Marillion – Seasons End

Seasons_End

Rok 1989 był ważny. Nie tylko dlatego, że zaczął się rozpad systemu komunistycznego na wschodzie Europy, pojawiła się gra „Prince of Persia”, a w kinach szalał „Batman” Tima Burtona. Także dla zespołu Marillion był to rok ważny. Zespół opuścił Fish i reszta grupy stanęła przed dylematem jaki miał ostatnio zespół Myslovitz: było miło, ale się skończyło i po Marillionie albo szukamy nowego frontmana i jedziemy dalej. Skoro zespół nadal działa, wiadomo jaki wybór został dokonany. Następcą charyzmatycznego Fisha pozostał Steve Hogarth i w tym składzie zespół tworzy do dzisiaj.

Pierwszą płytą nagraną z nowym wokalistą jest „Seasons End” wyprodukowany przez Nicka Davisa, który wcześniej współpracował z Genesis. I całość wypada naprawdę interesująco, a piosenek jest tylko 9. I co ciekawe, brzmi to jak dawny Marillion – mamy świetne solówki Rothery’ego (najlepsze w utworze tytułowym oraz „The King of Sunset Town”), pięknie grające klawisze, chwytliwy bas, zmiany tempa i nastroju. Zaś same kompozycje brzmią po prostu pięknie. „The King of Sunset Town”, najbardziej zmienny „Berlin” ze świetnym solo saksofonu czy tytułowy utwór. Ale pojawia się tu kilka zmian i bardzo nietypowe utwory dla tej kapeli.

Czymś takim na pewno jest „Easter” – akustyczna ballada, która klimatem ociera się o dorobek Enyi (refren z nakładającym się głosem oraz „dzwoniącymi” klawiszami, jednak w połowie dochodzi do głosu bas i następuje zmiana klimatu. Podobnie z „The Uninvited Guest” – werblową perkusja, delikatna gitarka w zwrotkach, zaś w refrenie tak jak zawsze. Jednak największą niespodzianka był „Hooks in You” z ostrą, wręcz agresywną gitarą Rothery’ego (ostatnia minuta). Za to mistrzostwem jest kończący całość „The Space…” – piękna melodia, patos, świetne klawisze oraz gitara. Trzeba czegoś więcej?

Teraz najważniejsze pytanie: jak sobie poradził Steve Hogarth, który nie jest tak wysoki jak Fish, nie ma takiej barwy jak Fish i nie pisze takich tekstów jak Fish? Odpowiedź jest zaskakująca: bardzo dobrze. Ma delikatniejszy wokal, czasem potrafi być bardziej ekspresyjny („Hooks in You”) i nie tylko nie przeszkadza i nie próbuje naśladować swojego poprzednika, ale wnosi odrobinę świeżości w kapeli i też potrafi poruszyć. A w tekstach nadal w centrum jest człowiek – wplątany w historię („The King of Sunset Town”, „Berlin”), zakochany („After Me”, „The Space”). Hogarth stara się mówić prostym językiem, choć nie pozbawionym metafor.

Mówiąc krótko „Seasons End” to punkt zwrotny w karierze kapeli z Aylesbury. Po tej płycie zmieniło się wszystko, także styl zespołu. Jednak pokazał on, że Marillion bez Fisha też potrafi być tak samo interesujący. Chyba jeszcze wrócę do tego albumu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Marillion – Clutching at Straws

Clutching_At_Straws

Po wielkim sukcesie jakim było „Misplaced Childhood” Fish i spółka zrobili sobie dwa lata przerwy. Ale w tym samym składzie i z tym samym producentem zrobili czwarty już album „Clutching at Straws” (Chwytając się brzytwy).

Jeśli ktoś jednak spodziewał się kontynuacji przebojowego poprzednika, musi się rozczarować, gdyż jest to album mroczniejszy. Ale tak jak poprzednik jest to concept-album – historia pisarza Toucha i jego drogi z alkoholem. Owszem, jest tu smutno i prościej niż na poprzednich płytach, ale mimo tego całość brzmi pięknie i poruszająco, a chyba o to tu chodziło. Gitara Rothery’ego jest bardziej stonowana, robi wręcz za tło (choć zdarzają się mocne wejścia jak w tytułowym utworze czy w „White Russian”), klawisze brzmią bardzo mroczne („Going Under” z echem w połowie), a nawet jeśli zdarzają się łagodniejsze dźwięki, brzmią bardzo krótko (cymbałki w „Hotel Hobbies”). Nawet jeśli pojawiają się tu żywsze melodie („Just For The Records” z szybkimi klawiszami pod koniec), to one są zaledwie krótkimi przystankami w drodze Toucha do dalszego upadku, skontrastowane tekstami („Incommunicato” czy kończący całość album tytułowy z ukrytym utworem „Happy Ending” (a tam „No” i demoniczny śmiech) kończącym album.

Siła napędową tego albumu jest silny i ekspresyjny wokal Fisha, dzięki czemu mroczna opowieść o Touchujest tak emocjonalna. Jego wcześniejsze dokonania przeplatają się ze zwidami („White Russian” z „uzbrojonymi w uzi ludźmi na ulicach”), rozstaniem z kobietą, rozczarowaniem rzeczywistością i świadomością, że z tej drogi nie ma odwrotu:

Jest już zbyt późno, to zaszło zbyt daleko
Mam już dwie świadomości, lecz obie są poza tym wszystkim kiedy stoję przy barze
Kiedy mówię, że mam problem, to jest pewnik
Lecz ja zrzucam to wszystko na karb swego ekscentryzmu
(„Just for the Records”) czy w „Torch Song”:

Odnalazłem dziwną fascynację w mieszaniu płynów, alkohol daje mi dreszczyk
Już zbyt późno w tej grze by pokazać dumę czy wstyd

Marillion tym albumem potwierdził, że nawet z teoretycznie prostych melodii są w stanie stworzyć poruszającą opowieść, pełną smutku i bólu. To dojrzała historia upadku człowieka, bez szans na happy end. Mocna rzecz jak Biały Rusek.

8,5/10

Radosław Ostrowski


Marillion – Misplaced Childhood

Misplaced_Childhood

Minął kolejny rok. Zespół Marillion już cieszył się estymą i sporym gronem wielbicieli, jednak nie należał do zbyt popularnych zespołów w Brytanii. Ta płyta stała się punktem zwrotnym w dorobku tej kapeli.

Tym razem obyło się bez zmian personalnych, zaś produkcją tym razem zajął się Chris Kimsey, znany ze współpracy m.in. z Emerson, Lake & Palmer, The Cult czy Peterem Framptonem. Jest to też pierwszy concept-album w dorobku Fisha i spółki, co można zauważyć nie tylko w płynnym przechodzeniu z utworu na utwór, ale też treści mówiącej o dzieciństwie i konfrontacji z dorosłym życiem. „Misplaced Childhood” bardziej idzie tu w stronę prostego rocka z popowym sznytem, przebojowości i melodyjności nad finezją. I będzie miał rację, ale siła tej prostoty jest wręcz porażająca. Poza tym, o czym często się zapomina progresywny oznacza postępujący, zmienny i dążący do ewolucji.  Album ten można podzielić na dwie części: pierwsza bardziej melancholijna, druga bardziej rockowa i buntownicza.

W pierwszej klawisze są bardzo delikatne, wręcz smutne, zaś początek jest to nierozerwalna całość tworzona przez krótki „Pseudo Silk Kimono” oraz dwa wielkie hity: „Kayleigh” z pamiętnym riffem Rothery’ego i „Lavender” z pięknym fortepianowym wstępem. Jedna ta atmosfera staje się mroczniejsza dzięki „Bitter Suite” – prawie 8-minutowym kolosie, który jest już stricte progresywnym utworem -zmiana tempa, atmosfery, siły instrumentów, długi riff gitary, mocniejsza perkusja i spokojny, recytujący głos na początku, zaś na koniec tej części dostajemy chwytliwy „Heart of Lothian” z bardzo stonowanym zakończeniem.

Druga część albumu to na początku „Waterhol (Expresso Bongo)” z mroczną gitarą, orientalnymi klawiszami i szybką perkusją. Równie szybkie jest „Lords of the Backstage” z cymbałkami i spokojniejszą gitarą skontrastowaną z ekspresyjnym wokalem Fisha. A po tym drugi kolos „Blind Curve”, który jest najmroczniejszym utworem z tej płyty – wybaczcie, ale nie jest w stanie opowiedzieć tego, co się dzieje na tym albumie. Ale po tym pojawia się pewna nadzieja – obydwa melodyjne i dynamiczne „Childhood’s End?” oraz „While Feather” są dużo jaśniejszymi utworami, pełnymi silnej energii ukrytej w prostym graniu.

Tekstowo Fish opowiada o utraconym dzieciństwie, niespełnionej miłości, rozczarowaniu światem pełnym przemocy i okrucieństwa co najdobitniej pokazuje „Blind Curve”, gdzie pada taka fraza:

Widzę czarne flagi na fabrykach
Kobiety pięknie mieszające zupę na ustach biedy
Widzę dzieci gapiące się z wyłupionymi oczami
Przeznaczone do gwałtu w wąskich uliczkach
Czy kogokolwiek obchodzi, że nie zniosę tego więcej!

Jednak mimo tego wszystkiemu, bohaterowi udaje się zachować pewną niewinność i pozostać w zgodzie z samym sobą, co słychać w finałowym „White Feather”.

Nic dziwnego, że to ta płyta była przełomem w dorobku Marilliona, który zaczął trafiać na listy przebojów. Jednak mimo pozornej lekkości dźwięków, nadal teksty dotykają poważnych spraw i pozostaje poruszającym albumem. Takie właśnie płyty stają się Wiecznie Żywymi Klasykami.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

 

Marillion – Fugazi

Fugazi

Minął rok od debiutu Marilliona, dzięki któremu usłyszano o nich w świecie brzmień progresywnych. Brytyjczycy postanowili kuć żelazo póki gorące i wydali swój drugi album po zaledwie rocznej przerwie o prostym tytule „Fugazi”.

Za produkcję znów odpowiadał Nick Tauber, ale zespół opuścił perkusista Mick Pointer, którego zastąpił Ian Mosley. Na szczęście nie odbiło się to na jakości muzyki, która nadal czerpie garściami z wielkich, a jednocześnie potrafi zaskakiwać. Nadal mamy niewiele utworów (7) i nadal są to długie kompozycje, choć lekko okraszone azjatyckimi brzmieniami, co słychać już na początku „Assassing” – perkusja uderza dość powoli, klawisze tworzą dość ponure dźwięki, słychać jakieś jęki, wrzaski, dołącza bas, nawet gitara elektryczna dość szybko przygrywa, klawisze łagodnieją w dzwonkowe imitacje.

Najszybszy i najkrótszy (trzy i pół minuty) ma „Punch & Judy” z dość prostą melodią, dynamiznie graną przez Kelly’ego oraz ponurymi, krótkimi wejściami Rothery’ego. Przechodzimy wtedy do „Jigsaw” z baśniowymi, magicznymi klawiszami w zwortkach, by w refrenach „eksplodowała” sekcja rytmiczna razem z wrzaskami Fisha. „Emerald Lies” zaczyna się mocnymi uderzeniami perkusji i ostrymi riffami konstrastowanymi z delikatnymi klawiszami i basem, by nastąpiło wyciszenie (delikatna gitara akustyczna) i tak to się przeplata, dochodzi szybki bas, wrzaski i wokale w tle. Kolejny ciekawym dźwiękowym pomysłem są organy w „She Chameleon” – kojarzące się ze ślubem, zagłuszanymi przez sekcję rytmiczną oraz wrzaskami Fisha. Najdłuższy „Incubus” to mieszanka dźwięków, tempa i nastrojów, gdzie każdy z muzyków ma szansę „wyszaleć” się, podobnie kończący całość utwór tytułowy z bardzo smutną gitarą oraz gorzką frazą „Gdzie się podziali prorocy, wizjonerzy, poeci/By zakłócić świt sentymentalnych chciwców”. Tym razem wszyscy muzycy dają z siebie wszystko i tworzą bardzo pamiętne mozaiki dźwiękowe.

Fish zaś nadal śpiewa w bardzo charakterystyczny sposób (wrzeszcząc, jęcząc, co może zniechęcić), jednak nie powinno w żaden sposób to przeszkadzać. Zaś w tekstach opowiada on o upadku wartości („Fugazi”), rutynie małżeńskiej („Punch & Judy”), emocjonalnym chłodzie („Assasing”, „She Chamelon”) i robi to w dość intrygujący i pasjonujący sposób.

Marillion konsekwentnie idzie szlakiem wyznaczonym przez debiut. I nadal to robi powalające wrażenie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Marillion – Script for a Jester’s Tear

Script_For_A_Jesters_Tear

Początek lat 80-tych dla twórców rocka progresywnego były naprawdę ciężkie. Gatunek ten powoli zaczął kostnieć, widownia czuła się znużona, zaś najwięksi mistrzowie jak Genesis, Jethro Tull, King Crimson czy Yes gubili swoją formę. Wtedy pojawiła się luka w gatunku, którą próbowały wypełnić młode zespoły, próbując odświeżyć konwencję. Jedną z pierwszych takich kapel tworzących neoprogresywnego rocka był pochodzący z Aylesbury brytyjski Marillion. A wszystko zaczęło się w 1983 roku, kiedy po 4 latach działalności, zespół wydał swój debiutancki album – „Script for a Jester’s Tear”.

Produkcją zajął się Nick Tauber znany ze współpracy z Thin Lizzy, a Marillion tworzyli wtedy: Fish (wokal), Steve Rothery (gitara elektryczna), Mark Kelly (klawisze), Pete Trewavas (gitara basowa) i Mick Pointer (perkusja). No i muszę przyznać, że zaczęli z wysokiego C. Pozornie niby mamy to, co w progresywnej muzyce – długie kompozycje (najkrótszy utwór trwa niecałe pięć i pół minuty), zmiany tempa i nastroju oraz głębokie, pełne metafor teksty. Ale jak to wszystko brzmi! Choć czuć inspirację wielkimi jak Yes, Genesis czy Pink Floyd. Wystarczy posłuchać tytułowego utworu – fortepian towarzyszy Fishowi, dochodzą delikatne klawisze, melodia nagle staje się pogodniejsza, melancholijna, delikatny bas, zapętlają się klawisze (brzmi jak melodia z wesołego miasteczka), uderza perkusja. Wtedy dochodzi gitara elektryczna (najpierw spokojna, potem serwująca tnące riffy), a Fish zaczyna się drzeć. W połowie następuje wyciszenie (gitara akustyczna, bas, klawisze łagodnieją), by znów odezwał się Rothery i Pointer, wprowadzając mroczniejszy klimat.

Taka zmienność nastrojów, będzie nam towarzyszyć do samego końca – klawisze mieszają melancholijną delikatność z mrokiem (najbardziej piosenkowe „He Knows, You Know” kończące się krótką rozmową telefoniczną czy „Garden Party”), perkusja „strzela” swoimi uderzeniami („The Web”), ale i to wszystko nie miałoby takiej siły, gdyby nie gitara Steve’a Rothery’ego, która barwnie maluje całą atmosferę, co najbardziej to słychać w finałowych „Chealsea Monday” i „Forgotten Sons”, gdzie nie zabrakło wypowiedzi z radia (czytane przez Petera Cockburna) oraz chórku Marquee Club’s Parents Association Children’s Choir. Całość mimo upływu lat brzmi po prostu rewelacyjnie.

Jednak to wszystko nie miałoby aż takiej siły rażenia, gdyby nie charyzmatyczny wokal Fisha. Może się on wydawać zbyt teatralny, ekspresyjny, zaś podobieństwo do Petera Gabriela jest wręcz łatwe do wychwycenia. Ale ta ekspresja jest jego największą siłą i mocą. Tak samo jak jego teksty, które nie należą do łatwych w odbiorze:

A więc jestem znów
Na placu zabaw złamanych serc
Jeszcze jedno doświadczenie, jeszcze jedna notatka
We własnoręcznie napisanym pamiętniku
I zarazem jeszcze jedno emocjonalne samobójstwo
Przedawkowanie uczucia i dumy.

Ale jednocześnie dają one do myślenia i dotykają takich spraw jak niespełniona miłość (utwór tytułowy), hipokryzja („Garden Party”), wojna („Forgotten Sons” z frazą „Stać! Kto idzie?! /Śmierć… /Podejdź przyjacielu”).

Mógłbym tak opowiadać o tej płycie, ale już chyba niczego więcej nie da się już opowiedzieć. To po prostu trzeba mieć w swojej półce. I tak zaczęła się największa przygoda tego zespołu.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Blackfield – Blackfield IV

Blackfield_IV

Ten zespół od początku był kierowany przez dwie osobowości: Stevena Wilsona i Aviva Geffena. Do tej pory nagrali 3 świetnie przyjęte płyty, które stworzyły im silna pozycję w świecie progresywnych brzmień. Teraz pojawiają się z czwartym albumem.

Na „Blackfield IV” większy wpływ na brzmienie miał Geffen, gdyż Wilson (także producent) wydał wcześniej kolejną solową płytę i skupiał się bardziej na jej promocji. Pierwsze, co uderza po odsłuchu to fakt, że jest to bardzo melodyjna, wręcz popowa płyta, z chwytliwymi i krótkimi kompozycjami. To może wywołać pewną konsternację i szok. Jednak na tym polega ta muzyka (progresywne brzmienia), by ciągle szukać nowych środków wyrazu. Ale jednak udaje się zespołowi zbudować magię, nawet w tych prostych kawałkach wzbogacając o takie dźwięki jak trąbka („Springtime”), cymbałki („XRay”) czy harfa („The Only Fool Is Me”), zaś pozostałe piosenki mimo sporej wrażliwości i melodyjności („Jupiter”) dla mnie były trochę za proste, bardziej radio friendly, co mnie trochę zdziwiło i zakłopotało.

Jak wspomniałem więcej miał do powiedzenie Geffen i to jego słyszymy prawie cały czas (Wilson pojawia się tylko w otwierającym album „Pills” oraz „Jupiter”). Obaj panowie radzą sobie bardzo dobrze i się uzupełniają. Geffen także zaprosił trzech wokalistów na gościnne występy, którzy również mocno urozmaicili ten album: Vincent Cavanagh z Anathemy („XRay”), Brett Anderson z Suede („Firefly”) i Jonathan Donague z The Flaming Lips („The Only Fool Is Me”).

„Czwórka” mocno podzieli fanów zespołu. Także we mnie wprawiła pewną konsternację. Jak na pop zbyt piękny, na rocka za elegancki i prosty. Nie zmienia to jednak w mojej ocenie jednego – to udana i ciekawa płyta.

7/10

Radosław Ostrowski


Sound of Contact – Dimensionaut

Dimensionaut

Rock progresywny nie jest łatwym gatunkiem muzycznym zwłaszcza dla debiutanta. Jednak taki zespół jak Airbag pokazuje, że da się zrobić coś ciekawego na tym polu. Zespół o którym chcę powiedzieć działa od 3 lat i teraz wydali swój debiutancki album. Grupę tworzą Simon Collins (wokal, perkusja), Dave Kerzner (klawisze), Kelly Nordstrom (gitara, bas – odszedł po nagraniu debiutu) i  Matt Dorsey (gitara i bas). I tej mieszanki powstał „Dimensionaut”.

Album zawiera 12 kompozycji wyprodukowanych przez Simona Collinsa i Dave’a Kerznera. Jest to mieszanka, którą wielu nazywa prog-popem, a jednocześnie jest to concept-album o podróży w czasie, galaktyce i wymiarach. I ta muzyka brzmi lekko kosmicznie, w dodatku bardzo płynnie przechodzi z jednego utworu do drugiego, ale po kolei. Zaczynamy podróż od krótkiej miniaturki. „Sound of Contact” z kosmicznymi dźwiękami elektroniki, wspieranymi przez gitarę, wiolonczelę i fortepian trochę przypomina dokonania Yes, by potem przejść w naprawdę mocne i przestrzenne granie w „Cosmic Distance Ladder” z potężną i dynamiczną perkusją oraz bardzo surową gitarą elektryczną (środek utworu jest kapitalny). I wtedy następuje lekkie wyciszenie (klawisze i bas) brzmienia w piosenkach „Pale Blue Dot”, „I Am Dimensionaut” – okraszone progresywnymi brzmieniami (fortepian w połowie „I Am Dimensionaut” czy gra perkusji), ale jednocześnie bardzo melodyjne i przyjemne w odsłuchu. Tak samo w wybranym na singla „Not Coming Down” z eleganckim smyczkiem w tle czy trochę dynamiczniejszym „Remote View”. Zaś w najpiękniejszym „Beyond Illumination”, gdzie klawisze brzmią jakby żywcem wzięte z Yes, a zwrotka jest łudząco podobna do „Englishman in New York” Stinga wspierany jeszcze przez wokal Hannah Stobart z The Wishing Tree. Bajeczne „Only Breathing Heart” (znów te klawisze i gitara), miniaturka „Realm of In-Organic Beings” z poruszającymi żeńskimi wokalizami (jak u Pink Floyd) i fortepianem, bardzo ciepłe „Closer to You” (klawisze udające cymbałki) i dynamiczne „Omega Point” są wprawką do wielkiego finału, czyli 20-minutowego „Mobius Ship”. Kompozycja ta dzieli się na 4 części, w których nie brakuje niczego: futurystycznych dźwięków, mocnej perkusji, akustycznej gitary, delikatnych klawiszy.

Siłą i napędem tego zespołu jest Simon Collins, który tak jak kiedyś ojciec w Genesis łupie na perkusji aż miło, ale też ma bardzo zbliżoną do niego barwę głosu. Powinno to drażnić, ale tak się nie dzieje i idealnie się to wręcz łączy się z resztą, tak jak dobre teksty.

Jaką drogę wybierze zespół Sound of Contact? Trudno powiedzieć, ale jedno nie ulega wątpliwości. Ich debiutancka płyta jest po prostu kapitalna, pełna bardzo pięknych dźwięków oraz klimatu. Warto wypatrywać ich, a w przerwie posłuchać tego cudeńka.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Paatos – V

V_300x300

Szwedzki zespół Paatos to jeden z bardziej kojarzonych zespołów skandynawskich grających rocka progresywnego.  Do tej pory nagrali jedną EP-kę i cztery studyjne albumy. Jak na 13 lat działalności to całkiem sporo. W zeszłym roku ukazała się piąta płyta pod wielce mówiącym tytułem „V”.

Jednak zawartość jest dość intrygująca, bo jest 8 piosenek, z czego cztery pochodzą z poprzednich płyt (po jednej z każdej) i zostały przerobione. Ale zacznijmy od świeżego materiału, który wypada dobrze. Tutaj przede wszystkim są ostre gitarowe riffy, które są wzmacniane i przyśpieszane („Feel”, „Desire”), ale też jest bardzo spokojna i bazująca na klawiszach oraz gitarze elektrycznej „Cold War” i chyba najlepszy z tej połówki płyty „Into the Flames”. Trochę łagodniejsza gitara oraz mocniejsza perkusja tworzą dość ciekawe połączenie.

Za to druga połówka wypada moim zdaniem lepiej i ciekawiej. Najpierw wybrzmiewają bardzo akustyczne „Tea” oraz „In Time”, zaś następne dwa utwory to już remixy. Nie, na szczęście nie są to techno przeróbki, ale zrobione ze smakiem i wyczuciem. Genialny „Precious” z delikatnie dodanym beatem, zaś „Your Misery” z lekko agresywniejszym oraz bardziej dyskotekowym podkładem wypada całkiem przyzwoicie.

Wszystko to jest po prostu pięknie zaśpiewane przez Petronellę Nettermalm, której delikatny głos buduje bardzo intymny klimat i broni każdy z utworów.

Powiem najkrócej jak można: jest to dobra płyta, której słucha się z zainteresowaniem i bez znużenia. A o to tu chodzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Airbag – Identity

identity

W roku 2009 roku ukazała się ich debiutancka płyta, w której czuć było ducha progresywnych brzmień. Choć działali dużo wcześniej, to dopiero w 2005 roku (po 11 latach działalności) przyjęli nazwę Airbag. Zespół tworzyli wtedy: wokalista Asle Tostrup, gitarzysta Bjorn Rijs, klawiszowiec Jorgen Hagen, basista Anders Hovdan i perkusista Joachim Slikker. I w tym składzie wydali swój pierwszy album „Identity”.

Utworów jest osiem, z czego najkrótszy trwa ponad 5 minut. Wszystko zaczynami od instrumentalnego i bardzo łagodnego „Prelude” z cykającym zegarem w tle. Najważniejszymi instrumentami są delikatnie grające klawisze, budujące klimat albumu oraz gitary: elektryczna serwująca zarówno spokojne pasaże i trochę mocniejsze riffy („No Escape”) jak i akustyczna („Colours”, gdzie druga połowa jest instrumentalna). Na obu Bjorn Rijs pokazuje swoje naprawdę spore umiejętności. Nie brakuje spokojniejszych brzmień („Feeling Less” – organy naprawdę szaleją) jak i bardziej dynamicznych („No Escape”) oraz takich, gdzie te nastroje przeplatają się ze sobą („Safe Like You” czy „Steal My Soul” z pięknym fortepianem, echem głosów oraz oszczędną perkusją). Niby nie odkrywamy tutaj niczego nowego, ale jednak słucha się tego zaskakująco dobrze.

A drugą mocną rzeczą tego albumu poza wtórną, ale jednak potrafiącą urzec muzyką jest wokal Tostrupa – wyciszony i stonowany, ale jednak pełen emocji. Także dość skromna i krótka warstwa tekstowa też jest warta uwagi, choć sprawia wrażenie dodatku do muzyki.

Już debiutem pokazali, że warto na nich stawiać. Zaczęli z wysokiego tonu i potem mieli okazać się jeszcze lepsi, ale to temat na inny dzień.

8/10

Radosław Ostrowski

Riverside – Shrine of the New Generation Slaves

riverside_300x300

Gdyby ktoś mi powiedział, że w Polsce działa zespół grający rocka progresywnego i to na poziomie światowym, nie uwierzyłbym. A jednak tak działa istniejąca od 2001 roku warszawska grupa Riverside, mająca na dorobku 4 płyty i dwa minialbumy. A teraz ukazał się piąty album pod wiele mówiącym tytułem „Shrine of the New Generation Slaves”.

Za produkcję odpowiada sam zespół w składzie Mariusz Duda (bas, wokal), Piotr Grudziński (gitara), Piotr Kozieradzki (perkusja) oraz Michał Łapaj (klawisze), a płyta składa się z 8 piosenek utrzymany w stylistyce rocka progresywnego. Ale jeśli ktoś spodziewał się ostrego i mocnego grania, ten się rozczaruje. Dominuje spokojne, bardziej pejzażowe kompozycje, trochę zahaczające i przypominające Deep Purple.  Jak choćby w rozpoczynającym album „New Generation Slaves”, gdzie dominują głównie klawisze, a co parę wersów uderza perkusja z gitarą czy w singlowym „Celebrity Touch”, który można określić jako najostrzejszy utwór na płycie. Ale jak wspomniałem jest bardziej spokojnie niż ostro, zaś budowanie nastroju wychodzi muzykom bezbłędnie jak w „The Depth of Self-Delusion” z pięknymi partiami klawiszowymi oraz trochę wybijającą się gitarą, elektronicznym „Feel Like Falling” czy mrocznym „Deprived” z solo na saksofonie granym przez Marcina Odyńca.

Także wokalnie mamy do czynienia z więcej niż dobrą robotą, bo Mariusz Duda nie zawodzi. Także pisane przez niego teksty zasługują na uwagę – tematyką przewodnią jest niewolnictwo (robienie czegoś wbrew swojej woli). Nie jest tu zbyt wesoło, choć w kończącym album utworze „Coda” pojawia się światełko nadziei (akustyczna gitara).

Mówiąc krótko Riverside nie zawodzą i nadal pozostają jedną z najlepszych polskich kapel. Znać po prostu wypada.

8,5/10

Radosław Ostrowski