Taco Hemingway – Umowa o dzieło

Umowa_o_dzielo

Po bardzo dobrze przyjętym debiucie młody chłopak o bardzo fajnej ksywie wydał swoją drugą EP-kę, tym razem pod szyldem Asfalt Records. Nadal w spółce z producentem Rumakiem serwuje swoją „Umowę o dzieło”. Utworów jest niewiele, ale znowu ilość idzie w jakość.

W porównaniu z debiutem, nie jest to concept album o trójce ludzi, ale nadal opowiada o Warszawie. Dźwiękowo nadal mamy zbitki fragmentów filmów czy kronik wplecione w proste, jednak interesujące podkłady. Zaczyna się od łagodnych dźwięków perkusyjno-klawiszowych z lat 70. („Od zera”) i na nich się skończy („100 km/h”), a w openerze powoli poznajemy o czym opowiadać będzie. Dalej będzie różnorodnie: od surowych uderzeń perkusji, okraszonych mandoliną („A mówiłem ci”), by gwałtownie zwolnić, dziwacznie przerobionymi głosami w tle (klaskana „Następna stacja”), przerobionymi prawie jak skrzypce zapętleniem („6 zer”), delikatnymi klawiszami („+4822”), skrętem w Orient („Avizo”) i pokręconym „skocznym” bitem („Białkozercy”).

Jeśli chodzi o nawijkę i flow, to jest ono bardzo dobre, chociaż Taco rezygnuje z hasztagów, rzadko używa przyspieszeń, tylko stara się podpatrzeć życie w Warszawie, gdzie nie brakuje miejsca na bójki, wielkie ambicje zderzone z rzeczywistością, pędem oraz bardzo barwnymi metaforami oraz frazami („Ale zapamiętaj: życie to nie „Ale Kino”/Smak naszego życia to wygazowane piwo” i „Wyrastają guzy niby Karkonosze” czy refren „Białkożerców” zaczynający się wersem: ” Ile w kokainie błonnika? Uhm… Zero gram”), ale jest tego znacznie, znacznie więcej.

Drugi album rzeczywiście jest lepszy od debiutu i pokazuje, że EP-ka potrafi być lepsza od longplaya. I nie mam poczucia niedosytu, a co najważniejsze – ziomal nie zgubił swojego talentu. Warto uważnie obserwować tego chłopaka.

8/10

Radosław Ostrowski

Taco Hemingway – Trójkąt warszawski

Trojkat_warszawski

Kolejny młody i zdolny raper, który chce się przebić do pierwszej ligi. Zanim jednak opowiem o jego nowy dziele, cofnijmy się rok wstecz. Wtedy to Filip Szcześniak, próbował nawijać po angielsku, ale zrozumiał, iż w Polsce dobrze to wychodzi po polsku. Tak narodził się Taco Hemingway, którego wsparł producent Maciej „Rumak” Ruszecki i wtedy wydał swoją pierwszą EP-kę.

„Trójkat warszawski” to concept-album opowiadający o trójce młodych ludzi oraz ich życiu w Warszawie. Początek to wysamplowana mieszanka jazzu oraz wypowiedzi archiwalnych, które przechodzą w prosty, niemal „katarynkowy” bit oraz nieprzyjemny bas. A dalej jest ciekawiej. Niby przebojowy „Marsz, marsz” z przestrzennymi dźwiękami elektronicznymi (pachnącym grami komputerowymi z lat 80.) oraz dziwacznej wokalizie i „strzałami”. Bardziej surowy jest „Wszystko jedno”, gdzie w refrenie szaleje perkusja.

Mroczniej robi się w „Trójkącie”, gdzie znów elektronika i minimalistyczna perkusja tworzą kosmiczny klimat. Odskocznią jest pachnący jazzem „(przerywnik)” z ładnymi klawiszami. Mocniejsze uderzenie „Mięsa” (perkusja) to powrót do mrocznego klimatu (flety) i dostajemy nieznośne dźwięki saksofonu i w podobnym tonie kończy całość „900729”.

W tekstach Taco opowiada o Warszawie – zapędzonej, pełnej hedonizmu, obrywa się też PZPN. Sama technika nawijki może wydawać się lekko monotonna, a teksty mniej błyskotliwe niż Quebonafide’a czy Rasmentalismu, ale nie brakuje trafnej obserwacji. I dlatego ta EP-ka prezentuje dobry poziom.

7/10

Radosław Ostrowski

Tede – Vanillahajs

Vanillahajs

Jacek Graniecki ksywa Tede to jedna z barwniejszych postaci polskiej sceny hip-hopowej. Weteran działający grubo ponad 20 lat z rozbrajającą regularnością serwuje swoje nowe wydawnictwa realizowane we współpracy z Sir Michem. Po „kurcie_rolsonie” przyszła pora na „Vanillahajs”.

I tak jak na poprzednich albumach, Tede idzie z bitem bardziej współczesnym, pełnym elektronicznych wstawek oraz funkowego sznytu („Vanillaice”), który znamy już przy wcześniejszych płytach. I o dziwo, to właśnie podkład jest najmocniejszą strona tej płyty. Bywa czasami ciepło i bajerancko („Tederminacja” z orkiestrowo-funkowym wstępem), przebojowo (minimalistyczna „Iza Luiza” ze strzałami oraz orientalnymi klawiszami), ale w przeciwieństwie do poprzednich nie jest tak przeładowany. Najbardziej to widać w „Forever ja” (strzelająca perkusja oraz gitara elektryczna), ale nie zabrakło też wtop (cmentarny „Polonez trapez” czy „Michael Kors”), a pojawiający się też audiotune potrafi zirytować („#Hot16Challenge”).

Sir Michu potrafi wspiąć się na wyżyny („Martwe ziomki”), czego nie można powiedzieć o Tedem, który zwyczajnie przynudza.  Nie chodzi tutaj o technikę oraz momenty, gdy po prostu drze się i próbuje śpiewać (refren „Wyje wyje bane” będzie mnie prześladował), ale niemal ciągle opowiada o tym samym (infamia, rap-gra, sława i braggowanie). Wyjątkami od tej reguły są pastiszowa „Pażałsta” (o Putinie), „Świat jest piękniejszy” (gościnnie Te-Tris) oraz funkowa „Ostatnia noc”.

Tym razem pan Tedeusz zaczyna zniżać formę i powoli zmierza do miejsca, w którym już był – w krainie zapomnienia oraz zjadania swojego ogona. Czy to chwilowy stan, przekonamy się pewnie za rok, ale nie wygląda to dobrze.

6/10

Radosław Ostrowski

Sokół, Hades, Sampler Orchestra – Rózewicz – Interpretacje

Rozewicz__Interpretacje

Rap może kojarzyć się z wieloma rzeczami, ale nie z poezją śpiewaną. Powód jest dość oczywisty, a nawet dwa. Po pierwsze, rap to (przynajmniej w Polsce) własne teksty. Po drugie, to melorecytacja, więc o śpiewaniu należy zapomnieć. Dwóch ziomali postanowiło zmienić zdanie i obydwu przedstawiać nie trzeba – Sokoła i Hadesa. Wsparci przez duet producentów znanych jako Sampler Orchestra (Staszek Koźlik i Paweł Moszyński) zmierzyli się z poezją Tadeusza Różewicza.

Jednak pojawiły się pewne wątpliwości. Po pierwsze, płyta powstała na zlecenie Narodowego Centrum Kultury, co mogłoby sprawiać charakter akademii na cześć zmarłego w zeszłym roku poety. Po drugie, były już próby przerobienia poezji na rap i kończyły się dość słabo. Jednak nie tym razem.

Plusem jest nie tylko wybór wierszy (zapomnijcie o znanych ze szkoły utworach jak „Ocalony”), co jest wielką zaletą. Bity dość proste i oszczędne, jednak budujące nastrój niepokoju tak mocno obecny w wierszach Różewicza. Nakładające się wejścia („Wicher dobijał się do okien”), dźwięk gramofonowej płyty oraz jazzujący bas („Możliwe”), surowa elektronika („Moje ciało”), delikatny flet (oniryczne „Nie śmiem”) czy pomruki („Bez”). Minimalizm tutaj sprawdza się bez problemowo, pozwalając wsłuchać się w teksty podsumowujące XX wiek.

Sokół i Hades nie nawijają razem, tylko na przemian. Melorecytacja tutaj ma siłę ognia, dopełniając czasów mroku, samotności oraz upodlenia człowieka. Wielu może zaskoczyć krótki czas trwania (sporo utworów oscylujących w okolicy dwóch minut), jednak pokazuje to tylko, że nie trzeba wielu słów, by przekazać mocną i ważką treść.

Muszę przyznać, że to (obok projektu Albo Inaczej) największa niespodzianka tego roku, jeśli chodzi o rap. I potwierdzenie tezy, ze poezję można przedstawić w każdym gatunku muzycznym.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

VNM – Klaud N9JN

Klaud_N9JN

Podziwiałem tego zdolnego chłopaka z Elbląga od czasu jego legalnego debiutu. Ostatnio jednak była obniżka formy („Pro Pejn”), ale po dwóch latach przerwy Tomasz Lewandowski zwany VNM postanowił przypomnieć o sobie. Pytanie czy warto na niego czekać?

Wsparli go niezawodni producenci jak SoDrumatic, z którym współpracuje najdłużej, a także Sherlock, Du:it, Deemz, BeMelo, 7inch, DrySkul i Czarny z HiFi Bandy. Sporo tu nazwisk, ale razem z nimi jest więcej niż solidna jakość, bo klimat jest bardzo spójny. Nie brakuje tutaj zarówno cykaczy, rytmicznej perkusji (dynamiczny „HopeUKnow”) oraz bardzo łagodnego i lirycznego fortepianu. Niby nic nowego, ale to spokojniejsze brzmienie nie działa aż tak monotonnie, gdyż jeszcze pojawiają się elektroniczne bajery („Chcę to wiedzieć” czy pulsujący „Barman”) oraz wplecione fragmenty wypowiedzi („Izolacja” czy „Zagłusz mnie”).

Sama nawijka VNM-a jest na dobrym poziomie, gdzie nie brakuje zarówno braggowania (w niewielkich ilościach), jednak bardziej skupia się na słodko-gorzkiej obserwacji rzeczywistości oraz jak trudnym jest życie rapera. Troszkę słabsze są próby śpiewania przez samego rapera, na szczęście jednak zaprosił zawodowe śpiewaczki: Sylwię Dynek z chóru Sound’n’Grace, Annę Karwan, Kamilę Bagnowską oraz Klaudię Szafranską z duetu Xxanaxx (jeśli nie słyszeliście „Systemu interwałów” z ostatniej płyty Rasmentalismu, to powinniście nadrobić).

Jest dobrze, ale na razie dla mnie najlepszą płytą VNM-a pozostaje „Etenszyn: Drims Kamyn Tru”. Niemniej widać, że sama nawijka i warsztat ziomka z Elbląga jest na lepszym poziomie. Wersja deluxe zawiera jeszcze dwa dodatkowe utwory, które są równie dobre jak całość.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Eskaubei & Tomek Nowak Quartet – Będzie dobrze

Bedzie_Dobrze

Eksperymenty hip-hopu z jazzem nie są niczym nowym przynajmniej od czasów płyt OSTR-a. Ale chyba od dawno nie doszło do aż tak bliskiej kooperacji – efektem jest płyta nagrana przez rapera Eskaubei oraz kwintet jazzowy Tomka Nowaka.

Wydawałoby się, ze takie połączenie nie ma sensu, ale rap grany na żywych instrumentach od lat jest coraz bardziej modny. Już otwierające całość „Vice” wytrąca z równowagi – skrecze przeplatają się z żywym instrumentarium (błyszczy tutaj świetne solo trąbki oraz eleganckie klawisze). Każdy z muzyków jest doświadczonym graczem, który współpracował m.in. ze Zbigniewem Namysłowskim, Leszkiem Możdżerem czy Jarosławem Śmietaną. Efekt? Muzyka idzie na wysokim poziomie, płynnie przechodząc od instrumentu do instrumentu, sprawiając wrażenie improwizacji i przypominając troszkę… The Roots. Kiedy już myślisz, że utwór się kończy pojawia się następna zwrotka albo wchodzi kolejny instrument.

Nie brakuje zadziorności („Nic nowego” z orientalnie brzmiącymi instrumentami po refrenie), dynamiki (tytułowy utwór czy „Krok w przód” ze świetnym gitarowym solo Roberta Cichego) oraz elegancji (lekko soulowy „Spotkajmy się” z gościnnym udziałem Lilu), co tworzy bardzo lightową i przyjemną muzykę (nawet mroczne „Chłód Vs. Ciepło” nie wyrywa się z tego schematu).

A i sam rapujący gospodarz jest w dobrej formie i opowiada o prostych rzeczach – życiu, muzyce, przyjemnościach i optymizmie, ale także o niepewności siebie („Miles gra…”).

Projekt ten został zrealizowany także dzięki wsparciu crowfindingu, co pokazuje, ze jest zapotrzebowanie na taką muzykę. Nie wiem jednak czy ziomale z osiedla będą chcieli posłuchać „Będzie dobrze”. Jeśli nie, to powinni tego żałować.

8/10

Radosław Ostrowski

Trzeci Wymiar – Odmienne stany świadomości

Odmienny_stan_swiadomosci

Wałbrzychski Trzeci Wymiar to jeden z najciekawszych składów hip-hopowych od lat uwielbiających mroczne klimaty. Wsparty przez niezawodnego producenta Dj Creona, powraca po trzech latach przerwy z nowym materiałem.

Szad, Nullo i Pork zapraszają do świata pełnego mroku i brudu, do którego nie chcielibyście trafić. I całość jest zrealizowana w bardziej staroświecki sposób – sample, perkusyjny bit, skrecze i ponura elektronika. A jednak brzmi to zaskakująco świeżo i spójnie. I to już mocne „Intro” zapowiada co będzie – tłum krzyczący tytuł utwory, mocna perkusja i skrecze. A tytułowy utwór już mówi wiele – przejmujące (i zapętlone) solo skrzypiec, funkowa gitara elektryczna i ciężki fortepian. Dziwaczny elektroniczny wstęp i śmiechy w refrenie „Kurwidoła”, skreczowate i z hard rockowymi gitarami „Zdejmij to” (nie powstydziłoby się tego Limp Bizkit), pulsujące dźwięki klawiszy w „Uważaj, czego sobie życzysz” – to tylko jednak niewiele z atrakcji. Po drodze dostaniemy m.in. dubstep („Paranoje”), reggae („Zbyt szybko”) czy jazz („Murmurando”), a słucha się tego z wielką przyjemnością.

Nawijka tria jest zabójcza, nie brakuje metafor („Zrzuciłem bombę z precyzją Stukasa”), trafnych obserwacji i tempa. A o czym mówią? O nadwadze, obłędzie, wierności swoim zasadom, bezradności, zezwierzęceniu ludzi i mentalności Polaków.

Trzeci Wymiar ma wyrobiony styl, który fanom przypadnie do gustu. Nadal trzymają fason, mimo pewnej monotonii tematycznej, nie przynudzają i nadal mają wiele do powiedzenia.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Syny – Orient

Orient

Wydaje się, że osiedlowy rap to przeżytek od dawna należący do lamusa. Jednak pojawiło się dwóch takich kolesi – niejacy Piernikowski i Etamski. Działali od wielu lat, ale dopiero teraz postanowili zadziałać razem jako Syny.

I czy można coś ciekawego jeszcze w tej materii opowiedzieć? O dziwo tak, chociaż jest to stylizacja na osiedlowy rap. Stąd są tu niepoprawne zwroty („włanczaj!”) i czasami dziwna fleksja („z sednem mam tyle wspólnego, że się ocieram o niego”) i bluzgi w ilościach hurtowych. Do tego bity brzmiące bardzo staroświecko, pełne elektroniki i surowości, bo jeszcze słychać płytę gramofonową, a także pojawiają się krótkie utwory instrumentalne. Prostota tutaj jest największa siłą „Orientu”, a staroświeckość bitów jest tutaj zaskakująco świeża.

Podobnie z nawijką obydwu Synów, gdzie mówią o prostych sprawach – hipokryzji środowiska, nostalgii za dawnymi czasami oraz wytłumaczenie na czym polega życie osiedlowe. Piernikowski nawija dość powoli, nie bawi się w jakieś skomplikowane metafory (aczkolwiek nie brakuje poważnych fraz jak: „radio mówiło, że zatonął dziś statek / morze będzie głębsze od samotnych matek / łez”).

Ziomki stosując stylizację na osiedlowy rap, są w tym bardzo wiarygodni, co wydawałoby się niemożliwym. Trzeba się orientować w temacie i mieć zawsze głowę dookoła. Dziwaczny hołd dla osiedlowych nawijek, które może warsztatowo nie były doskonałe, ale raperzy robili to z pasją oraz zaangażowaniem. Jedyną rzeczą, która mi przeszkadzała to krótkie instrumentalne kompozycje, sprawiające wrażenie przepychaczy. Ale i tak jestem ciekaw, co zrobią tym razem Syny.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kendrick Lamar – To Pimp a Butterfly

To_Pimp_a_Butterfly

Kendrick uważany jest za jednego z najciekawszych amerykańskich raperów. Przy swoim trzecim albumie wspieranym przez sztab producentów pod wodzą Dr Dre i Anthony’ego „Top Dawga” Tiffitha, postanowił opowiedzieć o historii swoich ziomków.

Efektem jest jedna z najlepszych hip-hopowych płyt, jakie kiedykolwiek wpadły w moje ręce. Zarówno bity, jak i produkcja jest po prostu mistrzowska. Słychać to już w pulsującym „Wesley’s Theory”, zaczynającym się od grania z gramofonu, a następnie przejmują muzykę żywe instrumenty – rytmiczna perkusja, łagodne klawisze i bas z przeplatanką dźwięków. Jazzowe „For Free?”(świetny saksofon oraz wplecione głosy Anny Wise oraz Darlene Tibbs) łagodzą ton działając na kontraście z tekstem. Surowsze, chociaż też przebojowe jest „King Kunita” (tytuł wzięty od bohatera serialu „Korzenie”), gdzie pod koniec mamy staroświecki riff. „Institutionalized” zaczyna się od powolnego, ale rytmicznego uderzania perkusji oraz przestrzennej elektroniki z żeńska nawijką, by stać się surowszy (zum, zum, zum, zum oraz klarnet). Soulowy „These Walls” zaczyna się od mocnych ciosów fortepianu oraz przemielonej elektroniki, by potem złagodzić to eleganckimi chórkami i funkową gitarą. „u” jest mroczniejszy i zaczyna się od krzyków, by zwolnić tempo (saksofon w tle), konstrastując z ekspresyjną nawijką Kendricka. Jednak największe wrażenie robi ponad 10-minutowy „Mortal Man” (fikcyjna rozmowa Kendricka z 2Pac).

Sama nawijka Kendricka jest po prostu świetna – zarówno pod względem techniki (przyspieszenia) jak i słów. Mamy tu przeszłość i teraźniejszość czarnej Ameryki – upokorzenia, rasizm, nietolerancja czy poczucie opuszczenia, ale to tylko jedna z warstw, pozostałych powinniście sami poszukać. W dodatku raper zaprosił masę gości, którzy go nie zgasili, m.in.:  Bilal, Anna Wise, Thundercat, James Fauntelroy, Pharrell Williams, Flying Lotus, LoveDragon, Terrace Martin, Taz Arnold czy Dr Dre.

Nie będę kłamał mówiąc, że nowy album Lamara jest kompletną niespodzianką i wielkim wydarzeniem na ziomalskim podwórku. Tak złożonej zarówno muzycznie jak i tekstowo produkcji dawno nie było. No i nie będzie, raczej.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


 

Gang Albanii – Królowie życia

Krolowie_zycia

Supergrupa to jak wiemy zespół, w którym biorą udział doświadczeni członkowie, działając razem i – zazwyczaj – wymyślając nową jakość. W rapie takim składem był Zip Skład, ale teraz pojawiła się następna supergrupa. Gang Albanii tworzy – „dwóch chorych MC i chory producent”, czyli Popek, Borixon i Robert M, który przechrzcił się na Rozbójnika Alibabę. Ten dziwaczny skład debiutuje „Królami życia”, którego promujące single na YouTube miały ponad milion wejść.

To jest jeszcze rap czy pop? Podkład nie daje jednoznacznych odpowiedzi, nafaszerowana elektroniką, cykaczami, które imitują „etniczną” stylistykę. Wiadomo – przecież to rodowici Albańczycy, a nie jacyś podrabiańcy 🙂 Każdy z ferajny mówiąc wprost – zgrywa hustlera i twardziela, ale też mają swoje zasady wobec kobiet („Dla prawdziwych dam” i „Klub Go Go”). Proste podkłady w połączeniu z nie do końca poważnymi tekstami, odgłosami strzałów („Napad na bank”) oraz odniesieniami do Albanii („Albański raj”), a najlepiej bawi się w tym wszystkim Popek próbujący nawet śpiewać w refrenach. W zasadzie wyróżnianie poszczególnych utworów mija się z celem, bo jest to spójny stylistycznie żart. I tak to należy odbierać. A resztą, po przesłuchaniu tego fragmentu poniżej wyrobicie sobie sami zdanie:

Radosław Ostrowski