
Cugowski to jeden z dinozaurów polskiej sceny rockowej. Charyzmatyczny wokalista legendarnego zespołu Budka Sulfera po ogłoszeniu zakończenia działalności swojego zespołu, powinien przejść na emeryturę. Ale jak wiemy, ciągnie muzyka do studia i po 14 latach od poprzedniej solowej płyty, w zeszłym roku wyszedł nowy album Cugowskiego. I jest zaskoczenie.
Za produkcję odpowiada utalentowany pianista jazzowy – Stefan Gąsieniec. Nie znaczy to, że wokalista nagle zmienił entourage i z rocka przerzuca się na jazz. Jest po prostu głośniejszy i ostrzejszy niż by się początkowo mogło wydawać. Początek zaczyna się ostrymi riffami z wplecionymi Hammondami w tle, które (niestety) bywają lekko tłumione. I to tłumienie instrumentów bywa największym problemem. Natomiast piosenki i kompozycje to pozytywne zaskoczenie. „Ona” zaczyna się od ładnego akustycznego wstępu gitary (prawie jak country), by mocniej uderzyła perkusja z lekkim riffem i pazurem. Dla mnie jednak prawdziwymi petardami są mocny „Cień” ze świetnymi chórkami w refrenie, tytułowe numer niemal żywcem kopiujący „Kashmir” Led Zeppelin (ale nie stracił mocy) czy szybki, niemal grunge’owy „Milcz”. Dalej tez jest ciekawie – melancholijne „Szczęście” mogło powstać w studiu nagrane przez Marillion z ostatnich albumów (przepiękna gitara i sprytne perkusjonalia), wpleciona jak echo elektronika w „Nieskończenie” (perkusja z gitara robią cuda) czy finałowe „Na murze” z kapitalnym refrenem, który na stadionach robiłoby furorę. Tu nie ma słabych numerów.
Teksty nie są błahymi pierdołami, ale nawet ograną tematykę jak śmierć, samotność, nienawiść, przemijanie przedstawione są w niegłupi sposób, bez obrazy inteligencji słuchacza. Z kolei sam głos Cugowskiego, mimo upływu lat, jest mocny jak dzwon, ekspresyjny jak diabli i gdy trzeba zawyć, to wyje tak, że nikt mu nie podskoczy.
Cugowski, niczym Moc w ostatnich „Gwiezdnych wojnach”, przebudził się pokazując niesamowity potencjał tkwiący w tym głosie. Kooperacja z młodymi twórcami dała takiej energii, że można byłoby obdzielić kilka elektrowni. Jeśli pan Krzysztof ma kontynuować solowe działania, to liczę na kolejny album w takim stylu jak „Przebudzenie”. Jedna z przeoczonych produkcji roku 2015.
8/10
Radosław Ostrowski









