Ringo Starr – Give More Love

RSGiveMoreLove

Od tego tygodnia Ringo Starr nosi tytuł szlachecki, co patrząc na jego dorobek nie jest zaskakujące. Ale jest to na tyle dobry pretekst, by posłuchać osttniego wydawnictwa perkusisty The Beatles, którego wsparł stary znajomy – Dave Stewart. Ringo pozapraszał jeszcze paru gości oraz kumpli, z którymi grywał i tak powstało “Give More Love”. Mieszanka pop-rockowych numerów, ale czy dobra?

Początek to “We’re On The Road Again” – dynamiczne, energetyczne, wręcz lekko bluesowe ze świetnymi riffami Steve’a Lukathera oraz bardzo nośnym refrenem. Po takim pazurze wchodzi spokojniejsze, bardziej taneczne “Laughable”, gdzie najważniejsze są riffy Petera Framptona (z czasem pędzące niczym skoczek narciarski na belce) oraz klawisze, by wejść w bardziej melancholijny “Show Me the Way”, przypominający klimatem utwory z lat 70. czy rozpędone w refrenie bluesisko “Speed of Sound”. Wszystko zaczyna się sypać przy “Standing Still”, próbującym wejść w buty country, gdzie broni się tylko solówki gitary akustycznej, a reagge’owe “King of the Diamond” wpada całkiem nieźle, poza cytowaniem “One Love” Boba Marleya. Trudno przejść przy “Electricity” do refrenu, gdzie wokal Starra zostaje mocno podrasowany cyfrowo, co psuje efekt. Podobnie jest ze smęcącym country “So Wrong For So Long”.

Sam Starr ma przerobiony wokal, by brzmiał bardziej czysto, co jest już obecne od co najmniej dwóch ostatnich płyt. Nadal jednak nie wywołuje to tak wielkiej irytacji, jakiej moglibyśmy się spodziewać. Skręty w inne gatunki nie zawsze satysfakcjonują, a w wersji deluxe są jeszcze dwie nowe wersje utworów, w których Starr macza palce (tak słabe, że warto ich wspominać). Jest całkiem nieźle, czyli tak jak ostatnio. Ma swoje momenty, ale końcówka mocno rozczarowuje.

6/10

Radosław Ostrowski

The Beatles – Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band

Sgt._Pepper%27s_Lonely_Hearts_Club_Band

1 czerwca 1967 roku zdarzyła się rzecz, której fani muzyki rozrywkowej pamiętają. Popularna brytyjska grupa rockowa The Beatles wydała najbardziej psychodeliczny album w swojej karierze, czyli opowieść o Zespole Klubu Samotnych Serc Sierżanta Pieprza”. Z okazji 50-lecia premiery, postanowiono wydać ten album na kompakcie I nie tylko ze zremasterowanym dźwiękiem, ale też dodatkowym materiałem (a nawet trzema, jeśli was na to stać).

Zaczyna się od tytułowego utworu, gdzie mamy szorstkie riffy, szybszą perkusję oraz… reakcję widowni, jakby to był prawdziwy koncert. I nawet podniosłe, wręcz orkiestrowe dęciaki nie zmieniają klimatu, by płynnie przejść do szybkiego walca “With a Little Help from My Friend” (ładny chóralny zaśpiew), spopularyzowane przez Joe Cockera, podczas jego występu na Woodstock. Po nim następuje nieśmiertelne “Lucy in The Sky with Diamonds” z cudownymi klawiszami na początku oraz strasznie nośnym refrenem, gdzie wokale są zgrane z archaiczną elektroniką. Skoczniej i gitarowo jest w bujającym “Getting Better”. Zaskoczeniem są utwory z wpleionymi instrumentami kojarzonymi z muzyką klasyczną jak klawesyn (dworskie “Fixing a Hole”) czy skromne smyczki (walczyk “She’s Leaving”). Kompletnie nieoczyiste w tym zestawieniu jest prawie 5-minutowe “Within You Without You”, gdzie wykorzystano po raz pierwszy sitar oraz bardzo wyluzowany I oparty na klarnetach “When I’m Sixty-Four”.

Takich niespodzianek jest więcej jak choćby pianistyczna “Lovely Rita” czy zaczynający się pianiem koguta energetyczne “Good Morning Good Morning”. Do tego na finał dostajemy reperyzę piosenki z początku oraz bardziej wyciszony “A Day in the Life”, gdzie więcej do powiedzenia ma fortepian oraz zagrana kilka razy orkiestra niczym puszczona od tyłu oraz… zapętlone wypowiedzi ludzi.

Panowie McCartney i Lennon na wokalach są po prostu doskonali. Ich głosy się wspaniale uzupełniają ze sobą, tak samo jak przewijający się w tle Harrison ze Starrem. Właściwie trudno się tu do czegokolwiek przyczepić – dźwięk jest kapitalny i czysty, kompozycje się nie zestarzały. Dodatkowa płyta (akurat ta wersja wpadła mi w ręce) zawiera materiał z realizacji – różne podejścia, inne aranżacje, wersje instrumentalne I rozmowy. To tylko podnosi zainteresowanie tym kapitalnym albumem.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ringo Starr – Postcards from Paradise

Postcards_from_Paradise

Pytanie o to, kim jest Ringo Starr jest dla mnie pytaniem z rodzaju idiotycznych. Perkusista legendarnego zespołu The Beatles po rozpadzie grupy kontynuował karierę solowa z różnym skutkiem, ale zawsze nagrywał albumy na przyzwoitym poziomie (ostatnia „Ringo 2012” z… 2012 roku). i na ten poziom liczyłem przy nowym, 17-tym albumie.

Tym razem udało się ściągnąć znakomitych gości, m.in. gitarzystę Steve’a Lukathera z Toto, Dave’a Stewarta czy Richarda Marxa (kojarzycie taki przebój „Right Here Waiting”? Tak, to on śpiewał). Efektem jest jak zawsze różnorodna brzmieniowo i stylistycznie płyta.  Zaczyna się jak klasyczny rock’n’roll z czasów świetności macierzystej kapeli („Rory and the Hurricanes”), by potem pójść w rejony orientalne (sitar i perkusjonalia w „You Bring the Party Down”), czysto popowe (początek tytułowego utworu) czy reggae („Right Side on the Road”). Aranżacje są różne, tempo też, pojawia się tez nawet melancholia i nostalgia (pianistyczny „Not Looking Back”), ale też i czasami dzika radość (akordeon i trąbki w „Bamboula” czy wyborny saksofon w „Island in the Sun”), ale i tak dominuje tutaj gitara elektryczna.

Mimo różnorodnej stylistyki, całość łączą dwie rzeczy. Po pierwsze, lekkość i luz, po drugie, solidny wokal samego Starra.  Dzięki czemu naprawdę miło i przyjemnie spędzamy czas. Bardzo ładna ta pocztówka od Ringo z raju (gdziekolwiek on się znajduje).

7/10

Radosław Ostrowski


 

The Beatles – On Air – Live at the BBC volume 2

On_Air_Live_at_the_BBC_volume_2

Czy jest ktoś, kto nie słyszał o zespole The Beatles (tzw. Gimbazę nie bierzemy pod uwagę)? Parę lat temu wyszedł podwójny album będący zapisem nagrań zespołu z lat 1961-62. Teraz wychodzi kolejny podwójny album z nagraniami w BBC z lat 1963-64. Piosenki są przeplatane zapowiedziami i rozmowami zespołu z Rodneyem Beckiem i Joe Foltonem z brytyjskiego radia.

A same piosenki grane na żywo (podkreślam to z cała stanowczością) mimo upływu lat brzmią świetnie i może dość prosto, jednak bez ambicji i bezpretensjonalne. Gitary brzmią ładnie, perkusja i bas robią swoje, zaś panowie naprawdę są w formie. Nie brakuje ich własnych piosenek jak i coverów, który jest naprawdę sporo. Delikatne skręty w latynowskie brzmienia („Till There Was You”), country (“Memphis, Tennessee”, “I Got a Woman”), dużo dynamiki („The Hippy Hippy Shake”, „Twist and Shout”, „She Loves You”) oraz spokojniejsze brzmienia („Words of Love”, „Please Mister Postman” czy “I Want to Hold Your Hand”). Proste i krótkie melodie, które nie chcą się zestarzeć. Poza tym ten podwójny album (każda płyta) kończy się wywiadami z członkami zespołu. Rarytas, który jest wart każdych pieniędzy.

8/10

Radosław Ostrowski