Wilki – Przez dziewczyny

0005E9K8WK2O6W1D-C122

Coś ostatnio trafiają mi do ręki albumy weteranów polskiej muzyki rockowej. Po średnim Lady Pank, nie liczyłem na wiele po Wilkach. Gawliński i spółka 4 lata temu zaskoczyli bardziej wyciszonym oraz refleksyjnym materiałem „Światło i mrok”. Po drobnych przetasowaniach (odejście Stanisława Wróbla, którego zastąpił Marcin Ciempel), stare wilki poczuły świeżą krew, atakując nowym materiałem.

Muszę przyznać, że grupa poczuła pazur i otwierający album westernowy „To, co piękne w życiu” jest szybkim, skocznym, gitarowym numerem z fajną trąbką na końcu. Zapomniałem dodać, że grupę wzmocnił gitarą oraz klawiszami, syn Gawlińskiego, Beniamin. Chłopak daje sobie radę, a nawet udziela się wokalnie – całkiem nieźle (najlepiej prezentuje się w ostrym „27th Floor”). Nie brakuje też spokojniejszych numerów, jednak brzmią co najmniej przyzwoicie, jak „Teraz powiedz nie” z chwytliwym refrenem czy niemal folkowe „Stać się innym” z harmonijką ustną, ale tak naprawdę siła napędową są tutaj energetyczne, dynamiczne kawałki, będące potencjalnymi przebojami z tytułowym utworem na czele.

Organowe „Kocham, bo nienawidzę” z nietypowo brzmiącą perkusją, surowe „Na warszawskich ulicach” z niemal marszową perkusją i sennym refrenem czy niemal galopująca „Ona tam jest” potwierdzają, że Wilki nadal mają pazur. Gawliński ze swoim głosem współgra z tą rock’n’rollową energią, a nawet teksty są nie głupie oraz unikające banału („Na warszawskich ulicach” opowiadająca o Warszawie czy „Wenus, tu Mars”).

„Przez dziewczyny” to najbardziej dynamiczny album Wilków od… w zasadzie odkąd grają. Gawliński znalazł w sobie tyle energii i pazura, ale i nie zapomina o fragmentach bardziej, jakby to ująć refleksyjnych i mistycznych (finałowy „Shaman’s Melody”). Tak się robi rocka, panowie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Klenczon – Legenda

Klenczon__Legenda

Tribute-albumy są jednym z najtrudniejszych rzeczy jakie mogą być zrobione przez artystę. Jednak tym razem mamy mierzenie się z legendą i to nie byle jaką. Bo Krzysztof Klenczon był jedną z najważniejszych postaci polskiej muzyki rock’n’rollowej i jednym  z filarów Czerwonych Gitar. W hołdzie dla tego muzyka i wokalisty powstała płyta „Klenczon – Legenda” objęta patronatem żony, Alicji Klenczon.

Album ten zawiera 10 coverów, nad których produkcją odpowiada Marcin Barycki, zaś przy realizacji grał zespół w składzie: Kuba Jabłoński (perkusja), Marcin Barycki (gitary), Michał Grott (bas), Sebastian Stanny (saksofon) i Jan Gałach (skrzypce). Nie zabrakło tutaj znanych przebojów i równie znanych wykonawców (choć nie wszystkie utwory są mi znane). A jak brzmi całość? Różnorodnie, choć w porównaniu do oryginałów zmian jest tu niewiele (przynajmniej w tych znanych mi piosenkach jak „Port”), zaś muzyka jest świadomie oldskulowa i lekko staroświecka.

Druga rzecz, która może drażnić to fakt, że wykonawcy zwyczajnie odśpiewują utwory, nie dodając nic od siebie, choć nie wszyscy (wyjątkiem jest Budyń w „Nie przejdziemy do historii” – dynamicznym, lekko psychodelicznym utworze i Maciej Maleńczuk w odjechanej „Kronice z podróży, czyli ciuchcią w nieznane”). Jednak nie powiedziałbym, że są to covery zaśpiewane słabo czy nieudolnie (może poza Soyką i jego wersją „Historii jednej znajomości”). Jednak udało się zebrać ciekawą grupę m.in. Muńka Staszczyka („Port’), Roberta Gawlińskiego („Biały krzyż”) czy Macieja Balcara („Jesień idzie przez park”).

Pewnym bonusem i rarytasem są dwie, niepublikowane piosenki w wykonaniu samego Klenczona w wersjach domowych, z lekko podniszczonym dźwiękiem i mimo tego brzmią naprawdę ładnie.

Co mogę powiedzieć? To nie jest ani zaskakujące czy nietypowe, ale brzmi i słucha się tego naprawdę dobrze. Niby to niewiele, ale jest zaskakująco i ciekawie, zaś muzyka to okazuje się naprawdę wiecznie żywa.

7/10

Radosław Ostrowski