Bryan Adams – Tracks of My Life

Tracks_of_My_Life

W ostatnim czasie bardzo modne stało się nagrywanie przez muzyków płyt z utworami pochodzącymi z czasów swojej młodości. Zazwyczaj jest podejrzenie, że jest to robione z czystej kalkulacji, by powiększyć stan swojego portfela, inni z braku pomysłów, a jeszcze inny, by przypomnieć o sobie. Do tych ostatnich zalicza się próbujący wrócić do czasów swojej świetności Bryan Adams. Po sześciu latach przerwy postanowił nagrać cover album. Czy udało się wrócić do dobrej dyspozycji?

Adamsa przy produkcji wspierali Bob Rock oraz David Foster, którzy na tego typu produkcjach znają się jak mało kto. A Adams na “warsztat” wziął utwory takich wykonawców jak The Beatles, Creadence Clearwater Revival, Bob Dylan czy Chuck Berry. I od razu muszę przyznać, że wybrano niekoniecznie te największe hity. W dodatku aranżacje są całkiem przyzwoite. Owszem, pojawia się delikatnie grająca gitara elektryczna (“Any Time At All”), czarujący fortepian ze smyczkami (“I Can’t Stop Loving You”), skręty w rejony folkowe (“Lay Lady Lay”), a nawet dynamiczna zadyma w starym stylu (“Rock and Roll Music”). Ale I tak najlepiej sprawdza się Adams w nastrojowych balladach (jedyny nowy utwór, czyli dobre “She Knows Me” czy choćby utwór tytułowy).

Nie jest to nic zaskakującego, a charakterystyczny wokal Adams sprawia niezłą frajdę. A wersja rozszerzona zawiera cztery dodatkowe covery  oraz jeden niepublikowany utwór Adams (skoczne “You’ve Been a Friend To Me”). Nie ma tutaj odkrywania Ameryki na nowo, ale też nie ma mowy o jakiejś kompromitacji czy wstydzie. Mam nadzieję, że Adams znów nagra własne utwory. I że będą fajne.

7/10

Radosław Ostrowski

Anita Rywalska – Grunge

Grunge

Pewnie wielu osobom to nazwisko nic nie mówi. Mnie też nie skojarzyło się od razu, ale jak podaje Wikipedia Anita Rywalska jest śpiewaczką operową (głos sopran), wykonującą głównie utwory Schubertha i Bizeta. Ale tym razem postanowiła zmierzyć się z klasyką muzyki grunge, co wydawałoby się samobójstwem.

Ale nie od dziś wiadomo, ze muzyka rockowa lubi operowy patos i przepych, co widać choćby w zespołach Nightwish czy Evanescence. Aranżacji podjęli się Jarosław Zawadzki oraz Kris Górski mieszając symfoniczne granie, gitarowe wejścia oraz wokal Rywalskiej. Efekt – nie brakuje smyczkowych szarż („No Excuses” czy „Even Flow”), które nadają epickiego rozmachu. Za to w odwrotnym kierunku poszło „Black Hole Sun”, gdzie spokojniejsze zwrotki skontrastowano z potężnie brzmiącym refrenem, m.in. dzięki wprowadzeniu chóru w tle czy oszczędnym (przynajmniej na początku) „Come As You Are”. Czegoś takiego jeszcze u nas nie grali. I pozornie ta mieszanka powinna odrzucić, a budzi we mnie najwyższe uznanie. Jak się nie zachwycić takim niemal akustycznym „Hunger Strike” z pięknie grającymi gitarami oraz chórkami w refrenie, brzmiące dość anielsko? I nawet gitara elektryczna tutaj dopełnia obrazu. Jest jeszcze sporo znanych utworów, ale lepiej będzie samemu się przekonać jak wypadł ten nietypowy eksperyment. Dlatego tym razem powstrzymam się od oceny.

Radosław Ostrowski

The Tea Party – The Ocean at the End

The_Ocean_At_The_End

To jeden z najpopularniejszych zespołów rockowych z Kanady, który mieszał rocka, bluesa i progresywne dźwięki. Trio w składzie Jeff Martin, Stuart Chadwood i Jeff Burrows po wydaniu 7 studyjnych płyt postanowili rozwiązać działalność w 2005 roku. Ale teraz ukazał się nowy album grupy, gdyż panowie doszli do wniosku, że bez siebie żyć nie potrafią. I tak mamy album nr 8.

Za produkcję odpowiada wokalista, czyli Jeff Martin. I stylistycznie nic się tu nie zmieniło – gitary nie zostały ostawione, sekcja rytmiczna nadal funkcjonuje. A że panowie nie zapomnieli jeszcze jak to się gra, widać już w „The L.O.C.” z szybką, lekko orientalną gitara elektryczną oraz lekko bluesową akustyczną wspartą przez perkusję waląca niczym na ostatniej płycie Mastodona. Podobnie brzmi „The Black Sea” z bardziej „garażowymi” gitarami oraz kapitalną grą sekcji rytmicznej (gościnnie kastaniety). Ciekawszy jest „Cypher” z ponurym elektronicznym wstępem oraz wokalizami buduje klimat. Wyciszeniem oraz uspokojeniem jest bardzo delikatny „The Maker” napisany przez Daniela Lanois i Briana Eno, podobnie „Black Roses” z wplecionymi gitarami akustycznymi (pachnącymi trochę country), organami w zwrotkach oraz w środku utworu smyczkami. Energiczne jest „Brazil” z wplecionymi dęciakami w refrenie oraz mocno orientalne (dzięki elektronice oraz gitarze) w „The 11th Hour”. Ale im dalej w las, tym bardziej monotonnie brzmi muzyka, jednak poniżej pewnego poziomu grupa nie schodzi.

Bardzo przykuwa uwagę wokal Jeffa Martina – trochę siarczysty i miejscami mroczny. Ale jedno nie ulega wątpliwości – The Tea Party wraca do gry i do formy. A płyta jest piekielnie dobra.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lenny Kravitz – Strut

Strut

W tym roku Lenny Kravitz obchodzi dwie rocznice. Po pierwsze, 50 urodziny, po drugie 25-lecie działalności. I z tej okazji jeden z najpopularniejszych wokalistów oraz gitarzystów postanowił przypomnieć sobie nowym, dziesiątym albumem, który w całości wyprodukował.

„Strut” ma wszelkie zadatki, by szaleć w radiowych stacjach. Jest przebojowo, dynamicznie i soft-rockowo. Próbkę dał singiel „The Chamber” z prostą gitarką, chwytliwym basem oraz klawiszami pachnącymi latami 80. Widać tutaj inspirację dawnym brzmieniem z lat 70. i 80. Długie „New York City” z wplecionym saksofonem oraz chórkami gospelowymi budzi skojarzenie z Red Hot Chili Peppers (perkusja, klaskanie i bas), „I’m Believer” trochę przypomina utwory ELO, a same gitarowe riffy są naprawdę przyjemne i funkowe.

Ubarwieniem są wplecione dęciaki, które zgrabnie łączą się z gitarą – najbardziej to słychać we „Frankensteinie” (dodatkowo jeszcze przewija się harmonijka ustna) oraz „She’s a Beast” (gdzie jeszcze są smyczki). Lenny świadomie sięga do przeszłości i odnajduje się w tym jak ryba w wodzie.

Ale jeśli myślicie, że mimo 50-tki na karku, przestanie udawać macho za mikrofonem to… nie macie racji. Facet uwodzi i czaruje śpiewając o miłości, namiętności i tej całej reszcie. Zresztą spójrzcie na tytuły: „Sex”, „Ooo Baby Baby”, „She’s A Beast” czy „The Pleasure And The Pain”. Trzeba tłumaczyć coś?

“Strut” ma wszystko to by być radiowym-imprezowym szlagierem. Bardzo melodyjnym, oldskulowym i świetnie zrealizowanym. Jak na początku swojej drogi. Czy trzeba mówić coś więcej?

7,5/10

Radosław Ostrowski


Power of Trinity – LegoRock

LegoRock

Ta pochodząca z Koluszek kapela miesza brzmienia alternatywne z rockiem i reggae. Do tej pory nagrali trzy płyty, a popularność przyniósł im pochodzący z ostatniej płyty utwór „Chodź ze mną”. Ale to było trzy lata temu, więc kapela doszła do wniosku, że pora zaprezentować coś nowego.

Tym razem za produkcję odpowiada Agim Dżeljilji związany z grupą Oszibarack. Stylistycznie niespecjalnie się tu zmieniło. Nadal dominuje gitara elektryczna, sekcja rytmiczna nadaje całości tempo, ale swoje tez robią elektroniczne wstawki (kończąca album „Heart Matter”). Nie brakuje klimatycznego grania (otwierające całość „Inferno”), podrasowanego reggae („Silly” pachnące trochę The Police z nośnym basem i perkusją), ale całość jest melodyjna i przebojowa aż miło. Prostota w tym przypadku jest siłą nośna tej grupy (pulsująca „Suma ran”), która jednak bardziej tutaj idzie w stricte rockowym kierunku, choć w zasadzie nie ma tutaj niczego nowego czy zaskakującego. Elektronika tutaj wnosi świeżość, a jej zabarwienie nie wywołuje irytacji czy rozdrażnienia (końcówka „Fazy REM” czy singlowy „Poniedziałek”), wolniejsze tempo nie osłabia energii (ponury „Gorzki ja”).

Dobrze sobie radzi na wokalu Jakub Koźba, choć akurat śpiewanie po angielsku wypada troszkę słabiej. Z kolei teksty są całkiem przyzwoite i dobrze współgra z muzyką. Więc „LegoRock” pozostaje kawałkiem solidnego, melodyjnego rocka.

7/10

Radosław Ostrowski

Olaf Deriglasoff – XXX

XXX_Olaf_D.

Dzieci Kapitana Klossa, Pudelsi, Homo Twist, Kazik, Apteka, Yugoton – wszystkie te grupy i projekty łączy postać basisty oraz wokalisty Olafa Deriglasoffa. W tym roku muzyk obchodzi 30-lecie pracy artystycznej i z tej okazji wydał dwupłytową kompilację.

Nie jest to do końca typowy Greatest Hits, tylko wszystkie utwory, w których maczał palce Olaf postanowił nagrać od nowa, zmieniając aranżacje i brzmienie plus parę nowych piosenek. Efekt – mieszanka mocnego grania z wyrazistym wokalem Olafa. A niektóre aranżacje mogą doprowadzić w stan szoku i niedowierzania. Przykłady? Chociażby otwierająca całość „Pieśń o bohaterze” bazująca na temacie przewodnim ze „Stawki większej niż życie” (aranżacja smyczkowo-gitarowo-perkusyjna), elektroniczna perkusja i delikatny fortepian w „Szuwarach”, idący w stronę orientu „Kolacyja”, zabarwiona stylizacją na cygański romans „Jesienna deprecha” (te skrzypce!, tylko czemu w tle wałęsają się jakieś kury?), mocno elektroniczne „Maljczyki” (dźwięki niemal fabrycznej produkcji), imitujące hip-hop (jeno z instrumentarium żywym – kosmiczna elektronika m.in.) „Komandor Tarkin”. Co utwór, to zaskoczenie nawet dla fanów i znawców dorobku Olafa. Nie brakuje też garażowego, punkowego brzmienia (premierowy „XXX” oraz „Grzeczny”), lekkiego falstartu (początek „Emeryten Party”), bardzo mrocznego klimatu („Arkadiusz” z przesterowaną gitarą oraz fortepianem w tle czy najdłuższa w zestawie nieco monotonna „Norwegia”), niemal akustycznych melodii (”Danka” i „Falochron”) czy jazzowych wstawek (końcówka „Noży”), nawet tło „Mendy” (w oryginale kłótnia z policjantami) została zmieniona w bajkę.

Ale żeby było jeszcze ciekawiej, Deriglasoff zaprosił wielu gości. Najbardziej utkwili mi w pamięci Mela Koteluk („Szuwary” zabrzmiały rewelacyjnie) oraz Czesław Mozil („Jesienna deprecha” nie brzmiała już tak samo), ale Olafowi towarzyszyli także m.in. Arkadiusz Jakubik („Ballada o bohaterze”), Grzegorz Nawrocki z zespołu Kobiety („Danka”) czy Sidney Polak („Jesień przyszła do miasta”).

Jeśli ktoś robi takie podsumowanie jak Deriglasoff, to trzeba przyznać, że nie można mówić o jakimkolwiek rozczarowaniu. A „Mars napada” to już w ogóle wyszedł nieprawdopodobnie. Koniecznie przesłuchać.

8,5/10

Radosław Ostrowski


U2 – Songs of Innocence

Songs_of_Innocence

Trudno mi wyobrazić sobie znawcę muzyki rockowej, który nie słyszał o U2 i nie słyszał o niejakim Bono. Od ostatniej (dość dobrze przyjętej płyty „No Line on the Horizon”) minęło pięć, a nowy materiał miał się ukazać dopiero za rok. Ale doszło do przyśpieszenie i już teraz możemy się cieszyć nowa płytą U2. Ale czy będzie to dobry materiał?

Tym razem za produkcję materiału odpowiada Danger Mouse – mało kto pamięta, że był współtwórcą duetu Gnarls Barkley – odpowiedzialny za albumy m.in. Norah Jones czy The Black Keys. I ta różnica jest wyraźnie słyszalna. Otwierający całość singlowy „The Miracle (of Joey Ramone)” brzmi kompletnie nie jak U2 – chóralne refreny, etniczna perkusja na początku i lekko podrasowana elektronicznie gitara The Edge’a. Bardzo świeża kompozycja, dawno nie było słychać tak eksperymentującej kapeli. Zniżką formy jest „Every Breaking Wave” brzmiące jak krzyżówka „Every Breath You Take” z „With or Without You”, ale “California (There is no End to Love)” to taki niemal klasyczny U2. Tylko z bardziej podrasowanymi klawiszami (imitacja smyczków świetna) oraz wyraźnym basem, a Bono nosi to swoim silnym głosem. Równie niezła jest ballada „Song for Someone” z ładnym wstępem akustycznym oraz wybornie epicka (jak na tą grupę) „Iris” z tym charakterystycznym riffem Edge’a oraz basem czy trochę przypominające „Vertigo” dynamiczne „Volcano”. A dalej nie brakuje niespodzianek oraz wyraźnej inspiracji punkowymi kapelami: nerwowe wokalizy i fortepian w „Raised by Wolves”, brudnej gitary elektrycznej zmieszanej z akustyczną w „Cedarwood Road” czy pulsacyjnej elektroniki w „Sleep Like a Baby Tonight”. I muszę przyznać, że to końcówka jest najlepszym momentem płyty pokazującym, że irlandzki kwartet ma wielki potencjał, jeśli tylko da mu się na to szanse.

I naprawdę jestem pozytywnie zaskoczony nowym, miejscami bardziej punkowym „Songs of Innocence”. Nie brakuje tutaj zarówno melodii jak i eksperymentowania, co pokazuje, że jest miejsce na świeżość w grupie z takim długim stażem. Jest naprawdę dobrze.

7/10

Radosław Ostrowski

Slash – World on Fire

World_on_Fire

Każdy fan gitarowego i ostrego grania zna Saula Hudsona. Żeby jednak łatwiej było go rozpoznać, nadał sobie ksywę Slash, a po rozstania z Axlem Rose działa już na własne konto. Znowu (po dwóch latach) nagrał album razem ze swoimi nowymi kumplami: wokalistą Mylesem Kennedym oraz odpowiedzialnych za sekcję rytmiczną The Conspirators (basista Todd Kerns i perkusista Brent Fitz). Czy będzie petarda?

Produkcja tym razem zajął się Michael „Elvis” Baskette, który współpracował z grupą Kennedy’ego Alter Bridge. Ale jednak nie ulega wątpliwości czyj album trzymamy w ręku. Efekt – mocna, energetyczna, hard rockowa zadyma okraszona drobnymi momentami wyciszenia i spokoju. I tu już słychać w singlowym utworze tytułowym, który ścina od samego początku. A dalej jest jeszcze ciekawiej: nie brakuje zarówno bardziej stonowanego wejścia (delikatne zwrotki w „Battleground”), chwytliwego radiowe przeboju z popisami perkusji (lekko redneckie „Dirty Girl” czy „Wicked Stone”), oldskulowego brzmienia trochę przypominającego Guns’n’Roses („Iris on the Storm” czy „30 Years of Life”), dynamiki przypominającej tornado („Avalon”, „Automatic Overdrive”), a nawet znalazło się miejsce na folk (zagrany z adaptera początek „The Dissident”) oraz instrumentalną popisówkę Slasha („Safari Inn”). Choć jest tutaj aż 17 piosenek i nie są one za mocno różnorodne, to razem mają siłę wielkiego kopyta. I widać, że panowie są już ze sobą mocno zgrani, a bardzo charakterystyczne riffy Slasha połączone z mocnym głosem Milesa działają naprawdę piorunująco.

Można się czepiać, że w zasadzie dostajemy to samo, co w „Apocalyptic Love” (poprzednim albumie Slasha), ale tu chodzi o power i energię, nie o rewolucję czy nowatorstwo. Slash zna się na rzeczy i jeszcze wie jak robić świetne płyty. Nawet jeśli po ich wysłuchaniu świat miałby spłonąć.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Counting Crows – Somewhere Under Wonderland

Somewhere_Under_Wonderland

Rozgłos i nieśmiertelność przyniósł im utwór “Mr Jones”, ale to było w latach 90. Przypomnieli o swojej obecności hitem „Accidentally in Love”, po drodze nagrywając płyty. Kierowana przez Adama Duritza grupa Counting Crows właśnie przypomniała o sobie nowym albumem nr 7. Czy coś z niego mocniej zapadnie w pamięć?

Chyba tak, choć jest to nadal dość delikatny rock. A otwierający całość „Palisades Park” (wstęp pianistyczno-trąbkowy) trwa 8 minut, gdzie w środku dominuje fortepian. Dalej jest – no właśnie. Niby jest różnorodnie, nie brakuje dynamicznego grania („Dislocation” czy skoczny „Scarecrow”), odrobiny akustyki („God of Ocean Tides”), jednak problem w tym, że całość wpłynęła po mnie jak po kaczce. Trudno odmówić różnorodności, pazura („Elvis Went to Hollywood” z elektroniką pod koniec) czy folkowego zacięcia nawet (spokojne „Cover Up the Sun” z ładnym fortepianem). Ładnie to jest zaśpiewane, zagrane też w porządku, tylko nic nie zostaje w głowie. Fani to kupią i dla nich jest dostępna wersja deluxe z dwoma utworami w wersji demo.

6/10

Radosław Ostrowski


Robert Plant – lullaby… and The Ceaseless Roar

lullaby

Każdy fan muzyki rockowej wie kim jest Robert Plant – charyzmatyczny wokalista legendarnej grupy Led Zeppelin, który od wielu lat nagrywa solowe płyty. Jednak są one dość mocno odcinające się od sławnej przeszłości. I jego najnowszy album tylko to potwierdza.

Więc jeśli liczycie na stricte rockowy album, to się mocno rozczarujecie. Plant eksperymentuje z dźwiękami, nie bojąc się sięgania po elektronikę, w czym pomagają mu koledzy z The Sensational Space Shifters. Pewien obraz mógł dać singlowy „Rainbow” z wybijającą się perkusją oraz delikatnie grającymi gitarami. Ale im dalej jest jeszcze ciekawiej i dziwaczniej dla osób nie znających dorobku tego wokalisty. Bo i nie brakuje tutaj skrętów w folk („Little Maggie” z gitarą akustyczną i fletami na pierwszym planie), nawet lekkiego zacięcia orientalnego (perkusja i elektronika w „Embrace Anoher Fall”, gdzie w połowie mocniej wchodzi riff gitarowy), jeden bardziej rockowy numer („Turn It Up” z lekko cyrkową gitarą), a nawet piękny fortepian się znalazł („A Stolen Kiss”). To nie jest wszystko, ale Plant ciągle zaskakuje i pokazuje bardzo nieszablonowe podejście.

Także sam wokal Planta nie jest niczym zaskakującym. Zapomnijcie jednak o przesadnej ekspresji i darciu gardła na całego. Stonowany, spokojny, wręcz recytujący sprawdza się tutaj bezbłędnie. Razem z naprawdę refleksyjnymi tekstami tworzy to mocną mieszankę. I kto wie, czy to nie najlepsza płyta tego roku?

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski