Woody Allen to jeden z tych reżyserów, których lubię. Oglądanie jego filmów przypomina trochę odwiedzanie starego przyjaciela – niby wiemy, co powie, znamy jego dowcipy, ale potrafi czasem zaskoczyć i jest ciągle uroczy. Ale nawet i jemu zdarzają się potknięcia. Po świetnym „O północy w Paryżu”, jego wycieczka do Włoch jest po prostu nudna. O ile koncepcja pokazania 4 przeplatających się ze sobą opowieści jest naprawdę ciekawa, to sposób realizacji jest dość toporny. Ale po kolei.

Wątki zaprezentowane przez Allena to: opowieść młodego małżeństwa, które przyjechało do Rzymu dla lepszej pracy, ale żona się gubi i mąż na skutek okoliczności spędza czas ze swoimi krewnymi w towarzystwie… prostytutki; przeciętny pracownik Leopoldo Pisanelli nagle staje się celebrytą; Amerykanka Hayley zakochała się we Włochu i dochodzi do poznania obojga teściów; związek Jacka i Sally jest udany, aż do pojawienia się Moniki. W każdym z tych wątków przewijają się poboczne postacie, co wywołuje różne komplikacje, ale najciekawszy jest ten ostatni, chociaż też nie do końca powala. Brakuje w tym filmie charakterystycznego dla Allena poczucia humoru, błysku w dialogach (zaledwie niezłych), choć Rzym wygląda pięknie (zdjęcia Dariusa Khondji), a muzyka wypada fajnie.

Zaś aktorsko jest naprawdę nieźle. Należy koniecznie wspomnieć samego Allena, który wraca na ekran po 6 latach przerwy i jest w dobrej formie, razem z Judy Davis tworzy zgrabny duet. Najlepiej wypadł jednak Alec Baldwin w roli architekta towarzyszącemu Jackowi (średni Jesse Eisenberg) i próbujący mu doradzić w pełnych ironii słowach. Najsłabszy jest wątek młodego małżeństwa, bo i najbardziej przewidywalny i zrobiony chyba tylko po to, by mogła się pokazać Penelope Cruz, zaś przyzwoicie wypada Roberto Benigni jako celebryta-przeciętniak.
Allen nigdy nie był wybitnym reżyserem, choć zdarzyło się parę arcydzieł. Niestety, „Zakochani w Rzymie” są jednym z jego najsłabszych filmów. Szkoda, bo to facet umiejętnie budujący klimat, ciekawie opowiadający o życiu i całej reszcie. Oby to była tylko mała wpadka przed czymś lepszym.
5/10
Radosław Ostrowski
