Co się wydarzyło w Madison County

Lata 60. Do małego miasteczka w Iowa przybywa fotograf z National Geographic – Robert Kincaid, by zrobić zdjęcia mostom. Gubiąc się w drodze do celu trafia do domu Franceski Johnson, która akurat została sama na kilka dni. Jej mąż i dzieci wyruszyli na festyn. On zaczyna spędzać z nią sporo czasu, zaczynają rozmawiać, ale na rozmowach się nie kończy.

madison2

Powieść, na podstawie której powstał ten film, uważana jest za jedną z najgorszych książek jakie kiedykolwiek wydano. W dodatku sama historia brzmi jak typowe romansidło, tylko że mamy starszych i bardziej dojrzałych bohaterów. Można byłoby zignorować ten film, gdyby to kręcił jakiś młody reżyser. Ale jeśli za taka produkcję odpowiada Clint „Zabijam wszystkich bez ostrzeżenia” Eastwood, sprawa staje się znacznie poważniejsza. I tym większe jest rozczarowanie. Owszem, nie brakuje odrobiny humoru, historia jest prosta (by nie rzec bardzo prosta i konwencjonalna do bólu) – można by z tym żyć, ale brakuje tutaj emocji, choć próbuje się je pokazać w sposób bardziej delikatny i bez szaleństw. Wszystko opiera się tutaj na prostym schemacie: rozmowa-taniec w rytm jakiejś sentymentalno-romantycznej piosenki i całowanie się. Jeszcze można byłoby to przeżyć, ale to wszystko jest takie letnie i mało angażujące, że z niepokojem czekałem na moment, kiedy to wszystko się skończy. Możecie mnie nazywać zgorzkniałym cynikiem, ale nic na to nie poradzę, że mnie to nie ruszyło.

madison1

I nie mogli z tym nic zrobić ani Meryl Streep, którą bardzo cenię ani próbujący grać wbrew swojemu typowemu emploi (twardy zabijaka i męski szowinista) sam Eastwood. Nie iskrzy między nimi, choć bardzo się starają. Coś tutaj wyraźnie nie zagrało. Ja wiem, ze jest dość spora grupa osób, którym podoba się „Madison County”. Niestety, na mnie to spłynęło jak po kaczce i jest to zaledwie poprawne kino.

5/10

Radosław Ostrowski