Gemma Ray – Milk for Your Motors

Milk_for_Your_Motors

Pora sięgnąć po muzykę, a o tej porze roku sprawdza się wszystko. Tym razem padło na album brytyjskie wokalistki, która schodzi i skręca w stronę muzyki alternatywnej, co pokazała w swoich pięciu poprzednich albumach.

Już sam tytuł jest intrygujący „Mleko dla twoich motorów”, a im dalej, tym coraz ciekawiej. Dla mnie ta muzyka znów pachnąca latami 60., co słychać w instrumentarium (delikatna gitara elektryczna, organy Hammonda) oraz w głosie Gemmy, który jest trochę taki niedzisiejszy i bardzo delikatny. Nawet w momencie, gdy pojawiają się folkowe wstawki (szybkie „Buckle Up” i bardziej nastrojowe „When I Kissed You”), to jest to robione na poziomie. W dodatku aranżacje są tutaj naprawdę porządnie zrobione i nie brakuje różnych niespodzianek jak orientalnej perkusji w „The Right Thing Did Me Wrong”, delikatnej grze fortepianu w „Waving at Mirrors” czy dziwacznym cymbałkom w świetnym „Motorbike”. Dzieje się tu sporo, nie brakuje też tutaj potencjału przebojowego w każdym z utworów.  i nie brakuje tutaj potencjalnych przebojów jak podniosłe „Rubbing Out Your Name” czy otwierające całość „The Wheel”, które nasuwa skojarzenia z filmami Davida Lyncha.

Niby popowych płyt czy indie brzmienia jest od cholery i trudno wybrać coś ciekawego. Gemma Ray może nasuwać skojarzenia brzmieniowe choćby z Laną Del Rey, ale Brytyjka wydaje mi się ciekawszą propozycją, na pewno bardziej zróżnicowaną i bogatszą aranżacyjnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mike + The Mechanics – The Road

The_Road

Po wydaniu płyty „Rewired” oraz długiej trasie koncertowej, Mike + The Mechanics zawiesił działalność, a potem odszedł wokalista Paul Carrack. Mike Rutherford miał wtedy dwa wyjścia: albo zakończyć przygodę pod tytułem Mike + The Mechanics albo reaktywować grupę. Gitarzysta Genesis wybrał drugą opcję, ale zebrał kompletnie innych muzyków: perkusistę Gary’ego Wallisa, gitarzystę Anthony’ego Drennana (The Corrs) oraz klawiszowca Luke’a Juby. Wokalistami grupy zostali Brytyjczyk Andrew Roachford i Kanadyjczyk Tim Howar. W takim składzie w 2011 wydali ostatni (na razie) album „The Road”.

W zasadzie nic się specjalnie nie zmieniło pod względem stylistycznym. To chwytliwe i proste popowe granie z gitarą elektryczną w tle. Elektronika jest przyjemna, nienachalna, ale w żadnym wypadku nie toporna. Nawet gitara elektryczna ma swoje mocne momenty (końcówka tytułowego utworu czy „Hunt You Down”). Ale i tak tutaj dominuje tutaj kraina łagodności i spokoju, ale nie ma tu zbyt wiele miejsca na monotonię. Czasem tempo jest żywsze („Try To Save Me”), elektronika przypomina trochę melodię z karuzeli (początek „Background Noise”), są tez charakterystyczne dla grupy chórki („Heaven Doesn’t Care”), delikatne solo fortepianu („I Don’t Do Love”). Dzieje się wiele i słucha się tego dobrze.

A jak sobie radzą panowie wokaliści? Bardzo dobrze – delikatny, wręcz aksamitny Roachford, surowy Howar i jeszcze wokalista nr 3, czyli głęboki Arno Carnstens. Godnie panowie zastępują Younga i Carracka, a i teksty też są całkiem niegłupie i nie nużą.

Restart grupy okazał się dobrym posunięciem, a Rutherford trzyma fason. Mam nadzieję, że po reedycji swojej drugiej płyty (gdzie umieszczoną nową wersję „Living Years”) pojawi się nowy album sygnowany nazwą Mike + The Mechanics. Naprawdę dobrzy są.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mike + The Mechanics – Rewired

Rewired

Po wydaniu „M6” w zespole Mike’a Rutherforda doszło do niepowetowanej straty. 15 lipca 2000 po zawale serca zmarł wokalista Paul Young, co doprowadziło do zawieszenia działalności. Cztery lata później wyszedł kolejny album, ale tym razem zespół działał jako duet (Mike Rutherford na gitarach basowej i elektrycznej oraz wokalista Paul Carrack, który wziął na siebie także klawisze). W trakcie nagrywania „Rewired” Rutherford zaprosił paru muzyków, m.in. perkusistę Petera Van Hooke’a i gitarzystę Robbie McIntosha.

Na pewno ekipa poszła w stronę bardziej elektronicznego brzmienia, które jest bardzo delikatne i melodyjne. A jednocześnie ktoś sobie przypomniał, że ma gitarę elektryczną i jeszcze potrafi na niej zagrać. I nawet te delikatne piosenki brzmią naprawdę świetnie. Słychać to już w otwierającym całość „One Left Standing”, które zostało przearanżowane – a elektroniczne dźwięki urozmaicają ta delikatną piosenkę razem z perkusją. Nie brakuje tutaj chilloutowej lekkości („If I Were You”), nakładających się wokali, świetnych chórków („Perfect Child”), mocniejszego wejścia gitary („Falling” czy „Somewhere Along the Line”). Ale największym zaskoczeniem są tutaj dwa instrumentalne utwory – tytułowa kompozycja (gdzie nie brakuje tutaj przewijania – prawie jak skreczowanie, głośna gitara i przebitka wokalu Carracka)  oraz „Underscore” z elektronicznymi udziwnieniami oraz wplecionymi fragmentami muzyki klasycznej.

Mogę stwierdzić bez cienia wątpliwości, że Rutherford wrócił do formy, piosenek słucha się z wielką frajdą, a Paul Carrack ma naprawdę świetny głos. Razem z niegłupią warstwa tekstową tworzy to naprawdę porządny koktajl. Jednak miało to nie być ostatnie słowo Rutherforda.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Led Zeppelin – Led Zeppelin III (Deluxe Edition)

Led_Zeppelin_III

I ostatni zremasterowany Zeppelin. Tym razem jest to „trójka”, która konsekwentnie szła szlakiem poprzednich płyt. Czyli jest mieszanka delikatności, ostrości i różnorodnościom, tylko tutaj jest bardziej widoczna ewolucja grupy.

Owszem, nie brakuje tutaj ciężkiego i szybkiego grania, ale coraz większe są tutaj wpływy folku i bardziej akustyczne dźwięki, które dominują w drugiej części płyty. Page bardzo zaskakuje wtedy delikatnością, ale i wtedy potrafi zagrać szybkie riffy oraz solówki. „Trójka” jest kojarzona głównie dzięki dwóm wielkim hitom – dynamicznego „Immigrant Song” oraz bluesowego „Since I’ve Been Loving You”. A dalej to już jest bogato – od oszczędnej gry gitary akustycznej oraz perkusji („Friends”, a w tle nieprzyjemne smyczki), przez skocznego rocka („Celebration Day” i „Out of the Tiles”), ale od piosenki „Gallows Pole” gitara elektryczna zostaje zredukowana i w jej miejsce wchodzi akustyczna. Czasem pojawia się jakieś przestrzenne wokale Planta, perkusja odzywa się mocnym ciosem, nawet pojawia się mandolina („Gallows Pole”), a delikatna gra Page’a potrafi wyciszyć i uspokoić jak w nastrojowym „Tangerine” czy „That’s The Way”. Jednak na sam koniec panowie, choć akustycznie postanowili zaszaleć jak w skocznym „Bron-Y-Aur Stomp” (gitara, stonowana perkusja, czyli jeden bęben, chwytliwy bas i klaskanie) oraz szybkim „Hats Off To (Roy) Harper”, gdzie Page pokazuje co potrafi.

Druga płyta to zestaw tych samych utworów inaczej zmiksowanych, czasami bez wokalu. I nie jest to zwyczajny zapychacz, ale bardzo porządnie wydana płytka, która sprawia niezgorszą frajdę z odsłuchu niż podstawka, która brzmi po prostu rewelacyjnie.

10/10

Radosław Ostrowski

Led Zeppelin – Led Zeppelin II (Deluxe Edition)

Led_Zeppelin_II

Ciąg dalszy remasterowanego szaleństwa, czyli drugi album Led Zeppelin, który został w tym roku zremasterowany razem z „jedynką” i „trójką”. I tak jak w przypadku tamtych mamy zremasterowany dźwięk oraz drugą płytę z dodatkami. I za produkcję odpowiadał Jimmy Page, a ten na gitarze zrobił wiele.

Album zaczyna nieśmiertelny klasyk „Whole Lotta Love” – czy ten utwór trzeba przedstawiać? Ten riff zmienił wszystko, przestrzenny  i ekspresyjny wokal Planta, orientalna perkusja i chwytliwy bas. „What Is and What Should Never Be” zaczyna się bardzo spokojną grą zespołu (lekko jazzowo), by potem nabrać mocy (głównie perkusja), by w połowie wyciszyć się totalnie (głównie dzięki lekkiej gitarze). Zmiany tempa (spokojne zwrotki-mocniejszy refren jak w „The Lemon Song”), mocne uderzenie, świetne zgranie basu z perkusją, delikatniejsza gra klawiszy („Thank You”). By znów wrócić do cięższego grania („Heartbreaker”), przyśpieszyć i ubarwić melodią („Living Loving Maid” – te chórki i ta gitara zgrana z Hammondem), pójść w stronę wręcz country (nieśmiertelne „Ramble On” z kapitalną perkusją), zagrać jeden instrumentalny utwór (perkusyjno-gitarowy „Moby Dick”) i zakończyć bluesem („Bring It on Home” z rozstrojonym dźwiękiem).

Druga płyta zawiera te same utwory w alternatywnych mixach, gdzie są dość wyczuwalne różnice, mimo ze to ten sam materiał, a dwa utwory („Living Loving Maid” i „Thank You”) są w wersjach czysto instrumentalnych. I słucha się tego nie gorzej niż oryginalnych wersji, co potwierdza tylko sens wydawania taki edycji. Czy może być inna ocena niż…

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mike + The Mechanics – M6

M6

W połowie lat 90. Mike + The Mechanics powoli wrócił do łask dziennikarzy i przede wszystkim słuchaczy. Jednak w grupie doszło do perturbacji, na skutek których odszedł perkusista Peter Van Hooke oraz klawiszowiec Adrian Lee, zaś ich funkcje przejęli wokaliści Paul Carrack i Paul Young. W takim okrojonym składzie panowie ruszyli nagrać nowy materiał. I w 1999 roku wyszedł „M6”.

Jest to kontynuacja łagodnego i delikatnego pop-rocka z wykorzystaniem nowoczesnej (na tamte czasy) elektroniki, która z dzisiejsze perspektywy brzmi dość archaicznie (perkusja i wstawki w „Now That You’ve Gone”). Na szczęście nie jest aż tak źle jak się zapowiada początek. Rutherford nadal potrafi grać chwytliwe melodie i zgrabnie gra na gitarze jak w „Ordinary Girl”.  A pewne smaczki troszkę ubarwiają trochę skostniałą muzykę (jak gra fortepian i smyczki w „All The Light I Need” czy mocniejszy riff w „What Will You Do”), bo powoli zaczyna być odczuwalne znużenie. Nawet te spokojniejsze utwory zaczynają zwyczajnie nużyć i wywołuje już takiego zachwytu jak na początku działania grupy. Prostota tutaj działa na niekorzyść, a próby uwspółcześnienia tutaj się nie sprawdzają – przebitki wokalu, elektroniczna perkusja, a i tak najbardziej wybijają się kończące całość delikatne „Did You See Me Coming” (ładna gitarka na początku), obaj wokaliści dają z siebie wszystko oraz stonowane „Look Across at Dreamland”.

Po nagraniu tej płyty zmarł wokalista Paul Young, co spowodowało zawieszenie działalności grupy. Ale mogę was uprzedzić – Mechanicy powrócili. Nie zmienia to faktu, ze „M6” jest ich najsłabszą płytą. Na razie.

5/10

Radosław Ostrowski

Led Zeppelin – Led Zeppelin I (Deluxe Edition)

Led_Zeppelin_I

O takich płytach opowiada się najtrudniej. Bo to już klasyka gatunku, rzecz zmieniająca historię rockowego grania. Każdemu fanowi tej muzyki nazwa Led Zeppelin mówi wiele, nawet bardzo wiele. Robert Plant, Jimmy Page, John Bonham i John Paul Jones – ci panowie odnieśli wielki sukces artystyczny, a ich płyty nadal świetnie się sprzedają. W tym roku Page obiecał, że pierwsze trzy płyty zostają zremasterowane. To zobaczmy, co z tego wyszło.

Dźwięk rzeczywiście brzmi świetnie i przestrzennie. Gitara nadal szaleje (page jest po prostu fenomenalny) i mimo lat, ta muzyka zwyczajnie zestarzeć się nie chce.  Ciężkie granie miesza się tutaj z bluesem, a jednocześnie jest to bardzo melodyjne i chwytliwe jak w otwierającym całość „Good Days Bad Days” czy mieszając klimat w „Babe I’m Gonna Leave You” (dominuje gitara akustyczna). Swoje robią też bluesowe „You Shock me” z brudną gitarą, harmonijką ustną oraz fantastycznym Hammondowym środkiem i utrzymany w podobnym tempie „Dazed and Confused” z mocarnym finałem. Właściwie w każdym utworze jest coś wartego wyróżnienia: organowy wstęp („Your Time is Gonna Gone”), instrumentalny „Black Mountain Side” idący w stronę Orientu, szybki rytm w „Communication Breakdown” czy jazzująca perkusja na początku epickiego „How Many More Times”. Robert Plant na wokalu też wyczynia cuda wianki i robi to znakomicie, dopełniając całośc tego albumu.

Poza odświeżonym i zremasterowanym albumem jest jeszcze druga płyta będąca zapisem koncertu zespołu z paryskiej Olympii z lipca 1969. I na żywo to dopiero brzmi. I co najważniejsze, nie jest to do końca kalka płyty w skali jeden do jednego (znacznie wydłużone „Dazed and Confused”) i jest jeszcze większa energia.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mike + The Mechanics – A Beggar On A Beach Of Gold

Beggar_on_a_Beach_of_Gold

Minęły cztery lata i zespół Mike’a Rutherforda (tym razem rola klawiszowca Adriana Lee została zmniejszona do muzyka sesyjnego, zastąpiony przez Rutherforda), próbował dorównać sukcesem swoim najlepszym albumom. Udało się sprzedać ponad 100 tysięcy egzemplarzy, co jest niezłym wynikiem. I pojawił się nawet jeden przebój. Czy po latach się to broni?

Zespół coraz bardziej idzie w stronę popu, co widać już w tytułowym utworze z bardzo ładną elektroniką. Klawisze odgrywają tutaj większą rolę, odpychając gitarę elektryczną. Ale nadal jest to bardzo przyjemne, trochę staroświeckie popowe granie. Plumkające klawisze w „Another Cup of Coffee”, elektroniczna perkusja we wspólnie zaśpiewanym przez Younga i Carracka „You’ve Really Got A Hold Of Me”, pstrykanie w „Mea culpa” czy świetnie śpiewający chórek w największym hicie, czyli „Over My Shoulder”. Owszem, zdarzają się wolniejsze fragmenty (trochę nijaki „Something To Believe In”, lekko rozmarzony „A House of Many Rooms” czy dwa niezłe covery).

„Żebrak na plaży złota” jest znacznie spokojniejszy i stonowany od poprzednik płyt Mike + The Mechanics. Young z Carrackiem nadal są świetnie zgrani, jednak potem zaczęły się pęknięcia w grupie, które odbiły się na brzmieniu. Porządne granie.

7/10

Nazareth – Rock’n’Roll Telephone

RocknRoll_Telephone

Nazwa tego zespołu mówi sama za siebie. Działają od końca lat 60. i choć z pierwotnego składu ostał się tylko basista Pete Agnew (wokalista Dan McCafferty z powodów zdrowotnych musiał zrezygnować i w zeszłym roku przeszedł na emeryturę i zastąpił go niejaki Linton Osborne), to nadal sprawnie funkcjonują, nagrywają, nie odpuszczają. Jak gruchnęła wieść, że będzie nowy materiał, fani na pewno się rzuca na niego jak pies na kość.

„Rock’n’Roll Telephone” jeszcze został nagrany z McCaffertym na pokładzie, a samo brzmienie to zadziorny, surowy rock z lat 70. Choć elektryczna gitara ma co robić (singlowe „Boom Bang Bang”, epicki tytułowy utwór ze świetnymi riffami oraz basem czy szybki „Punch a Hole of the Sky”), to jednak panowie potrafią zaskoczyć. Nie wiem jak inaczej nazwać ”Back 2b4”, gdzie gitara elektryczna pojawia się dopiero w połowie, a atmosfera jest… naprawdę sielska. I nawet ballady są tutaj fajne („spokojny „Winter Sunlight” ze wspólnie śpiewanym refrenem), nawet pojawia się beatbox („Long Long Time”), oldskulowy blues (niezły „The Right Time”) i to wszystko tworzy naprawdę fajną, rock’n’rollowa płytę.

Choć wokal McCafferty’ego jest lekko podniszczony, to ma power i po prostu pasuje do tego, co słyszymy – duch rock’n’rolla jest wiecznie żywy i wiek wokalisty nie ma tutaj żadnego znaczenia. W dodatku wydanie deluxe zawiera kilka piosenek z koncertów, gdzie słychać, że Nazareth nie umarło.

Legenda trzyma się mocno i całkiem dobrze. Ten telefon rzeczywiście ma rock’n’rolla w sobie.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Perfect – DaDaDam

Dadadam

Tego zespołu nie trzeba specjalnie przedstawiać. 35 lat działalności, miliony sprzedanych płyt i wielkie przeboje formatu „Autobiografii”, „Chcemy być sobą” czy „Niepokonani”. Tym razem z okazji okrągłej rocznicy działalności postanowili nagrać płytę. Jak powiadają członkowie grupy – ostatniego albumu. Czy będzie to smutna stypa, a może fajna impreza?

Jedno pozostaje niezmienne – nadal panom się chce i jeszcze potrafią porządnie przyłoić. Darek Kozakiewicz na gitarze robi wiele fajnych rzeczy i nie przynudza (szczególnie polecam instrumentalny „Speedy Tune”, który zajeżdża mocno Motorheadem). Pachnie to trochę dawnymi czasami grupy („Droga bez łez” czy „Nigdy dość”), energii jest tu sporo i nie brakuje tutaj potencjalnych hitów (singlowa ballada „Wszystko ma swój czas” czy chwytliwa „Znowu plaża”), gitarka wreszcie ma co robić, nie brakuje tutaj także akustycznego dźwięku („Takie to przebudzenie” z bardzo mrocznym środkiem). Innymi słowy jest różnorodnie, ale nie chaotycznie, w dodatku jest jeszcze kilka niezłych patentów (nakładający się wokal w refrenie do „Nigdy dość” z perkusyjną popisówą pod koniec), choć nie wszystko tutaj pasuje (nijaki „Ekspres” i chyba zbyt festynowy „Strażak” z dęciakami).

Markowski nadal śpiewa po swojemu i jeszcze nie zamierza iść do muzeum. Warstwa tekstowa też trzyma solidny poziom i nie tutaj jakiś poważnych kiksów czy dziwacznych frazesów. Jest refleksyjnie, poważnie i bardzo energetycznie. Może i nie będzie tutaj wielkich hitów na miarę w/w, ale o nadal dobra muzyka. Czy Perfect odchodzi ze sceny niepokonanym? Zaryzykuję, ze tak.

7,5/10

Radosław Ostrowski