Collage – Moonshine

280__collage_moonshine

Jest rok 1995. W Polsce coraz bardziej rozwija się muzyka rockowa, a takie zespoły jak Hey, Wilki, IRA czy Closterkeller stają się mega popularne. Niejako na obrzeżu tych formacji działała progresywna formacja Collage kierowana przez gitarzystę Mirosława Gila (gitara) oraz Wojciecha Szadkowskiego (perkusja). Grupa do tej pory wydała dwie płyty, ale to wydany w tym roku „Moonshine” miał być wielkim hitem.

Album zawiera tylko dziewięć piosenek, ale ilość w tym wypadku mocno poszła w jakość. Początek jest iście epicki i spektakularny. W „Heroes Cry” są i potężne smyczki, szybkie popisy sekcji rytmicznej (środek utworu) z niemal łkającymi riffami Gila. Sześć minut czystego raju, wspartego jeszcze przez anielski wokal Roberta Amiriana. Płynnie to przechodzi do 14-minutowego kolosa „In Your Eyes”. Zaczyna się od refleksyjno-melancholijnych smyczków. Wtedy odzywa się romantyczny fortepian wspierany przez akustyczną gitarę, by po dwóch minutach wszystkie instrumenty eksplodowały pełnią dźwięków, nieopisanych barw, gdzie znowu wybija się Mirosław Gil grający niczym Rothery z Gilmourem razem wzięci oraz szybki, liryczny klawiszowiec Krzysztof Palczewski. Wydaje się, że takich piosenek już się nie robi. Wyciszenie daje nam „Lovely Day” z rozmarzonymi klawiszami (niemal jakbyśmy byli w ogrodzie), fortepianem oraz akustyczną gitarą. Naprawdę można odlecieć na kilka minut, nawet mocniejsze uderzenie (wręcz strzelająca perkusja) w połowie utworu nie zmienia tego klimatu, by przejść do największego przeboju: „Living In the Moonlight”, gdzie Amirian dosłownie szarpie swoim głosem. Bardziej spektakularny, wręcz momentami metalowy jest „The Blues” (szarpiący początek – znowu Mr. Gil robi szoł), by wyleczyć nas wszystkich bajkowym „Wings In the Night”, zmieniającym tempo niczym w kalejdoskopie.

Gwałtowne przyspieszenia, szybkie tempo sekcji, klawiszy przeplata się ze spokojnym głosem Amiriana, dominującym nad wszystkim. Ta zbitka i tasowanie klimatem brzmi po prostu znakomicie, zwłaszcza finał z orientalną perkusją oraz zapętlonymi klawiszami. Równie spektakularna i widowiskowa jest kompozycja tytułowa, zaczynająca się z wysokiego C, by znów zaatakować tnącymi smyczkami w tle, akustycznym środkiem z magiczną elektroniką w tle (moog, flety, smyczki), by wyciszyć się w finale. A w nim dostajemy „War Is Over”. Początek to akustyczna gitara z tańczącym wręcz fortepianem. Nawet gitara elektryczna gra troszkę spokojniej, bez szarży, by od środka nadać pięknego uderzenia, na szczęście bez pójścia w patos.

„Moonshine” to praktycznie kompletne dzieło, które mimo 20 lat na karku pokazuje czym był polski prog-rock. Nadal ma piękne melodie, fantastyczną grę członków zespołu oraz cudowny wokal Amiriana. Krążą pogłoski, że wraca do studia i nagrywa nowy materiał. Troszkę się martwię, bo doszło do kilku roszad (o ile Karol Wróblewski na wokalu jest świetny, o tyle odejście Mirosława Gila wydaje się silnym ciosem). Zobaczymy jak to wyjdzie.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski