Fahrenheit 451

Kolejne podejście do powieści Raya Bradbury’ego, tym razem dokonane przez stację HBO. Czyli świat, w którym książki w formie papierowej są zakazane (poza trzema tytułami), a strażacy wywołują pożary. Ale tym razem Guy Montag jest samotnikiem, mieszkającym w domu, pracującym 16 lat w straży (tak jak jego ojciec) kierowany przez kapitana Beatty’ego. Cały świat jest podłączony do Internetu, nazywanego tutaj Dziewiątką, który obserwuje wszystko i wszystkich, umieszczając obrazy wszędzie – na ścianach, w szybach, jednak ci poza systemem (mątwy) ukrywają się wśród ludzi, czytając książki i próbując je zachować.

fahrenheit_451_20181

Reżyser Ramin Bahrani uwspółcześnia powieść Bradbury’ego, czerpiąc garściami z innych klasyków kina oraz literatury SF. Bo nie brakuje neonowych bajerów z „Blade Runnera”, inwigilacji znanej z „Roku 1984” (kamery, drony) i tutaj bardziej czuć bezwzględne działanie systemu. Tu nie brakuje klimatu zagrożenia, momentów niepewności, ale też czegoś, co nawet mnie zaskoczyło. Pewien dość prosty podział na dobrych i złych: dobrzy to mątwy, źli to strażacy. I jeszcze jedno: reżyser zamiast dylematów na temat sztuki, pokazania antyutopijnej wizji świata, gdzie doszło do poważnej modyfikacji historii świata (po II wojnie secesyjnej), skupia się na samej akcji. Sceny palenia książek robią niesamowite wrażenie (zwłaszcza ta w domu starszej pani, która się podpala), stonowana kolorystyka dodaje poczucie niepokoju, tak samo jak oszczędna muzyka. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia pewnej płytkości tematu (książki czynią ludzi nieszczęśliwymi i by uniknąć ataków pewnych grup społecznych są niszczone), zaś finał nie dał mi zbyt wiele satysfakcji. Nawet przemiana głównego bohatera wydaje się – tak jak w wersji Truffauta – zbyt mechaniczna, nie przekonująca. Aczkolwiek wplecenie scen retrospekcji oraz sposobu „czyszczenia” pamięci za pomocą… kropel do oczu jest pewną zaletą. Jest kilka ciekawych pomysłów (świetna czołówka z płonącymi książkami czy sceny szkoleń), ale miejscami zbyt galopuje.

fahrenheit_451_20182

Jeśli coś broni i przykuwa uwagę, to chemia między głównymi bohaterami granymi przez Michaela B. Jordana oraz Michaela Shannona. Ten pierwszy w roli Montaga radzi sobie całkiem nieźle w roli protagonisty, który zaczyna mieć wątpliwości, ale bardziej interesował mnie ten drugi. Shannon zawsze sprawdza się w rolach mrocznych postaci, chociaż Betty nie boi się manipulować (kiedy zmusza Montaga do przeczytania książki na głos), jednak wydaje się być kimś więcej niż narzędziem systemu. Relacja tych dwóch postaci przypomina uczeń-mistrz, ale także niby ojciec-niby syn, elektryzując także w finale.

Ta ekranizacja wydaje mi się na podobnym poziomie, co wersja Truffauta, która też nie była do końca udana. Na pewno przemawia współczesnym językiem, czerpiąc z bardziej znanych dzieł SF, ale jednocześnie wydaje się pozbawiona własnej tożsamości, co działa bardzo negatywnie. Można obejrzeć, jednak lepiej sięgnąć po pierwowzór literacki.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Fahrenheit 451

Był taki czas w literaturze, kiedy sporą popularnością cieszyły się powieści SF, będące wszelkiego rodzaju antyutopiami. Były to światy, który – pozornie szczęśliwe – reprezentowały najciemniejszy ustrój państwowy, jaki kiedykolwiek powstał: państwo policyjne, totalitarne, jakie znamy z nazistowskich Niemiec, faszystowskich Włoch czy komunistycznego ZSRR. „Nowy, wspaniały świat”, „Opowieść podręcznej” czy nieśmiertelny „Rok 1984” to najbardziej znane przykłady mrocznych wizji przyszłości. W ten nurt wpisało się także „Fahrenheit 451” Raya Bradbury’ego, które już parę lat po premierze zostało zekranizowane przez Francoisa Truffauta w 1966 roku.

fahrenheit_451_1

Wyobraźcie sobie świat, gdzie niemal każdy mieszkaniec mieszka w domu z ognioodpornych materiałów, a w każdym jest telewizor. W telewizji leci m.in. interaktywny program, gdzie na pewne pytania odpowiada się w trakcie. Jeśli jesteś smutny, wystarczy wziąć pigułkę. A książka? Ten towar jest zakazany. Dlaczego? bo zmusza do myślenia, bo tworzy fikcyjny świat i sprawia, że ludzie nie są równi. A takie jest założenie tego nowego świata. Jeśli jakaś książka się znajdzie, zostanie zniszczona przez… strażaków. Takich jak Montag, którzy wykonują polecenia bez szemrania, żyją z żonami w swoich pięknych domach. Wszystko jednak zmienia rozmowa z pewną kobietą, która zadaje jedno proste pytanie: czy czyta pan książki, które pali? Ciekawość zmusza strażaka do zrobienia czegoś, co żaden przedstawiciel tej profesji nie zrobił.

fahrenheit_451_2

Sama koncepcja świata, gdzie książki są uważane za źródło nieszczęście (szczęściem jest telewizja, praca, kariera), zaś ludzie są pozbawionymi głębszych emocji robotami, był więcej niż intrygujący (nawet jeśli brzmi znajomo: patrz „Equilibrium”). Dla mnie problemem jest fakt, że całe to państwo totalitarne nie wywoływało we mnie przerażenia. Niby strażacy sprawdzają ludzi na placu zabaw, po okolicy jedzie patrol, skutecznie działa propaganda, zaś sami strażacy także mają latające pojazdy, tylko nie wywołuje to we mnie żadnego zaangażowania. Szczegóły tego świata są bardzo skąpe, wręcz mętne – niby jest policja, skrzynki na donosy, ale też działający poza miastem „ludzkie książki”, które bardzo łatwo by było wykryć i zniszczyć. Tak się jednak nie dzieje, bo… bo tak? Również sami strażacy wydają się bardzo pobłażliwi wobec Montaga i jego dziwnych zachowań (już po przeczytaniu książek czy gdy jeden z kolegów widzi go z kobietą, a potem dowiaduje się od kapitana, że Montag jest chory w domu i… nie robi nic). Niby jest stosowany terror (sceny palenia książek czy samobójstwo pani posiadającej ogromny zbiór książek w domu), ale bardziej reżyser skupia się na samej egzystencji w wypranym z emocji świecie. Płytkość tych ludzi jest spotęgowana w scenie, gdy Montag zaczyna czytać (na głos) przyjaciółkom żony, zaproszonym do domu. Także i sama przemiana naszego bohatera wydaje się być poprowadzona dość szybko, ale i bardzo płytko. Montag nie zmienia się w herosa, ale wywołane wątpliwości czynią z niego człowieka, dodają pewnych kolorów do jego świata i sprawiają (przynajmniej reżyser tak zakłada), iż dostrzega szarość swojego życia.

fahrenheit_451_3

Pod względem realizacji jest kilka ciekawych pomysłów jak nieszablonowa czołówka, gdzie lektor czyta czołówkę, zaś w tle mamy anteny telewizyjne czy montaż w trakcie ostrzeżenia, gdzie sylwetka człowieka ulega powiększeniu. Z jednej strony mamy typowe blokowiska, z drugiej lokum Montaga to dziwaczna mieszanka niby futuryzmu (telewizor, wygląd kuchni czy łazienka) z przeszłością (XIX-wieczne telefony), co wywołuje lekką schizofrenię. Także wygląd wozu strażackiego jest dość ciekawy, a jedynym mocnym punktem filmu pozostaje muzyka Bernarda Herrmanna, idealnie scalając się z filmowymi wydarzeniami, dodając troszkę emocji.

Aktorstwo trudno mi jednoznacznie ocenić, bo same dialogi miejscami brzmią bardzo sztucznie, bardziej deklaratywnie. Sam Oskar Werner jako Montag jest dziwnie wycofany i bardzo empatyczny, jednak jego przemiana dopiero od momentu samobójstwa zaczyna nabierać sensu, jednak sam aktor nie wywołuje sympatii ani nici porozumienia ze mną. Za to nie do końca rozumiem obsadzenia Julie Christie zarówno w roli znużonej żony Montaga, jak i Clarisse, która wywraca życie naszego protagonisty do góry nogami, choć sama aktorka jest najlepsza z całej ekipy. O co tutaj chodzi?

Truffaut mierzył się z gatunkiem, nie mając kompletnie doświadczenia i chociaż doceniam samą koncepcję oraz przesłanie, sam film bardzo brzydko się zestarzał. Jest wiele dziur logicznych, fabuła jest bardzo szczątkowa, a wizja świata (jak na antyutopię) niezbyt mroczna i nie przeraża tak, jak by mogła to zrobić. Szkoda, szkoda, szkoda, bo są tutaj przebłyski czegoś wielkiego.

6/10

Radosław Ostrowski