i wyłącznie EP-ki, ale wszystko musiało się zmienić z wydaniem pełnego albumu, wydanego przez Asfalt Records. I tak pojawił się „Marmur”, będący concept-albumem. Tytułowy „Marmur” to hotel w Gdańsku, do którego trafia nasz bohater, gdzie nie można korzystać z technologicznych cacek.

Taco od samego początku wspierany przez producenta Rumaka, robi w zasadzie to, co zawsze. Tytułowy utwór zaczyna się przyjemnym basem oraz żeńska wokalizą, zastąpioną przez pachnącą latami 80. pulsującą elektroniką, do której dochodzą różne zabawy perkusją. A na sam koniec dostajemy nocnego portiera (naprawdę). Potem dostajemy zapis audio wiadomości „Witaj w hotelu Marmur”, by wejść w surowy „Żyrandol” (ta perkusja robi robotę z cykaczami) oraz ciepłymi klawiszami, a także melancholijnej „Krwawej jesieni”.

Rumak ciągle zaskakuje – stosuje różnego rodzaju echa („Mgła I (Siwe włosy)”, „Tsunami Blond”), przełamuje tempo perkusji (dyskotekowy „Świat jest WFem”), wrzuca fortepian („Mgła II (Mówisz, masz)”), dodaje nawet kotły („Świecące prostokąty”) czy gitarę elektryczną („Ślepe sumy”), ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu zmęczenia materiału. Minimalistyczny styl z każdym utworem staje się coraz bardziej męczący, odwracając kompletnie uwagę od nawijki Taco.

Sam Taco wrzuca setki aluzji i odniesień do popkultury, przez co mam poczucie niepotrzebnie megalomański. Niby opowiada o przełamywaniu kryzysu twórczego, ale też pojawia się sen z kobietą w roli głównej („Tsunami blond”), działanie technologii („Świecące prostokąty”), konfrontacja z kibicami („Krwawa jesień”) oraz pojawiający się tajemniczy pasażer („To by było na tyle”). Wymaga to większego zaangażowania, gdyż wiele rzeczy można nie wychwycić za pierwszym razem. Ale nawet i to nie jest w stanie wynagrodzić spędzonego czasu (wyjątkiem jest troszkę inna wersja „Deszczu na betonie” ze zmienioną zwrotką finałową).

I chyba po raz pierwszy mam wrażenie, ze Taco zwyczajnie przekombinował. Koncepcja świetna, ale czegoś tutaj zabrakło, przynudzało. Gdyby wziął się za to Łona, Sokół czy Ostry, byłoby zapewne lepsze. A tak pozostaje zawód.

6/10

Radosław Ostrowski

Fisz Emade Tworzywo – Drony

drony-b-iext45097080

Fisz i Emade znani wcześniej jako Tworzywo Sztuczne, teraz jako Fisz Emade Tworzywo to jeden z najbardziej nieoczywistych grup hip-hopowych, które chodzą swoją ścieżką, mieszają bity z żywym instrumentarium. Ostatnio swoim „Mamutem” skręcili w coraz bardziej elektroniczne eksperymenty, podbijając nawet taneczne parkiety. Tą ścieżkę kontynuują „Drony”.

Bartek i Piotr Waglewscy tym razem postanowili stworzyć concept-album opowiadający o życiu we współczesnym świecie, pełen gadżetów i wynalazków, bez których nasze życie wydaje się już niemożliwe. To daje już otwierający całość „Telefon”, który z jednej strony ma wszelki potencjał do podbijania parkietów (sekcja rytmiczna pulsuje, podobnie jak delikatne elektroniczne pasaże w zwrotkach) i próbuje być zagwozdką nie dla idiotów. Podobnie zaczyna się też ejtisowski „Parasol” z zapętlonym, przyspieszonym fortepianem oraz wręcz metalicznym basem. Najlepszy aranżacyjnie dla mnie są „Fanatycy” z mocną, dyskotekową perkusją, funkową gitarą oraz płynnymi smyczkami (prawie jak z „Wojny”) oraz minimalistyczny „Biegnij dalej sam”. Zupełnie w konsternację wprawiły mnie „Kręte drogi” z zapętloną gitarą akustyczną oraz mieszanką łagodnych perkusjonaliów, etnicznych wokaliz z mocnym bitem sklejonym z elektroniką.

Waglewscy robią wszystko, by nie przynudzać, a parę efektów zaskakuje – mieszający Orient z ambientem „Duch”, pulsujące „Samochody” ze staroświecką elektroniką, cykaczami oraz przerobionym głosem Fisza, delikatne „Skąd przybywasz” czy niemal akustyczny „Komputer”. Im dalej jednak, tym bardziej przewidywalne są chwyty rodzeństwa. Dodatkowo fani rapu się wściekną, bo tutaj tego gatunku jak na lekarstwo.

Fisz coraz bardziej skręca w stronę śpiewania niż rapowania, co wydaje się zrozumiałe (ci, co słyszeli jego rockowe wcielenie w postaci Kim Nowak wiedzą, co potrafi) i radzi sobie dobrze. Tekstowo jest dość zróżnicowanie, ale wszystko zmierza w oczywistym kierunku: technologia zabija człowieczeństwo, a prywatność oddajemy dla ideologii w rodzaju bezpieczeństwa narodowego (latające drony). Można było z tego wycisnąć dużo więcej.

„Drony” nie przebiją „Mamuta” zarówno pod względem produkcji czy energii, ale Fisz z Emadem poniżej pewnego pułapu zwyczajnie nie schodzi. To po prostu dobry materiał, który blado prezentuje się w porównaniu z konkurencją.

7/10

Radosław Ostrowski

Bisz/Radex – Wilczy humor

biszradex

Bisz to jeden z najbardziej wyrazistych polskich raperów, co pokazał trzy lata temu „Wilk chodnikowy”. Tym razem Jarek Janiszewski postanowił połączyć siły z niejaki Radexem, by skręcić w stronę brzmień muzyki alternatywnej. Bo nie wiem, czy wiecie, ale Radex to naprawdę Radosław Łukaszewicz – gitarzysta i kompozytor zespołu Pustki. Z tego musiało powstać coś interesującego.

Jest sporo elektroniki i żywego instrumentarium (perkusja, gitara), które jest płynne i dodaje smaku. Taki jest wręcz pulsujący „Grymas losu”. „Pogoń” jest szybsza (przyspiesza perkusja oraz bas), a w tle są rożne krzyki i zawołania, z wysamplowanymi dęciaki czy singlowy „Potlacz!” ze świetnymi, funkowymi klawiszami, minimalistyczną perkusją oraz gitarką, która pod koniec wybucha razem z resztą instrumentów (refren śpiewa Radex). Kiedy wydaje się, że nic nie zaskoczy to wtedy pojawia się jazzowy „Nie mam głowy” (fortepian oraz Hammond pod koniec wymiata) oraz pełen mrocznej, wręcz metalowej elektroniki „Znak zapytania”, gdzie w połowie dochodzi do klaskaniny.

Wejście w dawny retro klimat (i powrót do jazzu) następuje w tytułowym utworze, gdzie zapętla się Hammond, pojawia się odrobinę futurystyczna elektroniką. Dodatkowo w środku jeszcze wchodzą dęciaki. „Niewiara” wywraca wszystko do góry nogami, idąc w skrajny minimalizm, przynajmniej na początku. Perkusja oraz dziwaczne dźwięki zmieszane z echem wybijają się, ale po niecałej minucie wchodzi podnosząco-opadajaca się dyskotekowa elektronika. Odrobinę wschodem pachnie „Drugi grymas losu” (harfa, tamburyn), co spowodowany pomrukami. Szybki „Nie obrażaj się” siedzi obok wręcz dyskotekowego „Dorośli” oraz dowcipnie zapętlone „Brudne buty” (elektronika niczym z Amigi czy innego 8-bitowego cudaka).

Sam Bisz ma taką nawijkę, że głowa mała. Miesza humor z powagą („Brudne buty”), delikatnie serwuje popkulturowe skojarzenia (gang Olsena w „Pogoni”, całowanie żaby, by się zmieniła w księcia w „potlaczu”), z dystansem przygląda się swojemu fachowi (dwie części „Grymasu losu”) oraz atakuje konsumpcjonizm, hipokryzje („Potlacz!”, „Dorośli”), propagując wierność samemu sobie oraz swoim zasadom („Nie mam głowy”). Wszystko polane ironicznym humorem („Brudne buty”, utwór tytułowy, w zasadzie każdy utwór).

Bisz znowu to zrobił, a wilk w nim silnie siedzi. Nie jest to jednak zwierzę agresywne i żrące wszystko, co się napatoczy, ale zdystansowany, złośliwy oraz błyskotliwy. Jesteście gotowi wypłacić światu mentalnego liścia?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Taco Hemingway – WOSK

taco-hemingway-wosk_1

Filip Szcześniak znany też bardziej jako Taco Hemingway to jedna z najciekawszych postaci polskiego rapu. W swoim dorobku ma trzy EP-ki, które jednak spotkały się z bardzo ciepłym przyjęciem. W tym roku zaskoczył wszystkich wydając czwartą EP-kę, czyli „WOSK”. Materiał ten zapowiadał nie znajdujący się na tym albumie utwór „Deszcz na betonie”, który można znaleźć na YouTube.

Wspierany przez niezawodnego producenta Rumaka, Taco uważnie się przygląda rzeczywistości, ale jest bardziej mroczny i niepokojący. Tak się dzieje w tytułowym utworze, gdzie jest pełno pulsującej elektroniki, a w tle jedzie samochód. Drugą niespodzianką jest francuski żeński głos w tłustym, niemal soulowym „BXL”, gdzie poza perkusją wpada w ucho delikatna solówka skrzypiec. Nawet wyciszone, niemal oniryczne „Szczerze” z ejtisowskim tłem, łączą się z całą resztą (na początku szybki kurs języka angielskiego). Najbardziej mnie zaskoczył pozornie skoczny, chociaż minimalistyczny „Wiatr” z metalicznym basem. Chwytliwy numer z bardzo refleksyjnym tekstem. „515” zaczyna się krótkim, pianistycznym fragmentem, zapętlonym jak diabli oraz metaliczną perkusją. A na koniec dostajemy „Koła”, gdzie gościnnie pojawia się Dawid Podsiadło – mówiący a nie śpiewający.

Muzycznie jest to płyta bardziej minimalistyczna, pełniejsza elektroniki niż wszystko do tej pory, ale jednocześnie słychać czyje to dzieło. I chce się do tego wracać, by znajdować więcej. Sam Taco ma porządne flow, a kilka razy nawet przyspiesza („Szczerze”), dodatkowo uważnie pisze zarówno o swoich lękach, wahaniach związanych z tym, kim chce być – jak być sobą i przetrwać nie tylko w szołbiznesie. Rozmyśla też nad związkiem (pokłosie „Deszczu na betonie” w „Wietrze”), rozwojem i jego kierunkiem, kobietami („515”). A wszystko bez prostactwa i z głową, za co zyskał wielu fanów.

A ja słuchając „WOSK-u” zastanawiam się, czy uda się plan Taco, żeby „być drugą Nosowską niż drugim 2Paciem”. I czekam w końcu na longplaya, którym pozamiata, potwierdzając, ze to zainteresowanie nim nie jest przypadkiem. Wszystko idzie w dobrym kierunku – z tych EP-ek, ta mi się najbardziej podoba.

8/10

Radosław Ostrowski

The Returners – Nowa stara szkoła

58048,z_1024_1024

Producenci na polskie scenie hip-hopowej coraz bardziej zaznaczają swoją obecność wydając autorskie płyty. Po Pawbeatsie przyszła kolej na duet z toruńsko-włocławski, który polubił oldskulowe podkłady. Michał „DJ Chwiał” Chwiałkowski z Torunia i Michał „Little” Harmaciński znani jako The Returners po 10 latach działalności wydają pierwszy producencki album.

Że będzie staroświecko, już słychać w „Cutologii”, gdzie w rytm melancholijnej melodii niemal z pozytywki, zostają wplecione cuty oraz skrecze (podobnie jest w instrumentalach takich jak „Ania”, „Typowa historia” czy „Luigi”). Duet zrobił to, co potrafił najlepiej  – oszczędne bity, gdzie wplecione są żywe instrumenty –  dęciaki i funkowa gitara w „Kaiju”, flety tworzące etniczny klimat w „W imię postępu” oraz różne elektroniczne zabawki („Tam, gdzie idę”), które tworzą klimat rapu sprzed kilkunastu lat. Minimalistyczna perkusja towarzyszy nam do samego końca, a produkcja duetu to mistrzostwo świata, gdzie klimat i melodyjność idzie ze sobą ręka w rękę (mroczni „Swoi ludzie”, płynący gitarą „Łajzo” czy oparty na pięknej wokalizie „Ostatni raz”).

Mimo iż „nowa stara szkoła” trwa ponad godzinę, nie ma miejsca tutaj na nudę. Dodatkowo panom udało się zebrać mocny skład gości, którzy (niemal wszyscy) dali z siebie wszystko: od natchnionego DonGuralesko przez młodzików Kubana i Sariusa, mrocznego WSRH aż po nietypowe kooperacje jak VNM/Flojd czy Włodi/Otsochodzi. Błyszczy Ras, Mieltzky i Kuba Knap, ale rozczarowują Dwa Sławy, co jeszcze im się nie zdarzyło. Widocznie duet w oldskulowych bitach nie radzi sobie najlepiej.

Dawno nie słuchałem takiej równej kompilacji, która z jednej strony jest oparta na starych patentach, jednak nie wywołuje ona znużenia i brzmi bardzo nowocześnie. Absolutna rewelacja, a cutowane fragmenty po prostu miażdżą, a wszystkie elementy stanowią spójną całość.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Łona i Webber – Nawiasem mówiąc

09218f70cb8d7c4dba95ad9abb906a12

Łona jest uważany za twórcę tzw. inteligentnego rapu – nurtu, w którym ostatnio zabłysnął Taco Hemingway. Jednak mistrz ze Szczecina wraca po pięcioletniej przerwie i przypomina kto jest górą. Razem z producentem Webberem daje swój czwarty, wspólny album.

I „Nawiasem mówiąc” to konsekwentne rozwinięcie stylu Łony, który bawi się skojarzeniami, wznosząc się na wysoki pułap, zmieszanego z odrobinę surowymi bitami Webbera. Otwierający „Hałas!” zaskakuje oszczędnym podkładem elektronicznym z krzykami w refrenie. Tykający „Gdzie tak pięknie?” z nerwowymi klawiszami nadawałoby się nawet do tańca, gdyby nie świetnym tekstem o naszej mentalności. Pulsujący ejtisowskim stylem „Błąd” i „Nie pogadasz” z nawarstwiającym tłem wybijają się rytmicznym tempem, podobnie „Znowu nic”. Pewną zmianę serwuje nam zapętlony walc „Woodstock ’89” z pomysłową opowiastką o spotkaniu z dwoma gośćmi oraz galopujący „Co tak wyje?”, gdzie następuje przyspieszenie, czasem pojawi się fortepian („What I Owe”), dostajemy jakiś dźwięk samochodu („Sprawy wewnętrzne”) czy loopa („Doklej plakat”).

W zasadzie trudno się do czegoś przyczepić, a niektóre teksty są porażające i błyskotliwe („Gdzie tak pięknie?”, „Doklej plakat”, „Znowu nic”), gdzie tematyka jest różnorodna: kryzys twórczy, mentalność Polaków, plakatowe love story. Dzieje się tu wiele, a flow Łony jest fantastyczne – po prostu. I mówiąc bez nawiasu, warto było czekać.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Rasmentalism – 1985

RASMENTALISM-1985-cover-600px

Duet Ras i Ment namieszał na naszym ziomalskim podwórku 4 lata temu swoim debiutanckim albumem „Za młodzi na Heroda”. Drugie dzieło, czyli „Wyszli coś zjeść” mocno podzieliło fanów, którzy doceniali przebojowość, ale zarzucali nierówny poziom. Jak obecnie jest z formą duetu pokaże (mam nadzieję) trzeci materiał, czyli „1985”.

I pierwsza rzecz, która uderza to oldskulowa, surowa realizacja oparta na drobnej elektronice oraz minimalistycznej perkusji. Myślę, że data w tytule to nie był zbieg okoliczności. Czuć ten mroczniejszy klimat w „Zimie”, ale dalej bywa jeszcze dziwaczniej i zagadkowo. Niemal etniczne perkusjonalia zmieszano z jazzem („Ale zdejmij buty”), pobawiono się samplami i syntezatorami (tytułowy numer czy lekko psychodeliczny „Wszyscy kłamią”) oraz przewijającymi się w tle przerobionymi głosami (gorzkie „Jak z nut”). Wydaje się, że ta stylistyka jest poniżej poziomu, do jakiego przyzwyczaili nas chłopaki, o dziwo wyszło spójne, pełne raczej mrocznego klimatu dzieło. Przeszkadzać mogą tutaj krótkie kawałki w rodzaju „Drugie życie przed snem” i „Nowa miłość”, które trwają nieco ponad półtorej minuty i mogące być zapychaczami.

Brakuje mi tutaj jednak pewnego błysku oraz powalających fraz znanych z debiutu, co nie znaczy, że Ras słabo nawija. Miejscami miałem wrażenie, że słyszę Abradaba (chyba jednak mam coś z uszami), a facet dość uważnie przygląda się rzeczywistości: komercjalizacji i bezmyślnego kopiowania wzorców, konsumpcjonizm, szybkie znajomości.

„1985” raczej nie zmieni mojego postrzegania Rasmentalismu jako duetu jednej zajebistej płyty i dwóch dobrych. Dlaczego dwóch – chyba nie muszę mówić. Mimo braku jakiegoś pazura, to cholernie dobry materiał, dla wielu nieosiągalny pułap. Może następnym razem wyjdzie lepiej?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kaliber 44 – Ułamek tarcia

Ulamek_tarcia

Powroty po latach są bardzo niebezpieczne i to dotyczy zarówno muzyki, kina, teatru czy malarstwa. Zwłaszcza, jeśli trwają one więcej niż pięć lat. Kaliber 44 w latach 90-tych był legendą polskiego rapu, co było pośrednio zasługą Magika, ale Abradab, Joka i DJ Fell-X. Od ostatniego albumu minęło 16 lat, więc byłem bardzo sceptyczny, co do powrotu tego składu. Wzmogły się moje wątpliwości, odkąd odszedł DJ Feel-X.

Produkcją „Ułamka tarcia” (tak na początku swojej drogi nazywał się Kaliber) zajął się więc sam Abradab i jest to bardzo oldskulowe wydawnictwo. Słychać to już w „Intrze”, gdzie do dźwięku muzyki granej z kasety, pojawia się zapalanie fajki i zapętlonego głosu, który płynnie przechodzi we „Fresh”. Skrecze, surowa perkusja, delikatna elektronika niczym z lat 90., skity – to na pewno nowy materiał? Absolutnie tak i nie chodzi tu tylko o datę realizacji. Nie ma tutaj serwowania hasztagów, rzucania współczesnych skojarzeń, ale podglądanie rzeczywistości i rzucanie odniesieniami do poprzednich dokonań (singlowe „Nieodwracalne zmiany”) oraz zniekształcenia głosu (mroczny „Pewniak”), zmieszane z zabawami (lekko orientalny „Kung Fu”). Ziomki nie udają, że są jedynymi, prawdziwymi raperami, za co duży plus, podobnie jak za brak moralizatorstwa.

Joka, który powraca na scenę (w międzyczasie pracował jako taksówkarz) i chociaż jego flow sprawia wrażenie stojącego w miejscu, to jednak dobrze współgra z resztą brzmienia. Za to Abradab płynie po bicie jak ryba w wodzie, mając kilka trafnych fraz (lekko nostalgiczna „Historia”) nawijając o powrocie, przeszłości, miłości, robiąc to z humorem („Nie będzie też o kasce/O pieniądzach się nie mówi między gentelmenelami” czy ironiczny „Superstary”). Nie zawodzą też gościnnie pojawiający się Gutek, Grubson i Rahim.

„Ułamek tarcia” okazuje się zaskakująco dobrym materiałem i powrotem godnym legendy. Mimo surowego, klasycznego stylu, jest to interesująca propozycja ze świetną nawijką i ciągle świeżymi pomysłami. Ciekawe, czy na następny album też trzeba będzie czekać 16 lat.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pawbeats – Pawbeats Orchestra

635840642157582976

Marcin Pawłowski znany bardziej jako Pawbeats to jeden z ciekawszych producentów sceny hip-hopowej. Po solowym albumie „Utopia”, postanowił ponownie zaatakować i połączyć ziomalską nawijkę z żywym, orkiestrowym brzmieniem. W końcu nie takie rzeczy się działy.

Same kompozycje to coś, co powinni znać fani „Utopii”, czyli wszystko ubarwione jest orientalnymi wstawkami, jak w natchnionej „Marana tha” czy tajemniczy „Afekt” z plumkającymi smyczkami oraz „pobrudzoną” elektroniką. Nie boi się też skrętów w elektronikę (szybka perkusja w „Aniołach i demonach”), a nawet mocnej inspiracji Goranem Bregoviciem (kapitalna „Stójka czy parter”). Pawbeats ciągle zaskakuje i próbuje skręcać w nieoczywiste kierunki, jak w „Sign” z gitarowym tłem, tworząc bardzo przyjemną pościelówę, mroczniejszą „Amnezją” opartej na nisko grającym fortepianie czy pełną smyczków w tle „Monotonii”. Także pulsująca elektronika w „Teraz” potrafi porazić.

Pawbeats robi swoje, a kolaż elektroniki z żywymi instrumentami sprawdza się naprawdę dobrze. Ale sprawa gości jest dość mniej jednoznaczna w ocenie. Nie zawodzą Dwa Sławy, podchodząc do swojej roboty z dużym dystansem oraz bardziej jajcarską nawijką w całym zestawie, podobnie Tau, KęKę czy Justyna Steczkowska. Ale żeby nie było słodko pojawiło się rozczarowanie w postaci Sarcasta czy nadekspresyjnego Kartky, który mnie irytował.

Niemniej „Pawbeats Orchestra” to interesujący i zaskakujący ziomalski projekt tego roku, który sprawdza się dobrze. Czekam na kolejny ruch Pawbeatsa.

7/10

Radosław Ostrowski

Filipek – Beletrystyka

Beletrystyka

Młody obiecujący raper znany ze sztuki freestyle’u, tym razem postanowił wydać pierwszy legal. Wspierany przez różnych producentów (m.in. Grejtu, Kamska i Lanek) nagrał „Beletrystykę”, która pokazuje spory potencjał tkwiący w tym chłopaku.

Krótkie „Intro” zawiera wplecione fragmenty freestyle’u oraz brawa publiczności, potwierdzające zwycięstwo Filipka (oraz pstryknięcia). A każdy utwór to inna historia, gdzie mówi zarówno o sobie, rzuca aluzje do Harry’ego Pottera („Harry Potter flow” z mrocznymi skrzypcami w refrenie). Podkłady są miksem cykaczy oraz elektroniki („Metionina”), nie pozbawionej mroku (tykający wstęp w „Faktorum” czy przerobiona wokaliza w „Dawaj Filip”), ale też i pewnej nadziei (pianistyczny „Wszystko zostaje na kliszach”) oraz eksperymentowania (zapętlona perkusja oraz przerobione głosy w „Ćmie barowej” czy imitacja gitary elektrycznej w „Lucky Loser” oraz „Młodzi, piękni i ambitni” czy „zapożyczeniem” gitarowego riffu od zespołu happysad w „Widziany oczami ślepych uliczek”). Jednak brzmieniowo to oldschool w najczystszym wydaniu, co nie jest w żadnym przypadku wadą.

Sam Filipek ma dobrą nawijkę, zgrabnie wplatając różne skojarzenia i aluzje („Chciałeś mnie na takich bitach, więc dawaj fejm/Bo nie może handlować z tym nawet Kazimierz Greń” czy „Chce dupek jak Hefner, ziomków z Gomorry i hajsu jak Gazprom”), bawi się metaforami oraz trafną obserwacją („To tylko my ,to pokolenie co nie szanuje niczego dłużej/A wszystkich nas łączy, ziomeczku, jedno – wychowani na Tabaludze”) współczesnego, pustego świata skupionego na pieniądzu. Braggowania też nie zabrakło, jednak jest to na poziomie. Sam głos oraz warsztat jest zdecydowanie na plus, zwłaszcza, że wszystko jest wyraźnie powiedziane.

Filipek wychodzi z podziemia i pokazuje, że absolutnie jest on wart uwagi. „Beletrystyka” to zdecydowanie ciekawy debiut ziomalskiej sceny, do której czasami wchodzę. Mocny arsenał rapu.

8/10

Radosław Ostrowski