Jeff Beck – Loud Hailer

JeffBeckLoudHailer

To jeden z najbardziej popularnych gitarzystów z UK, któremu sławę i nieśmiertelność przyniosło „People Get Ready” nagrane z Rodem Stewartem. Teraz powraca z nowym, jedenastym albumem, skrzykując i tworząc nowy zespół (gitarzystkę Carmen Vanderberg, wokalistkę Rosie Bones – obydwie z zespołu Bones, perkusistę Davide Sollazziego oraz basistę Giovanni Pallotiego), który przy Becku wydaje się grupą młodzieniaszków.

To wszystko pachnie klasycznym rockiem, ale czuć współczesny sznyt. Brudno, ostro i nieprzyjemnie jest w powoli rozkręcającym się bluesie „The Revolution Will Be Televised”, gdzie Beck wsparty przez surową perkusję robi cuda z gitarą. Odrobinę retro czuć w singlowym „Live in the Dark”, pachnącym niczym kawałek z lat 60. w stylu Zeppelinów, by potem dolać ognia do pieca w momentach samego grania. Nawet w kawałkach bardziej pasujących do dyskoteki („Pull It” z riffami brzmiącymi niczym silnik samolotu), troszkę pachnie westernem (mroczny „Thugs Club”) czy podrasowanym folkiem (wyciszony „Scared for the Children”), a energetycznych riffów od naszego gospodarza nie powstydziłby się sam Jack White („Right Now”). I balladkę też potrafi porządnie pierdyknąć (spokojny „Shame”).

Więc Beck robi swoje i czaruje, jednak lekko podniszczony i raczej recytujący wokal Bones przykuwa uwagę. Uzupełnia się z riffami, śpiewa jakby trochę od niechcenia, dodaje energii do tego, co robi zespół (ognista „The Ballad of the Jersey Wives”), nie będąc tylko zbędnym dodatkiem.

Beck tutaj potwierdza jedno – jest nadal interesującym rockmanem, który dobrze odnajduje się we współczesnym świecie. Bawi się muzyką, nadal wie co robić z gitarą, a wsparcie młodszych kolegów zadziałało tylko na korzyść. Gdy trzeba jest głośno i ostro, ale nawet w wyciszonych numerach czuć, że to brzmi świetnie. Takiego rocka zawsze lubiłem i to właśnie dostałem.

8/10

Radosław Ostrowski

Power of Trinity – Loccomotiv

8_4558_MJM5230

Trójmiejska grupa Power of Trinity znana była z łączenia melodyjnych piosenek z dynamiczną energią oraz niegłupimi tekstami. Przekonałem się o tym przesłuchując ostatni album grupy „LegoRock” z 2014 roku. Tym razem postanowił cofnąć się i zapoznać z albumem wydanym w 2011 roku, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o tej kapeli.

„Loccomotiv” potwierdza to, co napisałem w poprzednim akapicie, dodatkowo jednak muzycy mieszają rocka z reggae (typowa dla tej muzyki „ciachająca” gitarka), wtapiając w to wszystko odrobinę elektroniki. I to działa, co już wyczuwamy w otwierającym całość „Ding Dong”, gdzie klawisze grające niczym alarm wspierają mocną gitarę w refrenie, by dostać reggae’owy mostek. Dodatkowo jest tutaj zbitka piosenek śpiewanych zarówno po polsku, jak i po angielsku, co na pewno urozmaica. I po takim openerze dostajemy singlowe „Chodź ze mną”, które jest niejako destylatem stylu zespołu – ponura elektronika, szybka sekcja rytmiczna (zwłaszcza w refrenie) oraz ostra gitara. Odzywa się czasami metaliczny bas („Fenix”), gitara niby spokojniejsza tworzy mroczniejszy klimat („Babilon”), nawet w spokojniejszych momentach („Jad”).

Power of Trinity w swoich tekstach nie unika krytycznego spojrzenia na świat zwanego w tym gatunku Babilonem, opowiada zarówno o miłości (czasami dowcipnie jak w „Wagonowej Love”), samotności i potrzebie bliskości. Nie ma jednak tutaj jazdy po banałach czy naiwnych metafor, a słucha się tego z niemałą frajdą, w czym pomaga wokal Kuby Koźby. Jedyne, co mnie nie do końca pasowało do całości była dubstepowa wersja „Whatta Love”, który dla mnie brzmiał po prostu dziwnie.

Na szczęście to jedyna poważniejsza skaza tej cholernie dobrej płyty. Takiego reggae’owego ognia nie czułem od dawna, unikając ogranych do bólu dźwięków. I to się chwali, bo takiego kolażu rocka z reggae nie spodziewałem się nigdy. Jest świeżo, energetycznie i niegłupio – trudno tego nie docenić.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mudcrutch – Mudcrutch 2

2_%28Mudcrutch_album%29

Dla wielu nazwa Mudcrutch nie będzie mówić zbyt wiele. Formacja ta zaczęła działalność w latach 70., by rozpaść się po 4 latach. Jednak frontman grupy – charyzmatyczny Tom Petty w 2007 roku skrzyknął starych kumpli (gitarzystów Mike’a Campbella i Toma Leadona, klawiszowca Benmonta Tencha oraz perkusistę Randalla Marsha), reaktywując kapelę znaną dotychczas z kilku singli. W 2008 roku wyszedł pierwszy album Mudcrutch, a teraz grupa atakuje znowu.

I znowu jesteśmy w latach 70., czyli czasach klasycznego rocka oraz macierzystym środowisku Petty’ego grającego także na harmonijce ustnej.  Czuć ten klimat już w singlowym „Trailerze”, który otwiera całość – jest gitara, gra przyjemnie Hammond, a Petty ze swoim charakterystycznym głosem czaruje. Nie znaczy to jednak, że będzie nudno, wolno i smęcąco. Troszkę ognia daje „Dreams of Flying”, gdzie gitary pachną starym stylem, perkusja daje taki rytm, ze da się tańczyć. I kiedy wydaje sie, ze dalej będziemy pędzić, pojawia się prawie 7-minutowy „Beautiful Blue”, pozwalający na chwilę oddechu oraz wyciszenia (świetnie tam gra fortepian), ale już „Beautiful Life” ze śpiewem perkusisty Marsha troszkę przypomina przyspieszone ELO. Spokój wraca w akustycznym „I Forgive It All”.

Gdy wydaje się, że dalej będzie tak spokojnie, że nic tylko położyć się, to wtedy pojawia się pędzący niczym bimber „The Other Side of Mountain” z Tomem Leadonem jako głównym wokalistą. Troszkę wolniejszy, ale równie gitarowy jest „Hope” z ciepłymi klawiszami, a tempo zachowuje skręcający w stronę boogie „Welcome to Hell” (ten fortepian) czy typowym dla Petty’ego „Save Your Water”.

Petty razem z kumplami z Mudcrutch nie odkrywa Ameryki na nowo, ale tworzy bardzo dobrą muzykę charakterystyczną dla siebie. Jest ogień, spokój i świetnie zachowane tempo – wszystko w odpowiednich proporcjach. I jestem pewny, że ten projekt jeszcze ma przyszłość.

8/10

Radosław Ostrowski

Graham Nash – This Path Tonight

Graham_Nash_This_Path_Tonight

Weterani znani są z tego, ze nie muszą nikomu, niczego udowadniać. Nagrywają takie płyty jakie chcą i z kim chcą oraz kiedy chcą. Graham Nash – jeden z członków legendarnej supergrupy Crosby, Stills, Nash & Young, kazał czekać aż 14 lat na nowy, solowy materiał. Wspierany przez producenta Shane’a Fontayne’a oraz skromny zespół wydał ciekawy i stonowany „This Path Tonight”.

Utwór tytułowy zapowiada bardziej melancholijny klimat – nie brakuje klasycznego, rockowego sznytu, pachnącego bluesem (Hammond, spokojna perkusja) oraz ciepłym, chociaż mocno nadgryzionym zębem czasu, wokalem Nasha. Dalej jest bardziej spokojnie, jesiennie wręcz, nawet obecność steel guitar tylko utwierdza w tym przekonaniu („Cracks in the City”), sporadycznie tylko przyspieszając, ale też bez jakichś turboprędkości („Beneath the Waves”). Ale nie szkodzi, bo całość jest bardzo spójna i ma swój klimat. Nash robi wszystko, by nie zanudzić na śmierć, co słychać choćby w „Fire Down Below” z kapitalnym refrenem, pełnym gitar, chórku czy odrobinę zadziornym „Another Broken Heart”. Nawet melancholijne piosenki jak „Golden Days” czy „Back Home” są pomysłowo zaaranżowane z ładnymi smyczkami oraz akustyczną gitarą.

Nash idealnie by się sprawdził w chłodny, jesienny wieczór. Zaledwie 10, ale za to jak pięknych piosenek dla osób, poszukujących refleksji i chwili odpoczynku od rzeczywistości. Małe zaskoczenie tego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Organek – Głupi

Organek_glupi

Tomek Organek nie wziął się znikąd, gdy wydawał swój solowy materiał. Gitarzysta, kompozytor i autor tekstów znany był już z działalności w zespole Sofa, który założył w 2003 roku. To jednak okazało się za mała i trzy lata temu założył własny zespół, współtworzony przez członków Sofy – basisty Adama Staszewskiego oraz perkusisty Roberta Markiewicza. I tak w 2014 roku wyszedł debiutancki album „Głupi”.

Zamiast elektroniki, funka i soulu, jest tutaj czysty rock. I to czuć od openera, czyli punkowego w duchu „Nazywam się Organek” – brud, nieostrość i przesterowany wokal. Nie sposób zapomnieć przedstawienia się gospodarza („Nazywam się Organek/I mam w sercu ranę”). Muzycy nawet jak zmieniają rytm i tempo, to pachną troszkę stylem z lat 70. (psychodeliczna „Dziewczyna śmierć”), gdzie czuć po prostu ogień, pociąg mknący z prędkością 300 km/h. Ale zdarzają się jednak wyboje w te drodze. Nie przekonuje mnie „Nie lubię” z monotonnym wokalem Organka i bełkotliwym (jak dla mnie) tekstem. Na szczęście w połowie utwór staje się porządnym instrumentalem, co można wybaczyć, ale akustyczny „Głupi ja” wprawił mnie w osłupienie i niechęć. Jednak najciekawsze dla mnie było szybkie „Młodziej szuka sensacji”, pachnący latami 60. „Italiano” (pod koniec eksploduje gitara z perkusją) oraz umieszczona na samym końcu „Ta nasza młodość”.

Organek próbuje nie być gorszy od kolegów z Zachodu i próbuje śpiewać także w języku Szekspira. Muszę przyznać, że radzi sobie nie najgorzej, co dowodzi w „King of the Parasites” oraz „Stay”. Muszę też przyznać, że teksty Organka nie są – wbrew tytułowi – głupie. Niepozbawione czarnego humoru („O, matko!”), trafnych obserwacji („Młodzież szuka sensacji”), odrobiny ironii (imprezowa „Kate Moss”) oraz popkulturowych alizji („Autostrada 666”).

„Głupi” przypomniał mi trochę oczywisty fakt, że nie należy oceniać całego albumu po singlach. One mnie w sporej części odstraszyły do bliższego zapoznania się z tym albumem. Dobrym, ognistym, porządnie zrealizowanym i z kilkoma chwytliwymi numerami. Aż nie mogę się doczekać następnego albumu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nowe Sytuacje – Jarocin Live 2015

66f461a82eb04828d9f9f9abb89cb004_L

Zespół Republika naznaczył piętnem polską muzykę rozrywkową na zawsze. Po śmierci Grzegorza Ciechowskiego grupa zakończyła działalność. Jednak by przypomnieć dokonania formacji, został powołany nowy, koncertowy projekt nazwany Nowe Sytuacje (od pierwszej płyty Republiki). Grupę tworzą byli członkowie Republiki: gitarzysta Zbigniew Krzywański, basista Leszek Biolik oraz perkusista Sławomir Ciesielski, a wsparli ich klawiszowiec Bartek Gasiul, a także wokaliści: Jacek Bończyk i Tymon Tymański. Oceniany album to zapis zeszłorocznego koncertu z festiwalu w Jarocinie.

I muszę przyznać, ze brzmi to fantastycznie. Muzycy wybrali nie tylko utwory Republiki, ale także Obywatela G.C. („Paryż-Moskwa 17:15”), co tworzy silną mieszankę wybuchową. Muzycy po prostu robią swoje, grają ostro i z pazurem („Kombinat”), ale też i lekkością, co może wywołać spore zaskoczenie. Nawet, gdy wydaje się, że będzie spokój („Zawsze Ty”), pojawiają się mocniejsze uderzenia perkusji oraz gitary. I co utwór widownia krzyczy „Republika”, więc są oni obecni. I muszę przyznać, iż mimo tego, że są to znane i lubiane utwory, brzmią po prostu fantastycznie. To nie jest odgrzewanie kotletów, a Bończyk („Paryż-Moskwa 17:15”, „Odmiana przez osoby”) i Tymon (kapitalny „Kombinat”) są niesamowici, naznaczając każdy utwór swoim piętnem, jak we wspólnie zaśpiewanej „Białej fladze” czy spokojniejszej „Sexy Doll”.

Utworów jest tylko dziesięć i wydawałoby się, ze taki koncercik nie powali. Zamiast w ilość, muzycy poszli w jakość, a niektóre wersje dorównują oryginałowi. Na sam koniec dostajemy „Śmierć na pięć”, gdzie słyszymy… samego Ciechowskiego. Muzycy pierwotnej Republiki znaleźli w sobie tyle ognia, że starczyłoby na kilka zespołów. Robi to nadal piorunujące wrażenie, a już pojawiły się wieści, że grupa dalej będzie funkcjonować, tym razem grając utwory z „Masakry”. Już nie mogę się doczekać.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Rival Sons – Hollow Bones

1000x1000

Amerykański kwartet Rival Sons to jedna z tych kapel, które garściami biorą z klasyki rocka ze wskazaniem na Led Zeppelin i innych twórców lat 60. Nie inaczej jest na najnowszym, piątym wydawnictwie grupy „Hollow Bones”, wyprodukowanej przez Dave’a Cobba.

W sporej części, są to kompozycje rzadko przekraczające pięć minut, ale pełne energii, kopa oraz takiego staroświeckiego sznytu, co czuć zarówno dynamicznej grze sekcji rytmicznej oraz pobrudzonej i surowej gitarze elektrycznej. Czuć to zarówno w dwuczęściowym utworze tytułowym (pierwsza jest krótka i dynamiczna, druga bardziej rozbudowana), jak i w gęstym od klimatu „Tied Up”, które mogłoby zrobić The Black Keys, gdyby im się chciało czy charakterystycznym dla tej grupy „Thundering Voices” i zmieniający tempo na linii zwrotka-refren „Baby Boy”.

Scott Holiday gra tak na gitarze, jakby był Jimmy’m Pagem czy Erikiem Claptonem z czasów Cream – innymi słowy, jest mocny jak cholera, a sekcja rytmiczna (Mike Maley i Dave Beste) dominuje za każdym razem, gdy się pojawia. Na mnie największe wrażenie robiło niby-spokojne „Fade Out” z niemal reggae’ową gitarą oraz rzadkimi, ale gwałtownymi atakami perkusji, dynamiczne „Black Coffee” (refreny, gdzie wszystko – łącznie z klawiszami oraz chórkiem – daje czaderskiego ognia) i mroczniejsza, druga część „Hollow Bones”, gdzie tempo i aura przechodzi z minuty na minutę (wyciszenie minutę przed końcem, by potem uderzyć z całą mocą).

Do tego mamy potężny głos Jaya Buchanana, który trzyma wszystko w garści i w połączeniu z cała resztą otrzymujemy totalny album, zrealizowany na najwyższym poziomie. Nawet zaskakująco wyciszona ballada „All That I Want”, gdzie najważniejsze są gitara akustyczna i smyczki, nie są w stanie zmyć tego wrażenia. Klimatyczna, energetyczna i czaderska – tak należy opisać „Hollow Bones”.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Koniec Świata – God Shave The Queen

God Shave the Queen

Katowicki kwintet Koniec Świata skupił moją uwagę sześć lat temu, gdy usłyszałem piosenkę „Oranżada”. Po czterech latach, grupa kierowana przez Jacka Stęszewskiego wydała nowy album pod prowokacyjnym tytułem „God Shave The Queen”.

Mogę zapewnić z całą stanowczością, że panowie nie śpiewają w języku angielskim, ale wszystko jest zrobione w duchu punk rocka, czyli ostro, szybko, melodyjnie. Czasami odezwą się klawisze („Jedna ręka nie klaszcze”), gitara pobrudzi (melancholijne „Kury” ze smyczkami pod koniec), odezwie się trąbka („Kotylion”), przyspieszymy niczym rakieta („Lovesick”), by potem zagrać… szantę („Balanga”) i zahaczyć o reggae (fragment „Carmen”), a nawet zagrać na mandolinie („Oligarchy”). I nad tym wszystkim gdzieś czuć ducha Pidżamy Porno, gdzie pełne ironii teksty zmieszane z punk rockową stylistyką miały siłę bomby atomowej, a wplecione smyczki, akordeon i mandolina mogłyby być wsparciem dla KSU.

A w tekstach Stęszewski opowiada i o miłości, polityce, skretynieniu społeczeństwa, samotności i nawet miejsce dla talent show się znalazło. Wokal może nie powala, ale współgra z tym, co słyszymy. Bywa dowcipnie, ale i refleksyjnie. Koniec świata jeszcze nie nadszedł, a na obecną porę roku jest to odpowiedni materiał.

7/10

Radosław Ostrowski

Elektryczne Gitary – Stare jak nowe. 25 przebojów na 25-lecie

stare jak nowe

Dwa lata temu jedna z moich ulubionych kapel pop-rockowych, oparta na dowcipnych i ironicznych tekstach Kuby Sienkiewicza obchodziła 25-lecie działalności zawodowej. Z tej okazji wyszła dwupłytowa kompilacja zawierająca największe hity zespołu.

Ktoś powie – składanka jak składanka, z jedną różnicą. Muzycy postanowili wszystkie te utwory nagrać od nowa, czyli z innymi aranżacjami, lekko zmodyfikowanymi tekstami (w „Głowach L.” pojawia się Putin) oraz znacznie starszym głosem Sienkiewicza. Pozornie może się wydawać, że różnice między nowymi aranżacjami są ledwie widoczne. Mocniejsza gra gitary („Dzieci wybiegły” zachowały punkowy charakter), rytmiczny bas („Przewróciło się”), westernowa perkusja („Noś długie włosy”) oraz obowiązkowy saksofon („Głowy L.”). Wszystko jest tutaj na swoim miejscu, a wybór piosenek nie zaskakuje. Nie brakuje dowcipnych tekstów („Kto ma klucze”), kinowych hitów („Kiler”, „Spokój grabarza”, „Co powie Ryba?”) oraz ich najlepszego numeru – „Wszystko ch***”.

Panowie nadal są w formie, grają tak jak sprawnie działająca maszyna, gdzie każdy zna swoje miejsce. Sekcja rytmiczna bywa miejscami dynamiczna i ostra („Kiedy mówisz człowiek”), czasami niemal reggae’owa („To koniec”), gitara jest przyjemna i elektryczna, a Kuba nadal śpiewa z lekkością, nawet ironią. Nadal te utwory potrafią rozbawić („Nie pij Piotrek”, „Ona jest pedałem”, gdzie wpleciono… hymn UE), skłonić do refleksji („Nic mnie nie rusza”), pokazać surrealistyczne obrazy („Wyszków tonie”), ale i pokazać zdarzenia z historii („Dywizjon 303”, „Był NZS”). Wszystko zrobione ze smakiem, głową i inteligentnie.

Tytuł jest w pełni adekwatny – niby stare, a lekko podrasowane. I nie jest to w żadnym wypadku skok na kasę. I wróciła elektryczna gitara do brzmienia. 🙂

8,5/10

Radosław Ostrowski

Red Hot Chili Peppers – The Getaway

Thegetawayalbum

Funkowa gitara, lekkie granie, chwytliwe melodie oraz ciepły głos Anthony’ego Kiedisa – tak można w skrócie opisać muzykę zespołu Red Hot Chili Peppers. Mimo poważnych roszad sprzed lat (gitarzysta John Frusciante odszedł i został zastąpiony przez młodszego Joshan Klinghoffera), kalifornijska kapela nadal tworzy i teraz ukazuje się najnowsze, jedenaste wydawnictwo.

Za „The Getaway” od strony producenckiej odpowiada Danger Mouse, ktoremu rozgłos przyniosła współpraca z The Black Keys. Czyli wiadomo, ze będzie bardziej oldskulowo, aczkolwiek nie bez eksperymentowania, niczym w starych utworach Red Hotów. Czuć to już w singlowych „The Getaway” oraz „Dark Necessities”, wspieranych przez lightowe klawisze oraz tak leciutką gitarę, że można poczuć się jakby się latało. Tutaj zawsze najważniejszy jest bas, wprowadzający melodię oraz klimat. Perkusja uderza tak do tańca („We Turn Red” z przepięknymi smyczkami w tle i gitarą akustyczną w refrenie), gitarka zagra melancholijnie (balladka „The Longest Wave” i „Goodbye Angels” z prześliczną wokalizą kobiecą w tle) albo funkowo („Sick Love”, „Go Robot”), a reszta też robi swoją robotę („Detroit” czy lekko psychodeliczne „Dreams of a Samurai”).

Całość jest bardzo lekka i przyjemna w odbiorze, czego można było zawsze spodziewać się po RHCP, a jednocześnie stylowa, świeża. Czasami czuć tutaj ducha Danger Mouse’a („The Hunter” z trąbką pod koniec), ale to akurat dobrze, bo wnosi wiele nowego do brzmienia. Nie spodziewałem się, że jeszcze będę się dobrze bawił przy płycie Papryczek.

7/10

Radosław Ostrowski