Nie ma drugiej art rockowej grupy jak Blackfield. Kierowany przez kompozytorsko-wokalny duet Steven Wilson/Aviv Geffen do tej pory wydał cztery dobrze przyjęte płyty. Dlatego czekano na „V” wielkimi nadziejami. Zwiększyły się na wieść, że producencko wsparł ich sam Alan Parsons – legenda art rocka. Czy mogło to nie wypalić?
Zaczyna się ładnie, bo od smyczkowego intra „A Drop In the Ocean”, gdzie w połowie klimat jest bardziej melancholijny, by zakończyć wszystko szumem wiatru. To jednak tylko zmyłka do ostrego i intensywnego „Family Man”, gdzie perkusja uderza nieprzyjemnie, a w tle elektronika buduje atmosferę strachu. Tak samo jak „ciachająca” gitara. Melancholia wraca do singlowego „How Was Your Ride?”, gdzie dominuje fortepian, by szarpnąć w połowie krótkim riffem oraz grą sekcji rytmicznej. Folkowy wstęp w „We’ll Never Be Apart” to haczyk, który ma wprawić w dezorientację, gdyż wejścia gitary, wspólny zaśpiew Wilsona z Geffenem (tu dominuje ten drugi). Odskocznią od rockowego wejścia jest akustyczne „Sorrys”, dające odrobinę ukojenia. Podobnie jak przestrzenny, pianistyczny „Life is an Ocean” (przerobione cyfrowo głos w tle), by pod koniec z hukiem uderzyć. Powrót do czarowania gitarą przypada na szybkie „Lately”, które poraża riffami Wilsona oraz potężną dawką energii, by uderzyło pianistyczno-smyczkowe „October” oraz bluesowe „The Jackal”.
Wilson potwierdza swoje umiejętności gitarzysty, a ciepły głos współgra z klimatem całego wydawnictwa. Szorstki Geffen udziela się tym razem mniej niż na poprzednim albumie (i bardzo dobrze), a brzmieniowy rozrzut między rockiem a progresywnością daje prawdziwego kopa. „Piątka” przypomina wszystko, za co kochało się Blackfield i będzie na pewno często grana.
Dawno, dawno temu działał taki polski zespół rockowy Mech. Nadal działa (reaktywował się w 2004 roku po 17 letniej przerwie) kierowany przez Macieja Januszko, którego wokal jako żywo przypomina Ozzy’ego Osborne’a. Jednak nie o tym chciałem opowiedzieć, ale o początkach, gdy grupa nazywała się Zjednoczone Siły Natury Mech i miała dwóch wokalistów: Januszkę oraz Roberta Milewskiego vel Millorda. Co wtedy grywał Mech?
Wytwórnia GAD Records zremasterowała (dzięki wsparciu Milewskiego) pierwszy album grupy, noszący tytuł taki jak ona sama. Na początek dostajemy „Marsz”, a jak marsz to muszą być werble niczym w armii, do których dołączają płynne klawisze oraz podrasowana gitara elektryczna. Brzmi to podniośle, by w połowie uspokoić się za pomocą imitujących morze perkusjonaliów. I wtedy dostajemy ponad dziesięciominutową suitę „Atlantis”, gdzie czuć mocno ducha Yes (ta gitara i Moog!!!), gdzie muzycy popisują się swoimi umiejętnościami, tworząc wręcz sielski, przyjemny klimat. Dopiero w czwartej minucie pojawia się wokal, wspierany przez akustyczną gitarę. I ta sielska atmosfera tworzona prez klawiszę oraz gitarę zostają zdemolowane przez pędzącą na złamanie karku perkusję, przez co reszta muzyków dostosowuje się do tego tempa, by potem każdy z muzyków rzucił krótką solówkę. „Dialog” początkowo przypomina Pink Floyd (perkusja i krótkie gitarowe wejścia), tylko klawisze imitujące smyczki pędzą na złamanie karku i jest dialogiem między Januszką i Milewskim (piękne, dźwięczne głosy), a gitara niemal łka w połowie. Mroczniejszy (na początku) jest „Guliwer”, gdzie przebijaja się od niego pojedyncze strzały perkusji oraz Moog. Wtedy zaczyna piękny dialog gitara z klawiszami. „Antidotum” z kolei zaczyna się wręcz kojąco, ciepłymi klawiszami, do których dołącza gitara akustyczna. Po krótkiej chwili włącza się także sekcja rytmiczna. Wsystko pędzi ze świetnymi riffami, by wraz z wokalami weszło w stronę improwizowanego jazzu. Wrescie jest rozmarzony, ale krótki „Ogród snów” pozwalający się romarzyć.
Na koniec wydawca dorzuca jeszcze dwa dodatkowe utwory. Pierwszy został znaleziony w wersji winylowej, czyli instrumentalny, lightowy „Romantic blues”, a drugim jest koncertowa wersja „Atlantis Suite”. Chociaz te utwory nie do końca brzmią najlepiej i odstają od reszty, to stanowią pięknie uzupełnienie tego zapomnianego wydawnictwa. Progresywny Mech garściami czerpał z klasyków tego gatunku jak Genesis czy Yes, ale u nas brzmiało to świeżo i nowatorsko. I po latach nadal taki jest – imponuje rozmachem oraz maestrią muzyków. Very impressive.
Bywa już tak, że muzycy z różnych zespołów postanawiają się spotkać, połączyć siły i razem coś nagrać. Tak też się stało w tym przypadku, więc ku wyjaśnieniu przedstawię sprawców tego zamieszania. Maciej Meller to gitarzysta progresywnego zespołu Quidam, Maciej Gołyźniak to perkusista alternatywnego Sorry Boys, współpracujący także z Moniką Brodką i Natalią Nykiel, a Mariusz Duda to basista oraz wokalista Riverside. Panowie znają się od lat, ale do tej pory nie mieli szansy zagrać wspólnie. Właśnie niedawno wydali wspólny album „Breaking Habits”.
Jak sama nazwa wskazuje, muzycy przełamują swoje muzyczne nawyki i tworzą nową całość. Jest tylko (lub aż) osiem utworów, trwających niecałe 45 minut. Zaczyna się od mocnego uderzenia, bo tak można nazwać „Birds of Prey” z surowymi riffami, szybkimi uderzeniami perkusji oraz odbijającym się niczym echo wokalowi Dudy (przynajmniej na początku). I do trzeciej minuty Meller odjeżdża w kierunku psychodelii, a perkusja coraz bardziej nakręca się niczym bolid Formuły 1. „Feet on the Desk” idzie w stronę niemal klasycznego, ciężkiego bluesa (na początku nie byłem w stanie rozpoznać Dudy – głos nie do poznania, dopiero w refrenie brzmi jak on) z wolnymi uderzeniami perkusji, by pod koniec gitara zrobiła się cięższa. Najkrótszy w zestawie „Shapeshifter” jest najbardziej przystępny. Podobnie jak instrumentalny utwór tytułowy, gdzie każdy z muzyków wykorzystuje swój czas, tworząc mroczny klimat: wolno uderza, oszczędna perkusja, podobnie spokojniejsza wydaje się gitara z basem, ale poczucie niepokoju pozostaje. Muzyka coraz bardziej się nasila (uspokaja się tylko w środku), by wyciszyć się na końcu. Psychodelia wraca do stonerowego „Against the Tine”, by pod koniec zmienić kompletnie tempo akustyczną gitarą. Surowy i wręcz metalliczny „Tattoo” chwyta świetnym basem oraz podniosłym wokalem Dudy. I wtdy dostajemy prawie 10-minutową petardę w postaci „Floating Over”, gdzie wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie: od spokojnych solówek a’la David Gilmour po ostrzejsze wejście perkusji, mocne riffy i płynący bas. A na sam koniec dostajemy tak samo ostre wejście jak początek w postaci „Into the Wild”.
Trudno powiedzieć czy to jednorazowa akcja, czy będzie też ciąg dalszy, ale jedno jest pewne. To jedna z najlepszych płyt rockowych mijającego 2016 roku. Czuć silną chemię między triem, wszystko jest zbalansowane, nie ma rywalizacji, tylko jest to sprawnie działająca maszyna, która świetnie sprawdzi się na koncertach, melodie porywają i produkcja jest znakomita. Czekam na więcej.
Jeden z najpopularniejszych w Polsce zespołów zagranicznych, czyli Archive ostatnio co rok wydaje swoje nowe płyty, eksperymentując z elektroniką, brzmieniami alternatywnymi i progresywnymi. Po świetnym „Axiomie” (2014) oraz bardziej przebojowym „Restriction” (2015) serwuje kolejną dziwną, ale piękną mieszankę muzyczną na „The False Foundation”.
Jest to też pierwszy album (przesłuchany przeze mnie), w którym nie pojawiają się panie na wokalu. Zaczyna się dość spokojnym (nawet sennym) „Blue Faces” prowadzonym przez bardzo delikatne dźwięki fortepianu oraz sporadyczne szumy. W połowie te dziwaczne dźwięki tła zaczynają przybierać na sile niczym wbijane wiertło do mózgu, a gdy wchodzi jeszcze perkusja, wywołuje to jeszcze większą dezorientację, jakbyśmy wrócili do „Restriction”. Pulsujący ambient, wokale w tle oraz zapętlony szum wprowadzający od razu do następnego utworu – „Driving in Nails” z pulsującą, minimalistyczną perkusją wziętą żywcem od Nine Inch Nails czy innego industrialnego składu. Do tego jeszcze pełno mało przyjemnych w odsłuchu plam dźwiękowych, które wprawiają w tajemniczy rytm (coś jakby uderzenia) i dopiero w połowie pojawia się wokal Dariusa Keelera, kompletnie zmieniając klimat. Jest bardziej przestrzenna elektronika, anielski chór w tle i elektroniczna perkusja, wracając do ambientu.
Brzmi dziwnie? To dopiero rozgrzewka, gdyż „The Pull Out” zaczyna się dziwaczną zbieraniną fortepianu, szumów, zapętlonego jakiego głosu i przez kilkanaście sekund repeta. Dopiero potem odzywa się surowa elektronika pomieszana z kosmicznymi dźwiękami, imitującymi trąbki, pulsującym jazgotem oraz pojedynczymi uderzeniami perkusji. Na koniec serwując mieszaninę fortepianu i wszelkich loopów. Gdy już traciłem nadzieję na znalezienie czegoś dobrego, pojawił się utwór tytułowy. Nadal są szumy i rytmiczna perkusja galopująca jak szalona (jak na tą grupę), ale wreszcie jest jakaś melodia sprawiająca frajdę. Nawet jeśli nawarstwiające się tło jest ścianą chaosu. Wtedy pojawia się wyciszający „Bright Lights” z wolnym i kompletnie spokojnym tłem elektroniki, wypieranym przez łagodne wejścia fortepianu, podobnie melancholijny „A Thousand Thoughts” oraz wspólnym zaśpiewem. Wtedy wraca hałas pod postacią strzelającego „Splinters”, który nasila się z minuty na minutę swoim echem.
Na szczęście to tylko chwila, gdyż spokój dominuje „Sell Out”, chociaż perkusja zaczyna działać coraz intensywniej (bardzo podniośle i patetycznie, by pod koniec ulec mechanizacji). Dynamika wraca do przestrzennego (i odrobinę gitarowego) „Stay Tribal”. Na finał dostajemy wręcz dyskotekowo-ambientowy „The Weight of the World”. Dyskotekowy, bo zaczyna się dyskotekową perkusją, by potem przejść w atomowe wręcz podkłady elektroniki, gdy następuje wejście westernowego fortepianu oraz cisza, by wrócić do swojego tempa dodając dziwaczną, charczącą wokalizę, klaskanie, pękiem kluczy, na koniec dając tylko fortepian.
Sam wokal Kellera jest różnorodny: od wrzasku po wręcz szept i melancholię. Co z tego, skoro forma jest dla mnie dość ciężko strawna? Grupa coraz bardziej idzie w stronę elektroniki, ambientu, łamańców i przesterów, tym razem przesadzając. Niestety, fundamenty mojego zaufania zostały nadszarpniete mocno.
Kolejna gwiazda progrockowej muzyki, czyli brytyjski Pineapple Thief działający od 1999 roku pod wodzą Bruce’a Soorda, nagrywający w wytwórni Kscope. Po dwóch latach od poprzednika z krótkimi utworami („Magnolia”) oraz zmianie perkusisty (Dana Osborne’a zastąpił Gavin Harrison z King Crimson), dodają kolejne wydawnictwo, bijące poprzednika na głowę.
Zamiast króciutkich utworków, kompozycje z klimatem, zwłaszcza że wsparli ich m.in. Geoffrey Richardson z Caravan oraz John Helliwet z Supertramp – weterani rocka progresywnego. Otwierający całość „in Exile” zapowiada zmiany – wolne tempo, szybka gra perkusji, melotron, rozmarzony wokal Soorda i piękne smyczki w tle, a pod koniec dostajemy gitarami jak obuchem. Równie akustyczne „No Man’s Land” czaruje spokojem oraz stonowaniem, by pod koniec uderzyć mocniejszymi uderzeniami perkusji oraz ostrymi riffami. Kompletnie zaskakuje soczysty „Tear You Up”, by przejść do melancholijnego „That Shore” (klawisze są bajeczne). Gitary mocniej odzywają się w równie rozmarzonym „Take You Shot”, które troszkę przypomina wczesny Coldplay czy „Fend for Yourself”, gdzie pod koniec cudownie brzmi klarnet.
Najbardziej jednak w pamięci zostaje ponad 9-minutowy „The Final Thing on My Mind”, ale nie zrażajcie się czasem trwania. Kompozycja nie jest mocno rozwleczona, skupiona na jednej melodii. Jest zapętlona gitara, pobrudzone riffy, a w środku jest psychodeliczna jazda smyczków oraz elektrycznej gitary połączona z chórem, by gwałtownie wyciszyć się. Wchodzi wtedy melotron i nawrót do psychodelicznego refrenu.
„Your Wilderness” to album zdecydowanie wybijający się klimatem oraz spójnością, a wsparcie gości pomogło otrzeć się tutaj o wybitność. Słucha się tego z niekłamaną przyjemnością, nie ma poczucia znużenia (a o to w tym gatunku bardzo łatwo), a muzycy grają po prostu cudownie.
Jest rok 1995. W Polsce coraz bardziej rozwija się muzyka rockowa, a takie zespoły jak Hey, Wilki, IRA czy Closterkeller stają się mega popularne. Niejako na obrzeżu tych formacji działała progresywna formacja Collage kierowana przez gitarzystę Mirosława Gila (gitara) oraz Wojciecha Szadkowskiego (perkusja). Grupa do tej pory wydała dwie płyty, ale to wydany w tym roku „Moonshine” miał być wielkim hitem.
Album zawiera tylko dziewięć piosenek, ale ilość w tym wypadku mocno poszła w jakość. Początek jest iście epicki i spektakularny. W „Heroes Cry” są i potężne smyczki, szybkie popisy sekcji rytmicznej (środek utworu) z niemal łkającymi riffami Gila. Sześć minut czystego raju, wspartego jeszcze przez anielski wokal Roberta Amiriana. Płynnie to przechodzi do 14-minutowego kolosa „In Your Eyes”. Zaczyna się od refleksyjno-melancholijnych smyczków. Wtedy odzywa się romantyczny fortepian wspierany przez akustyczną gitarę, by po dwóch minutach wszystkie instrumenty eksplodowały pełnią dźwięków, nieopisanych barw, gdzie znowu wybija się Mirosław Gil grający niczym Rothery z Gilmourem razem wzięci oraz szybki, liryczny klawiszowiec Krzysztof Palczewski. Wydaje się, że takich piosenek już się nie robi. Wyciszenie daje nam „Lovely Day” z rozmarzonymi klawiszami (niemal jakbyśmy byli w ogrodzie), fortepianem oraz akustyczną gitarą. Naprawdę można odlecieć na kilka minut, nawet mocniejsze uderzenie (wręcz strzelająca perkusja) w połowie utworu nie zmienia tego klimatu, by przejść do największego przeboju: „Living In the Moonlight”, gdzie Amirian dosłownie szarpie swoim głosem. Bardziej spektakularny, wręcz momentami metalowy jest „The Blues” (szarpiący początek – znowu Mr. Gil robi szoł), by wyleczyć nas wszystkich bajkowym „Wings In the Night”, zmieniającym tempo niczym w kalejdoskopie.
Gwałtowne przyspieszenia, szybkie tempo sekcji, klawiszy przeplata się ze spokojnym głosem Amiriana, dominującym nad wszystkim. Ta zbitka i tasowanie klimatem brzmi po prostu znakomicie, zwłaszcza finał z orientalną perkusją oraz zapętlonymi klawiszami. Równie spektakularna i widowiskowa jest kompozycja tytułowa, zaczynająca się z wysokiego C, by znów zaatakować tnącymi smyczkami w tle, akustycznym środkiem z magiczną elektroniką w tle (moog, flety, smyczki), by wyciszyć się w finale. A w nim dostajemy „War Is Over”. Początek to akustyczna gitara z tańczącym wręcz fortepianem. Nawet gitara elektryczna gra troszkę spokojniej, bez szarży, by od środka nadać pięknego uderzenia, na szczęście bez pójścia w patos.
„Moonshine” to praktycznie kompletne dzieło, które mimo 20 lat na karku pokazuje czym był polski prog-rock. Nadal ma piękne melodie, fantastyczną grę członków zespołu oraz cudowny wokal Amiriana. Krążą pogłoski, że wraca do studia i nagrywa nowy materiał. Troszkę się martwię, bo doszło do kilku roszad (o ile Karol Wróblewski na wokalu jest świetny, o tyle odejście Mirosława Gila wydaje się silnym ciosem). Zobaczymy jak to wyjdzie.
Nazwisko Davida Fostera kojarzyło mi się z wysoko cenionym producentem muzycznym, znanym ze współpracy z takimi twórcami jak Alice Cooper, Seal czy ostatnio Michaelem Buble. Więc kiedy usłyszałem, że wydaje nową płytę, to myślałem właśnie o tym Fosterze. I to była największa wtopa, gdyż jest jeszcze jeden artysta związany z tą muzyką, o tym samym imieniu oraz nazwisku. Jest to gitarzysta progresywnej grupy Panic Room, współpracujący także ze Stevem Rotherym z formacji Marillion, a „Dreamless” to jego drugi solowy krążek.
Gitarzystę wsparli basista Yatim Hamili, perkusista Stuart Browne, klawiszowiec Jonathan Edwards oraz wokalistka Dinet Poortman. Zaczyna się dość niepokojącym „Cabello”, gdzie klawisze monotonnie tworzą nieprzyjemną aurę, perkusja uderza pojedynczymi ciosami… i wtedy odzywa się gitara razem perkusją, z hukiem niczym wyrzucony granat (znaczy: głośno jest), by skręcić w przyjemną melodykę, a wokal pani Poortman miesza w sobie delikatność i drapieżność. „Amitriptyline” jest bardziej brudna i bliżej do hard rocka, z marszowym basem między zwrotkami, soczystymi riffami oraz spokojniejszym refrenem. Tylko na koniec dostajemy jakieś dziwaczne brzdąknięcia.
Wyciszenie daje akustyczne „New York Rain” z cudownym fortepianem, by w środku nabrać patosu, dzięki chórkom oraz mocniejszym uderzeniom perkusji, bardziej jazzującej niż metalowej. Brzmi to pięknie, ale to tylko chwilka. Bo „Black Sunrise” zmienia kompletnie aurę – orientalna, minimalistyczna perkusja, elektroniczne smyczki i świdrujące riffy (końcówka znakomita wręcz). Atmosfera zmienia się z minuty na minuty, gęstnieje tak można, że można ją kroić siekierą – nie powstydziliby się tego muzycy Black Sabbath. Troszkę inny jest utwór tytułowy, klimatem przypominający Porpucine Tree (nawet wokal Fostera przypomina Stevena Wilsona), by w połowie pójść na ostrą całość.
I znowu zmiana, tym razem w bardziej folkowym kierunku (cudownie uspokajające „Lingering” oraz „You Have No More Messages”), pozwalająca na złapanie oddechu oraz rozmarzenie się. I wtedy pojawia się „Ache”, gdzie na gitarze gościnnie gra sam Rothery oraz ciężko-smyczkowa „Brahma”. Na sam finał dostajemy dwa długie utwory. „Counting Clouds” zaczyna się bardzo przyjemnie grającą gitarą akustyczną oraz fortepianem wspieranym przez kontrabas, ale „Morphine Sleep” bardzo silnie kojarzy się z „Time” Pink Floydów. Też na początku dostajemy tykania oraz dźwięki zegarów, a także bicie serca oraz odgłosy włączonych wiadomości. W połowie wszystko się wycisza, zastąpione przez mroczną wiolonczelę i smyczki, następnie przewodzi łkająca gitara, trzymająca za gardło.
„Dreamless” kompletnie mnie zaskoczyło czerpaniem z prog-rockowej tradycji, jednak zamiast smęcenia i nudzenia, udaje się walić ostro i mocno, ale też w bardzo piękny, liryczny sposób. Nie wiem, jak dalej potoczy się ścieżka Fostera, ale jestem ciekaw każdego nowego wydawnictwa.
Ci dwaj muzycy działają razem od 2006 roku w założonym przez siebie prog-rockowym zespole Headspace. Damian Wilson w tym układzie jest wokalistą oraz gitarzystą, z kolei Adam Wakemen – syn legendarnego Ricka, klawiszowca zespołu Yes, gra na klawiszach (robił to wcześniej dla Ozzy’ego Osbourna). Tym razem panowie postanowili nagrać coś dla siebie i pod siebie, więc będzie zupełnie inaczej.
Dlaczego? Bo jest to płyta akustyczna, bardzo spokojna i wyciszona. W tej spokojny klimat wprowadza czarujący „Seek for Adventure”, gdzie najważniejszy jest bardzo ciepły fortepian. To właśnie ten instrument tutaj dominuje na całym albumie, wspierany przez rzadko pojawiającą się gitarę akustyczną jak w tytułowym utworze, gdzie jeszcze są prześliczne chórki w tle. Wyjątkiem od tej reguły jest najdłuższy w zestawie „Catch You When You Fall”, a śpiewam sam Wilson swoim niskim, ale trzymającym za gardło głosem. Panowie wiedzą też, gdzie przyspieszyć („Together Alone”), by potem się wyciszyć, uspokoić („Freedom is Everything”). Z jednej strony można marudzić, że jest tylko osiem kompozycji, ale to w zupełności wystarczy, bo jak wiadomo nadmiarem można byłoby przedobrzyć, a tak jet w sam.
Każdy utwór to osobna historia, która porywa jako całość. Wyróżnianie poszczególnych piosenek nie ma sensu, a gitara Wilsona połączona z klawiszami Wakemana zwyczajnie koi, uspokaja i uwodzi niesamowitą magią. Także wokale obydwu panów tworzą niesamowitą mieszankę. Adam troszkę przypomina swoim głosem Dona McLeana, a surowy i troszkę bardziej męski Wilson dopełnia tego obrazu. Nie czuć zgrzytu, panowie grają do jednej bramki.
Posłuchajcie tych opowieści, bo jest czego słuchać.
Kolejny ciekawy muzyk poznany dzięki radiowej Trójce. Ray laMontagne to muzyk rockowy, który do tej pory wydał pięć płyt i coraz bardziej skręca w stronę brzmień spod znaku blues rocka. Nie inaczej jest na ostatniej płycie pod dziwnym tytułem „Ouroburos”.
Od strony producenckiej Ray dostał wsparcie od Jima Jonesa – gitarzysty oraz frontmana zespoły My Morning Jacket. I gitara elektryczna nie została odłożona, chociaż otwierające całość „Homecoming” jest bardzo stonowane, przynajmniej na początku. Dwie minuty później pojawia się fortepian, sporadycznie się pojawiający i odzywający się z większą siłą, wspierany przez łagodną elektronikę oraz anielski wręcz głos Raya. Sporo popisują się muzycy na instrumentach jak w przypadku singlowego „Hey, No Pressure” ze świdrującą elektroniką na początku oraz surowej gitarze elektrycznej oraz utrzymany w podobnym tonie „The Changing Man” z bluesową gitarą płynnie przechodzący w „While It Still Beats”, gdzie na końcu dostajemy niesamowitą wokalizę.
Druga część to kolejne cztery utwory, a otwierający ten segment „i My Own Way” jest wyciszony, magiczny z delikatnymi klawiszami, troszkę przypominający spokojniejsze kompozycje Airbag. Podobnie jest z „Another Day”, gdzie swoje ma do zrobienia fortepian. Wtedy pojawia się jedyny instrumental, czyli „A Murmuration of Starlings”, by na finał dostać wolno grający „Wouldn’t It Make A Lovely Photograph”
LaMontagne gra tutaj spokojnie, może dla wielu za spokojnie, ale pięknie. Bez popisywania się, z silnie odczuwalną magią, którą dostrzega się z kolejnym odsłuchem. „Ouroburos” to taka bomba z opóźnionym zapłonem, która wali z podwójną siłą. Na pewno jeszcze do niej wrócę.
Brytyjska formacja Marillion to jedna z tych kapel, które w latach 80. wskrzesiły rocka progresywnego, dzięki czemu ten gatunek przetrwał do dnia dzisiejszego. Jednak wraz z odejściem charyzmatycznego wokalisty Fisha, zespół nigdy nie osiągnął takiego komercyjnego sukcesu (artystycznego zdaniem fanów też nie). Ale nawet ze Stevem Hogarthem na wokalu udało się wiele osiągnąć. Po 4 latach przerwy, gang z Aylesbury postanowił przypomnieć się i pokazał nowy materiał z mrożącym tytułem „FEAR”.
Pierwsze, co rzuca się w oczy to fakt, że jest tylko 5 utworów. Trzy z nich dzielą się na mniejsze części, tworząc bardzo mroczny obraz współczesnego świata. „El Dorado” zaczyna się spokojnym, wręcz sielskim obrazem: słychać ptaki, gra gitara akustyczna. Ale w drugiej minucie zaczyna dziać się coś niepokojącego: mechaniczny sygnał, klawisze stają się złowrogie i brzmią jakby wyły za czymś, co zniknęło bez możliwości powrotu. I fortepian też jakby płacze, a Hogarth nadal swoim niskim, wręcz szepczącym głosem kontynuuje. Wtedy następuje wyciszenie, klawisze stają się bardziej przyjazne, ciepłe wręcz i wtedy pojawia się sekcja rytmiczna (bas wręcz chłodny, perkusja delikatna) razem z gitarą akustyczną uspokają całość. I po minucie wszystko się nasila, a Rothery niczym huragan gra jeden raz, przycinając coraz mocniej oraz siarczyściej. I po mocnym riffie (okolica 7-8 minuty) znowu zmienia się klimat – klawisze brzmią futurystycznie i przestrzennie, a Rothery zapętla się wolnym riffem, wprowadzając mrok. 10 minuta zaczyna się szumem oraz zmienianym (mechanicznie) głosem Hogartha, nabierającym coraz większej siły z elektroniczną perkusją, futurystycznym tłem oraz łkającą gitarą, by na koniec się wszystko uspokoiło. To tylko jeden utwór i to 16-minutowy.
Znacznie spokojniejszej wydaje się „Living in FEAR” – delikatne dzwoneczki, anielski głos w tle, spokojny fortepian z gitarą w tle. To jednak zasłona dymna przed refrenem, gdzie gitara wyje niczym syrena alarmowa, perkusja uderza niczym młotek. Dawno ferajna nie brzmiała tak ostro.
I wtedy kolejny kolos – prawie 20-minutowy „The Leavers”. Początek niemal bajkowy, z cudownymi klawiszami oraz delikatniutką gitarką, by do tego towarzystwa włączyła się dynamiczniejsza perkusja. klawisze nadal czarują, ale grają w przyspieszeniu, sekcja rytmiczna jest wręcz triphopowa. Po trzech minutach gra samotnie fortepian, przerywany dziwnymi szumami, zaś Hogarth szepcze „Be careful/We’re live for you”, by zacząć śpiewać normalnie. Wtedy gitara gra łkająco, a w tle zaczynają grać smyczki z fanfarami (5 minuta), by po minucie wszystko uderzyć z cała mocą, a potem (zgodnie z tradycją) wyciszyć się fortepianem. Następnie słychać latający samolot (wbrew pozorom nie jest to Tupolew) i niebezpiecznie zaczyna się pulsować otoczenie, a gitara jest bardziej rozmarzona. W 10 minucie wraca fortepian (przedtem szum), ale z nim klawisze imitujące smyczki oraz wybuchowe połączenie gitary z perkusją. I co dwie minuty te ataki powracają, by 4 minuty przed czasem wyciszyć wszystko trąbkami oraz łkającą gitarą z fortepianem.
Chwilą spokoju jest ponad 8-minutowy „White Paper”, by na koniec zaserwować nam czteroczęściowy „The New Kings” i to najlepsza rzecz na tym wydawnictwie. Zaangażowany, krytyczny poemat antypolitycznym o samotności, strachu, miłości i rozczarowaniu (zwłaszcza finałowy „Why Is Nothing Ever True?”). Dawno ta grupa nie wchodziła tak pewnie na tak śliski temat, a wszystkie klocki pasuja do siebie. Nawet głos Hogartha nie wywołuje takiej irytacji, jak wielu się po nim spodziewa.
Innymi słowy to obok „Brave” najlepszy album Marillionu ze Stevem Hogarthem na wokalu i nie jest w żadnym wypadku ujma czy kompromitacja. Jest ostro (tekstowo), muzycznie to wysoki poziom, grupa jest sklejona jak nigdy, wreszcie pokazując pazur. Największa niespodzianka tego roku.