Krzysztof Cugowski – Przebudzenie

przebudzenie

Cugowski to jeden z dinozaurów polskiej sceny rockowej. Charyzmatyczny wokalista legendarnego zespołu Budka Sulfera po ogłoszeniu zakończenia działalności swojego zespołu, powinien przejść na emeryturę. Ale jak wiemy, ciągnie muzyka do studia i po 14 latach od poprzedniej solowej płyty, w zeszłym roku wyszedł nowy album Cugowskiego. I jest zaskoczenie.

Za produkcję odpowiada utalentowany pianista jazzowy – Stefan Gąsieniec. Nie znaczy to, że wokalista nagle zmienił entourage i z rocka przerzuca się na jazz. Jest po prostu głośniejszy i ostrzejszy niż by się początkowo mogło wydawać. Początek zaczyna się ostrymi riffami z wplecionymi Hammondami w tle, które (niestety) bywają lekko tłumione. I to tłumienie instrumentów bywa największym problemem. Natomiast piosenki i kompozycje to pozytywne zaskoczenie. „Ona” zaczyna się od ładnego akustycznego wstępu gitary (prawie jak country), by mocniej uderzyła perkusja z lekkim riffem i pazurem. Dla mnie jednak prawdziwymi petardami są mocny „Cień” ze świetnymi chórkami w refrenie, tytułowe numer niemal żywcem kopiujący „Kashmir” Led Zeppelin (ale nie stracił mocy) czy szybki, niemal grunge’owy „Milcz”. Dalej tez jest ciekawie – melancholijne „Szczęście” mogło powstać w studiu nagrane przez Marillion z ostatnich albumów (przepiękna gitara i sprytne perkusjonalia), wpleciona jak echo elektronika w „Nieskończenie” (perkusja z gitara robią cuda) czy finałowe „Na murze” z kapitalnym refrenem, który na stadionach robiłoby furorę. Tu nie ma słabych numerów.

Teksty nie są błahymi pierdołami, ale nawet ograną tematykę jak śmierć, samotność, nienawiść, przemijanie przedstawione są w niegłupi sposób, bez obrazy inteligencji słuchacza. Z kolei sam głos Cugowskiego, mimo upływu lat, jest mocny jak dzwon, ekspresyjny jak diabli i gdy trzeba zawyć, to wyje tak, że nikt mu nie podskoczy.

Cugowski, niczym Moc w ostatnich „Gwiezdnych wojnach”, przebudził się pokazując niesamowity potencjał tkwiący w tym głosie. Kooperacja z młodymi twórcami dała takiej energii, że można byłoby obdzielić kilka elektrowni. Jeśli pan Krzysztof ma kontynuować solowe działania, to liczę na kolejny album w takim stylu jak „Przebudzenie”. Jedna z przeoczonych produkcji roku 2015.

8/10

Radosław Ostrowski

Bic Cyc – Czarne słońce narodu

czarne slonce narodu

Kiedyś Big Cyc był jednym z najbardziej znanych prześmiewców współczesnej rzeczywistości. Ostatnie lata jednak są rozczarowujące, ale Skiba i spółka postanowili wrócić z materiałem świeżym. Czy „Czarne słońce narodu” jest warte uwagi?

Chyba tak, bo ekipa z Wybrzeża wraca do tego, co robiła najlepiej – szyderczego spojrzenia na obecną sytuację polityczną. Skibie i spółce też nie podoba się tzw. dobra zmiana. Jest punkowy bunt, zmieszany z chwytliwą melodyką. Całość jest dość krotka (tylko pół godziny), ale to w zupełności wystarczy. Nie brakuje też inspiracji Kultem (trąbki w „Antoni wzywa do broni”), chwytliwych refrenów („Płoną opony”) i czasami dosadnego języka, połączonego z szyderstwem. Dawno Dżej Dżej nie był tak wyrazisty, a kilka fraz („Polak na Polaka zawsze znajdzie haka”) zostanie w pamięci na długo w przeciwieństwie do ostatniego KSU. Big Cyc nie boi się panowie dołożyć Kaczyńskiemu („Czarne słońce”), przyłożyć w sprawie teczek (motorheadowy „Bolek”), piętnować hipokryzję („Jestem gotowy”), i jest przeciw PiS („Ja się nie zgadzam”), a wszystko zrobione z przymrużeniem oka. Chociaż tym razem ten śmiech, tkwi w gardle.

I nawet ta toporna muzyka pasuje do treści grupy. Kto by się spodziewał, że aby stworzyć jeden z najlepszych albumów w karierze, trzeba obejrzeć serwisy informacyjne. Może i za kilka lat zapomnimy o tym dziele, zapewne nie jest to nic odkrywczego, ale trzyma za pysk. Jestem zaskoczony.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Cochise – The Sun Also Rises for Unicorns

the-sun-also-rises-for-unicorns-0

Śpiewających aktorów jest cała masa, a jednym z bardziej wyrazistych w Polsce jest Paweł Małaszyński. Aktor kojarzony głównie z ról serialowych, od 12 lat jest frontmanem rockowej formacji Cochise, która wydała w zeszłym roku 4 album z dość niejasnym tytułem „Słońce świeci też dla jednorożców”. Już to mogłoby sugerować, że spodobałaby się Szeregowemu z „Pingwinów z Madagaskaru”.

Czuć tutaj klimat grunge’u podlanego metalem. Zaczyna się wolnym utworem tytułowym z zapętloną gitarą Wojciecha Napory, przypominająca dokonania Zeppelinów, by mocniej (w okolicy drugiej minuty) przyłoić perkusją i zmienić kompletnie klimat. „The Boy Who Lived Before” jest szybki i mroczny, a „I Don’t Care” nie powstydziłoby się w swoim dorobku Alice In Chains, a sekcja rytmiczna kosi. Spokojniejszy „Homeland” mogło nagrać Pearl Jam (nawet Paweł głosem przypomina Veddera), zaś „The Viper Room” z kapitalnym basem na początku wywołuje ciary. Konsternację może wywołać delikatny „Falling”, wywołujący skojarzenia z… Zakkiem Wyldem w jego spokojniejszych kawałkach. Dodatkowo nie boją się ubarwiać brzmienia dodatkami (melodia cyrkowa w – nomen omen „Circus”, elektronika i perkusja udająca bicie serca w niepokojącym „Perfect Place To Die” czy strzelanina w westernowym „Dead Man Wanted”), jednak nigdy nie tracą pazura oraz spójnego klimatu.

Sam Małuszyński ma mocny wokal, który świetnie współgra z mrocznym klimatem i pazurem brzmienia całej grupy. I trzeba powiedzieć krótko: nowy Cochise jest fantastyczne. Więc jeśli lubicie rockowe klimaty, zdecydowanie wyruszcie w tą podróż.

8/10

Radosław Ostrowski

Chemia – Let Me

let me

Warszawska grupa rockowa Chemia znana jest z powodu gitarzysty Wojciecha Balczuna, który został wybrany dyrektorem ukraińskich kolei państwowych. Jednak kapela z wokalistą Łukaszem Drapałą w zeszłym roku wydała album „Let Me”, za którego produkcję odpowiadał Mike Frazer, współpracujący m.in. z Metalliką czy AC/DC. Mocna rekomendacja?

Już „Fun Gun” to szybki energetyk, gdzie gitara i perkusja pędzą niemal na złamanie karku, jedynie w refrenie pozwalając sobie na spowolnienie. Pozornie wolniejszy jest „She”, ale poczekajcie do refrenu, jakiego nie powstydziłby się sam Motorhead. Perkusja wali mocno i zdecydowanie, a gitarowe riffy brzmią tak solidnie jak to tylko możliwe, nawet w tych wolniejszych numerach jak utwór tytułowy (świetna melodia gitarowa). Ale i tak liczy się tutaj power jak w chwytliwym i skocznym „I Love You So Much”, którego refren świetnie zabrzmiałby na koncertach czy w rozpędzonym „Grey”, a nawet pachną orientalnie (finałowe „Send Me the Ravens”).

Drapała sprawdza się dobrze na wokalu, dodając takiego kopa, jaki jest potrzebny, nie mniej i nie więcej. Także pozostali muzycy dają radę na swoich instrumentach, chociaż można odnieść wrażenie, że nie zawsze idą na całość. Może nie jest to coś, czego bym w rockowym graniu nie słyszał. Ale nie czuć tutaj znużenia czy monotonii. To po prostu dobry album z gitarami robiącymi po prostu swoje.

7/10

Radosław Ostrowski

The Lumineers – Cleopatra

Cleopatra_album_cover

O tym folkowym kwintecie z Denver zrobiło się głośno 4 lata temu, dzięki debiutanckiej płycie pod prostym tytułem „The Lumineers” z niesamowicie popularnym przebojem „Ho Hey”. Kwintet kierowany przez Wesleya Schultza i Jeremiaha Fraitesa, postanowiła przypomnieć o sobie i dlatego pojawia się nowiutki albumik – „Cleopatra”.

Nie ma co się łudzić – to bardzo spokojny album, gdzie dominuje jednak gitara elektryczna. Już otwierający całość „Sleep on the Floor” to bardziej dynamiczny kawałek z chwytliwą gitarą oraz przyspieszającą perkusją. Ale nie brakuje też potencjalnych przebojów jak singlowa „Ophelia” z szybkim fortepianem czy tytułowy utwór z bardziej brudną gitarą. Nie zapomniano też o łagodniejszym, folkowym obliczu grupy, dominującym od „Gun Song” z gitarą akustyczną i tamburynem czy wyciszonej „Angeli”. Próbują ubarwić tą krainę łagodności, w czym pomaga wspierający ich fortepian (czasami przechodzący ze spokoju w nerwowość jak w „In the Light”) czy mocniejszą (jak na ten gatunek) gitarą w szybkim „Long Way from Home”, przypominając troszkę Jeffa Buckleya.

Gitara gra bardzo przyjemnie, wręcz kojąco (walczyk „My Eyes”, gdzie momentami robi się głośniej), a wokal Schultza współgra z tym spokojnym rytmem, a całość zamyka pianistyczny „Patience”. Fani mogą od razu wziąć wersję deluxe, z trzema dodatkowymi utworami. I nie zmienia to faktu, że „Cleopatra” to porządny i dobrze zrealizowany tytuł.

7/10

Radosław Ostrowski

Black Stone Cherry – Kentucky

blackstonecherrykentuckycd

Rockmeni z południa USA, czyli popularny w macierzystym kraju Black Stone Cherry po dwóch latach od nieźle przyjętego „Magic Mountain” powraca z nowym dziełem. Okładka zapowiada coś mroczniejszego, ale czy tak będzie?

Otwierający całość „The Way of the Future” ma ciężki klimat, grunge’owy sznyt oraz ostre gitary. Riffy potrafią być mocne, agresywne, a sekcja rytmiczna kosi po równo niczym rasowy zabijaka („In Our Dreams” czy utrzymujący średnie tempo „Shakin’ My Cage”). Wszyscy działają niczym sprawnie utrzymana maszynka, a nawet pozornie wolne fragmenty, mają pazur („Feelin’ Fuzzy”). Na szczęście panowie pamiętają, że nie tylko łojenie się liczy i czasami dodają małe drobiazgi jak żeński chórek i dęciaki w „Soul Machine”, spokojniejszy wstęp w troszkę podniosłym „Long Ride” czy chór gospel na początku horrorowego „Rescue Me”.

O dziwo, nawet cover „War” Edwina Starra, podrasowano i podostrzono, zachowując jednak linię melodyczną. Dziwaczny wstęp z klaskaną perkusją do „Cheaper to Drink Alone” może wprawić w konsternację, podobnie jak dziwnie „zatrzymywana” gitara w „Darkest Secret”, jednak to tylko ubarwia brzmienie całości – równej, ostrej i surowej. Jedynym poważnym zgrzytem jest idący w country (gitara akustyczna i skrzypce) „The Rambler”.

Wokal Chrisa Robertsona troszkę pachnie grunge’m i czuć pewne podobieństwo do Chrisa Cornella, jednak mi to nie przeszkadzało. I jeśli lubicie mocne uderzenia oraz dynamiczne riffy, to tutaj jest tego mnóstwo.

7/10

Radosław Ostrowski

Wilki – Przez dziewczyny

0005E9K8WK2O6W1D-C122

Coś ostatnio trafiają mi do ręki albumy weteranów polskiej muzyki rockowej. Po średnim Lady Pank, nie liczyłem na wiele po Wilkach. Gawliński i spółka 4 lata temu zaskoczyli bardziej wyciszonym oraz refleksyjnym materiałem „Światło i mrok”. Po drobnych przetasowaniach (odejście Stanisława Wróbla, którego zastąpił Marcin Ciempel), stare wilki poczuły świeżą krew, atakując nowym materiałem.

Muszę przyznać, że grupa poczuła pazur i otwierający album westernowy „To, co piękne w życiu” jest szybkim, skocznym, gitarowym numerem z fajną trąbką na końcu. Zapomniałem dodać, że grupę wzmocnił gitarą oraz klawiszami, syn Gawlińskiego, Beniamin. Chłopak daje sobie radę, a nawet udziela się wokalnie – całkiem nieźle (najlepiej prezentuje się w ostrym „27th Floor”). Nie brakuje też spokojniejszych numerów, jednak brzmią co najmniej przyzwoicie, jak „Teraz powiedz nie” z chwytliwym refrenem czy niemal folkowe „Stać się innym” z harmonijką ustną, ale tak naprawdę siła napędową są tutaj energetyczne, dynamiczne kawałki, będące potencjalnymi przebojami z tytułowym utworem na czele.

Organowe „Kocham, bo nienawidzę” z nietypowo brzmiącą perkusją, surowe „Na warszawskich ulicach” z niemal marszową perkusją i sennym refrenem czy niemal galopująca „Ona tam jest” potwierdzają, że Wilki nadal mają pazur. Gawliński ze swoim głosem współgra z tą rock’n’rollową energią, a nawet teksty są nie głupie oraz unikające banału („Na warszawskich ulicach” opowiadająca o Warszawie czy „Wenus, tu Mars”).

„Przez dziewczyny” to najbardziej dynamiczny album Wilków od… w zasadzie odkąd grają. Gawliński znalazł w sobie tyle energii i pazura, ale i nie zapomina o fragmentach bardziej, jakby to ująć refleksyjnych i mistycznych (finałowy „Shaman’s Melody”). Tak się robi rocka, panowie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lady Pank – Miłość i władza

LADY%2BPANK%2Bokladka%2Bre

Trudno coś złego powiedzieć o Lady Pank – to jedna z najstarszych aktywnie kapel rockowych lat 80. W tym roku zespół obchodzi 35-lecie działalności i nie można było tego uczcić inaczej niż wydaniem nowego materiału. Tak powstała „Miłość i władza”.

Nikt tutaj nie odkrywa niczego nowego – to prosty, chwytliwy rock’n’roll z charakterystyczną grą gitary Jana Borysewicza, niemal żywcem wzięty z lat 80. Sekcja rytmiczna robi swoje, riffy bywają ostrzejsze („Władza”), ale dominują spokojniejsze rytmy („Trochę niepamięci”), ale nie można odnieść wrażenia, że kwartetowi brakuje zwyczajnie pomysłów i odcinają zwyczajnie kupony. Spora część materiału jest zwyczajnie spokojną, nudną pop-rockową młócką. Najlepiej ekipa sprawdza się w szybszych numerach jak bardzo imprezowe „Lizusy”, „Z niczego coś” z szybkim refrenem czy „Droga” z dzwonami w tle, jednak dla mnie największym problem są strasznie banalne teksty, o których poziomie nawet nie chce mi się pisać.

Panasewicz nadal śpiewa tak, jak za najlepszych czasów, tylko jak wspominałem te teksty są tak banalne, że nie da się ich zamaskować ani riffem, ani wokalem. Nawet melodie zaczynają się stawać powtarzalne i riffy Borysewicza działają tylko momentami. Szkoda, bo można było to lepiej wykonać zamiast odcinać kupony dawnej sławy.

5/10

Radosław Ostrowski

Zakk Wylde – Book of Shadows II

Zakk_Wylde_Book_of_Shadows_II

Zakk Wylde to jeden z ciekawszych gitarzystów rockowych lat 90., znany dzięki współpracy z Ozzym Osbournem oraz zespołowi Black Rebel Society. 20 lat po swojej solowej płycie „Book of Shadows” powraca do samodzielnego grania i teraz mamy szansę na niejako drugą część tego dzieła.

Sama gitara jest akustyczna, jednak aranżacje to już zupełnie inna sprawa, co już słychać w lekko podniosłym „Autumn Changes” z ciepłymi organami oraz smyczkami, zaś sama gitara elektryczna pojawia się łagodnie na samym końcu. Od początku przewija się melancholijny klimat przypominający dokonania klasycznego rocka. Zakk fajnie i lekko gra na gitarze, nadając całości odrobinę pazura. Spodobać się mogą sympatyczne snuje w postaci „Lay Me Down” (mocne riffy na koniec) czy wyciszonego „Lost Prayer”, który później zmienia tempo (znowu świetne riffy pod koniec). Całość jest bardzo spójna i pełna melancholijnego klimatu, spotęgowanego przez obecność Hammondów.

Ale muzyk jednak potrafi wprowadzić pewne subtelne detale – żeński chórek pod koniec „Lay Me Down”, dwugłos w „Darkest Hour”, piękny akustyczny wstęp w „The Levee”, organowe intro (niemal sakralne) w „Eyes of Burden”, fortepian w „Harbours of Pity”. A w każdym kawałku pod koniec Zakk pokazuje, co potrafi zrobić ze swoją gitarą i wtedy jesteśmy w muzycznym raju. Można się przyczepić, że wokal Wylde’a troszkę za bardzo przypomina Ozzy’ego, jednak zawsze tak bywa, gdy jest się pod wpływem mentora.

To znaczniejszy album niż się spodziewałem, bardziej jesienny niż wiosenny, ale nie oznacza, że jest zły. To przyjemna, ciepła i bardzo refleksyjna produkcja rockowa. Pozytywne zaskoczenie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jeff Buckley – You And I

You_and_I_%28Front_Cover%29

To jeden z tych wykonawców, którzy wydali jedną płytę, ale szansę na większą karierę przerwała śmierć. Kimś takim w USA – poza Evą Cassidy – był Jeff Buckley, którego najbardziej znaną piosenką był cover „Hallelujah” Leonarda Cohena. Teraz wychodzi album zawierający kolejny zestaw coverów.

Utwory nagrano podczas sesji w lutym 1993 roku, a zestaw utworów jest nie do końca oczywisty, chociaż są to kompozycje znanych wykonawców jak Bob Dylan, Led Zeppelin czy The Smiths. Jest tylko Jeff i jego gitara. Czasami odezwie się oszczędna perkusja (bluesowe „Everyday People”), jednak to Buckley ze swoim głosem jest na pierwszym planie, tak jak w wyciszonym „Don’t Let the Sun Catch Your Cryin'” czy utrzymanym w podobnym tonie „Calling You”. Bonusem można nazwać wersję demo „Grace” oraz napisany przez Buckleya „Dream of You and I” (bardziej gadany niż śpiewany, gdyż Jeff opowiada o tym utworze).

Można narzekać, że jest za spokojnie (wyjątkiem jest „The Boy with the Thorn In His Side”) i zbyt skromnie, jeśli chodzi o instrumentarium, ale głos Buckleya oraz jego gra na gitarze potrafi tak oczarować, że takie mankamenty nie mają żadnego znaczenia. Potrafi poruszyć (finałowe „I Know It’s Over”), jak i zabrzmieć bardziej ekspresyjnie („Night Flight”), pokazując ogromny potencjał, który nie został w pełni wykorzystany.

8/10

Radosław Ostrowski