Chris Isaak – First Comes the Night

First_Comes_The_Night

Ten wokalista i aktor nierozerwalnie kojarzy się z rock’n’rollem, a barwę głosu ma zbliżona do samego Elvisa. Najnowszy, dwunasty album raczej nie zmieni tego wizerunku.

Od strony produkcyjnej za „First Comes the Night” odpowiadają Dave Cobb (współpraca m.in. z Europe), stary znajomy Chrisa Mark Needham oraz znany z muzyki country Paul Worley. Nie zmieniła się obecność, chociaż otwierający całość utwór tytułowy jest akustyczny, troszkę w stylu country z ciepłymi klawiszami w tle. Gitara elektryczna bardziej ożywia się już w „Please Don’t Call” (zwłaszcza pod koniec), a dalej jest jeszcze ciekawiej. Nie zabrakło dęciaków (uroczy „Perfect Lover”), podśpiewywania chórków (rockabilly „Down in Flames”), plumkających smyczków (romantyczny „Reverly”), fortepianu („Baby What You Want Me To Do”), jazzowej perkusji („Kiss Me Like A Stranger” troszkę przypomina „Wicked Game”) czy ostrzejszej gitary („Dry Your Eyes”). Same kompozycje są dobre i tworzą klimat retro, a różnorodność tempa działa zdecydowanie na plus. Nostalgiczny klimat dawnych czasów plus ujmujący głos Isaaka działają niesamowicie. Dodatkowo wersja deluxe zawiera dodatkowe pięć utworów i choć kilka z nich to country niekoniecznie najlepsze („Every Night I Miss You More” smęci strasznie), ale reszta to stylowy rock’n’roll.

Isaak nie musi nikomu niczego udowadniać, co nie znaczy, że jego albumy są nudne i nieciekawe. To podróż do przeszłości i początków muzyki rozrywkowej, tej od Elvisa P. A to wystarczy za rekomendację.

7/10

Radosław Ostrowski

Jeff Lynne’s ELO – Alone in the Universe

Alone_in_the_Universe

Jeffa Lynne’a znałem jako solistę oraz producenta muzycznego. Sławę przyniósł mu też działający przez niego w latach 70. i 80. zespół Electric Light Orchestra. Ale w 1986 roku doszło do rozłamu i Jeff Lynne zaczął działać solo. A w tym roku postanowił reaktywować swoją formację (poza nim gra tylko gitarzysta Steve Jay) i nagrać pierwszy od 14 lat album pod szyldem ELO. A żeby nie było wątpliwości, że to jego grupa dodał do nazwy swoje nazwisko.

Przyznam się bez bicia, że znam dorobku ELO i na pewno będzie to miało wpływ na ocenę. Zaczyna się od nostalgicznego i ładnego singla „When I Was a Boy”, przypominającego troszkę przeboje Bitelsów. Dalej jest bluesowy „Love & Rain” z ładnymi gitarami. Same kompozycje są po prostu ładnie zagrane i pełne ciepła jak w „Dirty To The Bone”, perkusja brzmi tak jak we wszystkim, w czym palce macza Lynne, czasem przewiną się w tle smyczki (szkoda, że elektroniczne). Nie brakuje zarówno bardziej rozmarzonych utworów („The Sun Will Shine on You”), jak i tych bardziej dynamicznych (rock’n’rollowy „Ain’t a Drug”). Dla mnie chyba problemem jest to, że już to wszystko gdzieś słyszałem. Wybijają się najbardziej dwa pierwsze utwory oraz przepełniony kosmiczną elektroniką „Alone in the Universe”. Nawet dwa dodatkowe utwory (same w sobie niezłe) nie powalają.

Wokal Lynne’a jest niezły, a i samej płyty słucha się z dużą przyjemnością. Nie jest to jakiś wielki powrót czy odkrywcza rewolucja, ale porządna produkcja. Tylko i aż.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Tomek Lipiński – To, czego pragniesz

00tomek_lipinskito_czego_pragnieszpl2015front

Najtrudniej oceniać jest płyty wykonawców i zespołów uchodzących za legendy, bo z jednej strony szacunek dla dorobku może zmusić do wygłoszenia opinii bardziej pozytywnych, niż na to zasługują. Ale zdarza się, iż mimo wieku i doświadczenia, nadal mogą mieć coś do powiedzenia. Ciekawe, jak będzie w przypadku Tomka Lipińskiego – jednego z czołowych polskich punk rockowców, założyciel grup Tilt i Brygada Kryzys.

W zasadzie pod względem stylistycznym, nic się nie zmieniło – jest to nadal mieszanka rocka, reggae, punka i nowej fali. Zaczyna się od łagodnego (choć z metalicznymi riffami) „Hej, witaj znów” i mroczniejszego „Dlaczego to Ty”, do której dołącza harmonijka ustna. Jednak muzyk nie zapomina o dynamice czy melodyjności jak w „To tylko kilka słów” ze zgranym wejściem gitarowo-perkusyjnym czy „brudnym” „Sześćdziesiątym ósmym”. Reggae’owe „Nie idź w tamtą stronę” przyjemnie buja, tak jak „Uciekasz”. Mroczniejsze klawisze „Trzeba ją wychłostać” idą w nową falę, podobnie jak „Handlarz kupuje”, który prostymi środkami buduje niepokojącą atmosferę.

Sam Lipiński nie stracił swojej barwy, a w tekstach nadal jest uważnym obserwatorem rzeczywistości. Jednak opowiada o tym w sposób prosty i czytelny, nadając charakter uniwersalny. Lęki, podział polityczny, rozliczenia z przeszłością – tutaj jest wiele refleksji, a nie jakieś banalne opowiastki o miłości.

I ku mojemu zdumieniu, Lipiński nadal trzyma fason, a dla osób nie znających jego muzyki, „To, czego pragniesz” będzie intrygującym oraz ciekawym spotkaniem z legendą. I w żadnym wypadku nie jest to ramota.

7/10

Radosław Ostrowski

Billy Gibbons – Perfectamundo

Perfectamundo

Rockmani kojarzą się głownie z gitarami elektrycznymi, kolesiami w kurtkach i imprezowiczach. A jeśli spróbujemy zrobić połączenie rockmana z brodą, to może wyjść tylko jedno – ZZ Top i jego frontmanem Billym Gibbonsem. Gitarzysta oraz wokalista postanowił zrobić sobie przerwę z macierzysta kapelą i wydać pierwszy solowy album, w czym pomógł przyjaciel oraz muzyk Martin Guigui znany też jako Chino Pons, a także producent Joe Hardy.

Już pierwsze dźwięki gitary zdradzają styl Gibbonsa, ale otwierający całość „Got Love If You Want It” jest dość zaskakujący z powodu… karaibskiej perkusji, towarzyszącej nam do końca oraz lekkiego klimatu. Gdyby nie wokal Gibbonsa i jego riffy, pomyślałbym, że to kolejny album Santany. Nie brakuje szybszych numerów („Treat Her Right”) oraz różnych eksperymentów jak w „You’re What’s Happenin’, Baby”, gdzie mamy westernowy początek akustyczny, solo na Hammondzie, rapowaną zwrotkę oraz świetne riffy na koniec – szok gwarantowany czy karaibskiego, imprezowego klimatu („Sal Y Pimiento” z troszkę przerobionym cyfrowo wokalem, co mi się nie podoba oraz w podobnym tonie grane „Hombre Sin Nombre”). Ale gdy Gibbons idzie w stronę rockowego grania, wtedy jest naprawdę ciekawie. Tak jest w luzackim „Pickin’ Up Chicks On Dowling Street” (do czasu), a gdy gra gitara wtedy wszelkie udziwnienia przestają przeszkadzać jak w „Piedras Negras”.

Trudno mi jednoznacznie ocenić solowy album Gibbonsa, który chce być czymś innym niż ZZ Top. Karaibskie rytmy, różnego rodzaju cudaczne „ubarwiacze” elektroniczne mogą znużyć i wywołać frustrację, z kolei riffy muzyka oraz jego charakterystyczna barwa pomagają przez te niewygody jakoś przejść. Więc jest tylko przyzwoicie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Grzegorz Ciechowski – Spotkanie z legendą

Spotkanie_z_legenda

Tribute albumy zawsze są trudne, bo wtedy mierzy się z wykonawcą o statusie legendy. Zwłaszcza, jeśli tą legenda jest Grzegorz Ciechowski, frontman zespołu Republika – jednej z najważniejszych polskich grup lat 80. Jednak znalazła się garstka szaleńców, która podjęła wyzwanie, wsparci przez orkiestrę pod batutą Adama Sztaby, a całość zrealizowano w Teatrze Dramatycznym w Warszawie.

I trzeba przyznać, że to brzmienie bardzo zaskakuje, a najbardziej znane przeboje Republiki nabierają nowych interpretacji. Słychać to w otwierającej całość „Białej fladze”, która zaczyna się powoli, z coraz bardziej narastającymi smyczkami i wiercącymi w tle gitarami. Ale tylko do połowy, gdy dostaje rockowego ognia oraz bardziej spektakularnego finału dęciakowo-pianistyczno-perkusyjnego, w czym pomaga mocny głos Piotra Cugowskiego. „Nieustanne tango” jest… tangiem, zaczynającym się dość klasycznie i spokojnie (flety i fagoty), do których dołączają werblowa perkusja oraz smyczki, by w refrenie osiągnąć ekstremum uderzenia, a szorstki wokal Marka Dyjaka sprawdza się bez zarzutu. „Telefony” to klasyczna mieszanka rockowo-symfoniczna (aranżacja z dęciakami na pierwszym planie – mocne), ale wokal zespołu Red Lips mocno psuje wrażenie, ale już wyciszony „Tu jestem w niebie” (dobrze śpiewający Igor Herbut z grupy Lemon) z finałowym patosem w postaci pełnego brzmienia orkiestry. „Moja krew” nabiera mroku, nie tylko dzięki Justynie Steczkowskiej (bardziej wrzeszczy niż śpiewa, ale to się sprawdza), ponuremu wstępowi (krótka gra fortepianu oraz walcowe smyczki), zapętlającemu się i dodającemu kolejne instrumenty.

Im dalej, tym ciekawiej. Nie zabrakło nastrojowej ballady („Ani ja, ani ty” z Melą Koteluk na pokładzie czy „Tak długo czekam” z poruszającym Skubasem i gitarowym wstępem), pazura (agresywny, niemal metaliczny „Kombinat” z Tymonem Tymańskim – strzał w 10), ale co najciekawsze zostaje zachowany wysoki poziom, a kilka aranżacji zaskoczyło innością („Nie pytaj o Polskę”). Nie będę więcej opowiadał, bo sami powinniście zmierzyć się z tą fantastyczną płytą.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dave Gahan & Soulsavers – Angels & Ghosts

Angels__Demons

Duet producencki Soulsavers (Rick Machin i Ian Glover) znany był z triphopowej, elektronicznej muzyki, a wokalnie wspierał ich Mark Lanegan. Ale 3 lata temu zmieniło się wszystko, gdy zagrali jako support przed Depeche Mode. Wtedy sam Dave Gahan chciał z nimi nagrać album i tak powstało „The Light the Dead See” – poruszająca, wyciszona płyta pełna żywego instrumentarium. Współpraca była tak owocna, że panowie postanowili pójść za ciosem. I tak mamy „Angels & Ghosts”.

I pierwsze, co rzuca się w uszy, to większy rozmach oraz szybsze tempo w porównaniu do poprzednika. Brudne „Shine” z nieprzyjemną gitarą, pachnące rockiem lat 60. „You Owe Me” (Hammond w tle, gitara łagodna) mogłoby się spokojnie znaleźć w jednym z filmów Davida Lyncha (te smyczki i chór pod koniec – rewelacja). Trop filmowy nie jest przypadkowy, gdyż każdy utwór spokojnie mógłby trafić do soundtracku. Czuć tutaj mocne wpływy bluesa (spokojniejsze „Tempted”) oraz gospel (chórki w niemal każdym utworze), w tle jeszcze podlecą smyczki (singlowy „All of This and Nothing”), zasmęci fortepian (najsłabsze „One Thing”) i zagra trąbka (melancholijne „Lately”).

Innymi słowy, powstała bardzo dobra mieszanka blues-rockowa z elementami gospel oraz silnym, niemal natchnionym głosem Dave’a Gahana. Niby nic nowego w dorobku Anglika, jednak fani zarówno Depeche Mode jak i Soulsavers mogą być pozytywnie zaskoczeni, a takie kooperacje zawsze są świetne dla słuchaczy. Tak samo jest i tutaj.

8/10

Radosław Ostrowski

Ryan Adams – 1989

1989

Coverowanie utworów to praktyka powszechnie znana i nie jest niczym nowym. Jednak 40-letni amerykański gitarzysta i wokalista, Ryan Adams wspiął się na wyżyny coverów. Bo postanowił nagrać własną wersję… całej płyty. I to nie byle jakiej, bo „1989” Taylor Swift, a cała płyta jest do przesłuchania na YouTube.  Jak pop przerobić na rock?

Adams sam przyznał, że chciał zrobić coś w stylistyce The Smiths oraz Bruce’a Springsteena. Wokalista ma głos podobny do Bossa, co słychać w openerze „Welcome to New York”, nadając mu styl rocka z lat 70., a pod koniec gitara współgra razem z elektronicznymi smyczkami. Drugim szokiem jest akustyczne „Blank Space” z cichym głosem Ryana, pod koniec idące w…  country. Im dalej, tym ciekawiej. Garażowe „Style”, melancholijne „Out of the Woods” (w połowie akustyczne, w połowie nie), ocierające się o czasy świetności U2 „All You Had to Do Was Stay” (ten bas i tempo), wyciszone „Shake It Off” z łagodnymi klawiszami czy stonowane i przestrzenne „Bad Blood”. Każdy z utworów to niespodzianka, ale mimo spójnej estetyki nie ma miejsca na nudę.

Nie pamiętam sytuacji, żeby jeden artysta dokonał coveru całej płyty. Adams każdy utwór naznacza swoim własnym piętnem i wychodzi mu to tylko na zdrowie.  Fani Taylor Swift przeżyją szok i może dojdzie do tego, że Ryan Adams przebije się dzięki nim do szerszego grona odbiorców.

8/10

Radosław Ostrowski

Bryan Adams – Get Up!

Get_Up_2015

Sympatyczny Kanadyjczyk w zeszłym roku przypomniał o sobie nagrywając składający się z coverów „Tracks of My Life”. Jednak fani cały czas czekali na płytę z nowym materiałem, autorskim. Wreszcie po upływie roku pojawia się nowy materiał Adamsa, za którego produkcję odpowiada Jeff Lynne – frontman legendarnego zespołu Electric Light Orchestra.

Brzmienie Lynne’a jest bardzo łatwe do rozpoznania, dzięki charakterystycznym uderzeniom perkusji oraz delikatnej, choć nie pozbawionej przebojowości gitarze, przypominającej czasy świetności rock’n’rolla (lata 50. i 60.). Słychać to już w szybkim, singlowym „You Belong To Me”. Nie brakuje jednak bardziej garażowej gitary („Go Down Rockin'” czy spokojniejszy „We Did It All”), klaskania („That’s Rock And Roll”), delikatnego smęcenia („Don’t Even Try”), a nawet pojawia się sitar („Do What You Gotta Do”). Co najważniejsze, mimo spójne stylistyki, nie czuć znudzenia, a było o to bardzo łatwo. Jest nostalgicznie, bardzo radiowo (nie jest to wada) i zdecydowania dla fanek Adamsa.

Głos Kanadyjczyka idealnie sprawdza się w tej estetyce. Chociaż słychać wiek, to nadal zachował wigor i energię, która go nie zawodziła. Na sam koniec dostajemy jeszcze 4 utwory w wersja akustycznych, gdzie jest tylko Adams i gitara. Nowych fanów Bryan raczej nie zdobędzie, chyba ze lubią takie nostalgiczne granie. Cała reszta powinna wyjść zachwycona.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Blackmore’s Night – All Our Yesterday

Blackmores_Night__All_Our_Yesterdays_2015

Richie Blackmore razem ze swoją żoną Candice Night dalej bawi się w średniowiecznego minstrela. Dwa lata po nieźle ocenionej płycie „Dancer and the Moon”, postanowił zaatakować ponownie. Czy należy spodziewać się poważniejszych zmian?

Raczej nie. Już otwierający całość utwór tytułowy brzmi znajomo – akustyczne gitary, bębenki, smyczki i flety – cały średniowieczny entourage pozostaje w całości niezmieniony, ale sama kompozycja jest na tyle skoczna, że sprawdza się dobrze. Nie brakuje utworów instrumentalnych (chwytliwe „Allan Yn N Fan”, gdzie wreszcie odzywa się gitara elektryczna – łagodna, ale jednak, bardziej refleksyjne „Queen’s Lament” czy „Darker Shade of Black” z wokalizą Night, organami oraz popisówą innych instrumentów. BTW, czy tylko mi troszkę przypomina „Air Ludwiga van Beethovena?), ale i piosenek, których większość to covery. Z nich najlepszy jest „Moonlight Shadow” (przestrzenny i ciepły głos Night porusza, a aranżacja jest naprawdę porządna) oraz niemal akustyczny, ale bardzo epicki „I’ve Got You Babe”. Jest jeszcze autorski „Where Are We Going From Here” z piękną wstawką instrumentalną w środku.

Grupa nie zmieniła stylu, ani estetyki i troszkę szkoda, że za mało rocka w tym wszystkim. Liczyłem na mocniejsze wejście Blackmore’a, ale tak też jest dobrze.

7/10

Radosław Ostrowski

The Dead Weather – Dodge and Burn

Dodge__Burn

Z supergrupami jest tak, że spodziewamy się kolażu dorobku członków macierzystych formacji, które tą grupę tworzą i zazwyczaj jest to jednorazowa akcja. I tak by się wydawało, że z The Dead Weather będzie tak samo. Wydali dwie płyty w ciągu roku i zamilkli. Teraz po pięciu latach Alison Mosshart (wokalistka i gitarzystka The Kills), Dean Farista (gitarzysta i wokalista The Waxwings), Jack Lawrence (basista The Racounters) i Jack White (The White Sprites, obecnie solo) połączyli siły i wydali album nr 3, wyprodukowany przez White’a.

Początek jest obiecujący, bo singlowe „I Feel Love (Every Million Miles)” ma brudne riffy w stylu Jacka White’a, sekcja rytmiczna robi swoje, a bardzo męski wokal Mosshart  stanowi przebojowy kolaż oraz dużą dawkę energii (nawet w zwolnionej drugiej połowie). Echa lat 60. i 70. są mocno odczuwalne (chropowaty „Buzzkill(er)” czy staroświecko brzmiąca perkusja w zeppelinowskim „Let Me Through” z mroczną elektroniką), ale brzmią troszkę współcześnie. Czasami odezwie się elektronika (ponury „Three Dollar Hat” z wokalem White’a), pojawiają się nawet elementy reggae (perkusja oraz organy w psychodelicznym „Lose the Right”), jednak to są tylko małe ubarwiacze, zdominowane przez dynamiczne riffy Mosshart, mocną perkusję White’a (szybki początek kapitalnego „Open Up”, który przyspiesza) oraz klawiszami budzącymi grozę (niepokojący „Be Still”).

Całość jest bardzo równa i pokazuje, że White jest lepszy w takich projektach niż na solowych płytach, gdzie pitoli na akustycznej gitarze, grając folk i country. Supergrupa czerpie garściami z klasycznego rocka i jednocześnie wyrabia swój własny styl. Świetna płyta, która da ognia w chłodne, jesienne wieczory.

8/10

Radosław Ostrowski