Miss Montreal – Irrational

Irrational

Kolejny towar eksportowy z Holandii. Naprawdę się nazywa Roos-Anne (Sanne) Hans, rocznik 1984 i pochodzi z Dedemsvaart. Do tej pory wydała jakieś trzy płyty, o których w życiu nie słyszałem. I wpadła mi w ręce płyta nr 4, która równie dobrze mogłaby przejść i nawet bym jej nie zauważył.

To delikatne pop-rockowe granie z dominujaca gitarą akustyczną. Nie brzmi to może aż tak plastikowo i tandetnie jak można było myśleć, ale niespecjalnie to porywa i wciąga. Melodie są proste i nieskomplikowane, co samo w sobie nie jest złe, ale jest to tak piekielnie wtórne, że można przy tym ziewnąć z nudów. I nie pomaga ani zróżnicowanie tempa czy popisy elektroniki, ani nawet przyzwoity wokal. Bronia się raptem tylko trzy utwory (na jedenaście): akustyczne „Tututu”, lekkie „Heavy World” oraz pianistyczne „Army in My Head”. Może jeszcze koncertowe „Moonlight Shadow” grane na gitarze jeszcze się broni. Ale to tylko tyle, jeśli chodzi o plusy. Cała reszta to kompletna strata czasu, potwierdza, że czasami bardzo łatwo można dać się zwieźć.

5/10

Radosław Ostrowski

Wishbone Ash – Blue Horizon

Blue_Horizon

W latach 70-tych zespół był po prostu klasykiem. Kierowany przez Andy’ego Powella Wishbone Ash nadal działa, choć nie jest on aż taki popularny jak kiedyś, bo moda na hard rockowe/progresywne brzmienie powoli odchodzi. Ale Powell i spółka nie poddają się, mimo różnych perturbacji w składzie (do 2007 roku) regularnie nagrywa nowe płyty. I teraz wychodzi album nr 24.

„Blue Horizon” zawiera 10 melodyjnych, rockowych piosenek. Początek jest taki dość umiarkowany – nie za szybko, nie za wolno, ale z fajną melodią i dobrymi solówkami na koniec („Deep Blues”), czasem zabarwiając to wszystko folkowym entouragem (skrzypce w „Take It Back” i „All There Is To Say”), a nawet wstawkami bluesowymi („Being One”).  Znacznie mocniej i mroczniej jest pod koniec albumu, wraz z pojawienie się tytułowego utworu. Każda z piosenek brzmi dość spokojnie, co wielu może uznać za dość monotonne, ale mi taka gitara (obie ładnie grają) nie przeszkadza i po cięższym dniu pracy pozwala się rozluźnić i odprężyć. A delikatny wokal Powella działa bardzo kojąco.

Może i to są długie utwory, ale muzyka z tych utworów jest naprawdę dobra. Panowie trzymają formę i brzmią po prostu pięknie, choć mało ogniście.

7/10

Radosław Ostrowski


Panasewicz – Fotografie

Fotografie

Tego człowieka nie trzeba przedstawiać. Wokalista i frontman zespołu lady Pank trzy lata temu wydał solowy album, który spotkał się z dobrym przyjęciem. Panasewicz poszedł za ciosem i postanowił wydać drugi solowy album.

„Fotografie” zawierają 10 piosenek utrzymanych w stylistyce pop-rockowej. Dlaczego warto przykuć sobie nim uwagę? Dwa nazwiska: Kuba Galiński (produkcja, współpraca m.in. z Anią Dąbrowską) i John Porter (kompozytor). Jak się dobiera takich współpracowników, to nie może być mowy o rozczarowaniu. Ma być chwytliwe, proste, melodyjnie, a jednocześnie bardzo przyjemnie i dobrze zrealizowane. Poza gitarą elektryczną, która miejscami przypomina macierz Panasewicza, choć pojawia się także bardziej „brudna” jak w „Nie ma w życiu ważnych spraw” („Nie zamykaj okien”), dominuje tutaj fortepian, pojawi się nawet gitara akustyczna (bardzo folkowe „Do góry głowa przyjacielu”), smyczki („Co będzie gdy”), a sekcja rytmiczna po prostu robi swoje. Ale co najciekawsze, dominuje tutaj zarówno różnorodne tempo zmieszane z melancholijnymi tekstami (wyjątkiem jest mroczny „Tępy nóż” czy idący w stronę oniryzmu „Facet na plaży”) oraz bardzo wyrazistym wokalem Panasa, który jest w naprawdę dobrej formie.

Teksty są pełne melancholii, ale tez nie są specjalnie skomplikowane. Nie o to przecież chodzi, bo to ma ręce i nogi, słucha się tego z dużą frajdą i nie przynudza. To trochę inne oblicze Panasewicza – bardziej refleksyjne, delikatne i dlatego „Fotografie” dla wielu mogą być niespodzianką. Niby dobry pop-rockowy album, ale każdy muzyk w naszym kraju powinien zazdrościć.

7/10

Radosław Ostrowski

Asia – Asia

Asia

Kiedy w 1982 roku powstała grupa Asia, spodziewano się kolejnego świetnego zespołu grającego rocka progresywnego. Te wymagania nie wzięły się znikąd. Wystarczy spojrzeć na członków tej grupy. Steve Howe – gitarzysta, wcześniej członek zespołu Yes. Geoff Downes – klawiszowiec grający wcześniej w popowej grupie The Buggles, pracował z Yes przy albumie „Drama”. Carl Palmer – perkusista, znany z grupy Emerson, Lake & Palmer. No i wokalista i basista John Wetton – członek m.in. King Crimson. Musiało powstać coś wielkiego, ale chyba fanom w/w grup chyba nie o to chodziło.

Za produkcję „Asii” odpowiadał Mike Stone, który wcześniej współpracował m.in. z Queen czy Journey. A skąd wziął się szok? Ponieważ zespół złożony z tak wybitnym indywidualności zaczął grać prostą, wręcz pop-rockową muzykę, która nie mogła dorównywać dorobkowi Yes czy ELP. Ale wiecie na czym polega dowcip? Po pierwsze, piosenki są bardzo melodyjne i chwytliwe. Po drugie, nie brzmi to tandetnie i plastikowo, a każdy z muzyków daje z siebie wszystko. Howe bardzo pięknie gra na gitarze, gdy trzeba zrobić mocną solówkę, robi ją. Delikatne i przyjemne klawisze Downesa pachną popem (balladowe „Without You”), ale jest to bardzo piękne. Sekcja rytmiczna ma tutaj swoje momenty i potrafi zaskoczyć (początek i koniec „Time Again”, gdzie perkusja dowala do rytmu gitary i klawiszy czy „Wildest Dreams”), a aranżacje są tu naprawdę dopieszczone, choć skrojone pod radiowe wymagania. Każdy utwór na tej płycie ma potencjał hitowy, którego zazdrościły inne zespoły (z nieśmiertelnym utworem „Heat of the Moment”).

Świetne chórki, mocny wokal Wettona oraz całkiem niegłupie teksty wnoszą Asie na wyższy poziom, choć nic tego nie zapowiadało. Mógłbym wymienić każdy utwór po kolei i rozłożyć na czynniki pierwsze, ale mamy do czynienia tutaj ze świetnymi muzykami, którzy postanowili nagrać prosta i przyjemną muzykę. A to pozornie jest tylko łatwą kwestią niż zrobienie progresywnego kolosa. Im się udawało przez dłuższy czas, a debiut jest absolutnie udany i mimo lat nie chce się zestarzeć.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Świetna okładka po prostu.

Illusion – Opowieści

Opowiesci

Z grupami, które wracają po długiej przerwie zawsze jest większa obawa niepowodzenia z powodu legendy, jaką zespół zostaje otoczony. W Polsce taką grupą jest Illusion – inspirująca się grunge’owym granie ekipa pod wodzą Tomasza Lipnickiego. Ale to było w latach 90., potem doszło do rozpadu (Tomek założył Lipali, które działa do teraz, a perkusista Paweł Herbasch i basista Jarosław Śmigiel działali jako Oxy.gen, zaś gitarzysta Jerzy Rutkowski poszedł swoją drogę). W 2011 jednak panowie dogadali się i nastąpiła reaktywacja. I teraz właśnie pojawił się w sklepach pierwszym album po powrocie „Opowieści”.

Za produkcję odpowiada Adam Toczko (współpraca m.in. z Acid Drinkers, Lipali czy Coma) i mamy do czynienia z 9 opowieściami dotyczącymi człowieka w ogóle. Jedno nie ulega wątpliwości – to nadal jest mocne i ostre granie z jakiego znany jest ten zespół, a jednocześnie jest to bardzo zróżnicowany album. Gitara z perkusja robią po prostu rzeź (najbardziej to słychać w „O iluzjach” i „O trudzie wyboru”), pojawiają się wstawki elektroniczne („mantryczny” wokal w „O historii gatunku” czy wiejący wiatr w „O przyszłości”), oraz pozornie spokojniejsze fragmenty, które budują bardzo mroczny klimat (instrumentalny „Oddech” czy kończące całość bluesowo-jazzowe „O pamięci po sobie” ze spokojną linią basu oraz solówką saksofonu). Jest soczyście, wyraziście i głośno.

Każdy kto słuchał Lipińskiego czy to w Lipali czy z Illusion w latach 90-tych, ten wie na co go stać. Silny, wręcz agresywny wokal był znakiem rozpoznawczym grupy i to się nie zmieniło. Nawet w delikatniejszych fragmentach czuć siłę jego głosu. A warstwa tekstowa trzyma naprawdę wysoki poziom, a tematyka jest wyjaśniona w tytułach.

Dobrze się stało, że Illusion powrócił potwierdzając tylko, że stare nie musi być nudne. „Opowieści” to kawał soczystego rocka trochę w stylu grunge’u zmieszanego z hard rockiem. I oby na następny album Illusion nie trzeba było czekać 16 lat.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Co w takim razie z Lipali?

Suzanne Vega – Tales from the Realm of the Queen of Pentacles

z66t4ez4

Dla wielu pozostała artystka jednego przeboju – „Luka”, ale jej dorobek jest znacznie bogatszy i ciekawszy. Do tej pory nagrała aż 8 płyt, cztery kompilacje (seria „Close-Up” z jej utworami w wersjach akustycznych) i kazała czekać aż siedem lat na nowy materiał. Jedno mogę wam powiedzieć – nie ma tutaj potencjalnych hiciorów, ale nie można powiedzieć, że czas został zmarnowany.

Za produkcję „Tales from the Realm of the Queen of Pentacles” (nie wiem jak wam, ale dla mnie to za długi ten tytuł) odpowiada znany ze współpracy z Davidem Bowie Gerry Leonard. I uderza tutaj bardziej delikatne, wręcz akustyczne brzmienie, choć parę razy pojawia się gitara elektryczna. Udało się stworzyć różnorodne piosenki, które bywają albo folkowe (skoczne „Fool’s Complaint” czy prawie akustyczne „Portrait of the Knight of Wands” z ciekawie wpleciona elektroniką), czasami skręcają w stronę bluesa (najlepsze na płycie „I Never Wear White”). Jest jeden dość porażający utwór, czyli „Don’t Uncork What You Can’t Contain” ze smyczkami (początek tego utworu brzmi naprawdę znajomo, mimo „orientalnego” brzmienia) czy klaskany „Jacob and the Angel”, ale dalej jest równie zaskakująco i ciekawie. Więcej nie zdradzę – sorry, taki klimat.

Jednak sam głos Vegi nie zmienił się specjalnie i nadal potrafi oczarować. Tak samo teksty, opowiadające raczej proste historie, ale też pełne dość zaskakujących obserwacji („I Never Wear White”). I nie ma tutaj miejsca na dość banalne historie miłosne, co to to nie.

Mówiąc już bez zbędnego pitolenia, baśnie od Suzanne Vegi są naprawdę dobrym i atrakcyjnym materiałem, który słucha się z naprawdę duża przyjemnością oraz poczuciem miłego spędzenia czasu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mike Oldfield – Man on the Rocks

Man_On_The_Rocks

Mike Oldfield to bardzo uznany gitarzysta i w ogóle instrumentalista (gra także na klawiszach), który ostatnio jakoś nie był w formie (tragiczna płyta „Tubular Beats”, która będzie mnie prześladować na długie lata). Ale chyba przyszedł po rozum do głowy i postanowił wydać nowy album zpremierowymi kompozycjami, zamiast odgrzebywać stare hity. Ktoś jeszcze mógł w to uwierzyć?

Za produkcję tego albumu odpowiada Mike Oldfield (także gitara elektryczna) oraz Stephen Lipson, który współpracował m.in. z Annie Lennox, Cher czy Pet Shop Boys. Zadanie było proste – miało być odrobinę rockowo, a jednocześnie przebojowo. Skrzyknięto sesyjnych muzyków tworząc zespół w składzie: basista Leland Sklar, perkusista John Robinson, klawiszowiec Matt Rollings i gitarzysta Michael Thompson. Zaś wokalistą został Luke Spiller z zespołu The Struts. Jaki powinien być efekt? O dziwo, bardzo przyzwoity. Już otwierający całość „Sailing” pokazuje potencjał tej płyty (może i trochę za bardzo przypomina „Moonlight Shadow”, ale solówki gitarowe Oldfielda brzmią naprawdę solidnie). Dalej jest dość różnorodnie: od akustycznych i delikatnych fragmentów, które nabierają siły, wzbogacone przez dźwięki innych instrumentów (tytułowy utwór czy „Moonshine”). Nie brakuje też pójścia w elektronikę (klawisze w „Castaway” czy brudniejsze „Chariots”), zaś całość sprawia wrażenie delikatnego, trochę wyciszonego albumu soft-rockowego. Zwiewnego (pięknie brzmi ta gitara w „Dreaming in the Wind”), choć czasem pojawia się pazur (mocne „Nuclear”).

Spiller na wokalu radzi sobie naprawdę dobrze i trudno tak naprawdę się do niego przyczepić. Nawet wtedy, gdy trzeba trochę podnieść głos, radzi sobie solidnie. Tak jak cały ten album.

7/10

Radosław Ostrowski

Yes – Open Your Eyes

Open_Your_Eyes

Po płycie „Talk”, która okazała się kasową porażką, zespół Yes opuścił Trevor Rabin i Tony Kaye. Za to wrócił Steve Howe, zaś dołączył jako klawiszowiec Billy Sherwood, którego od lat Chris Squire próbował przeforsować jako nowego wokalistę grupy po założeniu grupy Anderson Wakeman Bruford Howe. I z takimi siłami, zespół poszedł do studia i nagrał „Open Your Eyes”, za którego produkcję odpowiadał zespół.

Efekt jest szczerze mówiąc taki sobie, tworząc Yes środka, czyli niezbyt skomplikowane brzmienia oraz próby bardziej chwytliwego grania, co nie do końca wypala. Bo zachwycają raczej pojedyncze fragmenty niż całe kompozycje (orientalne klawisze w „Man in the Moon” czy solówki gitary w „Wonderlove”), ale brakuje tutaj jakiegoś przebojowego materiału, jeśli zespół zdecydował się wybrać tą ścieżkę. Czymś takim mógłby być utwór tytułowy, gdyby powstał jakąś dekadę wcześniej. Czymś takim nie mogła być „From the Balcony”, bo była za spokojna (tylko Anderson i gitara Howe’a – akustyczna), także tandetne „Love Shine” bardziej zniechęca niż zachęca. Jednak najgorsze zespół zaserwował nam na sam koniec – ponad 20-minutowy „The Solution”. Tak naprawdę piosenka trwa jakieś sześć minut, zaś reszta to posklejane dźwięki ptaków i morza. Kompletna strata czasu. Nawet Anderson nie sprawdza się jako wokalista.

Nie jest to najgorszy album w historii grupy, ale jest bardzo blisko tego rezultatu. Przynajmniej da się tego przesłuchać, ale jakość kompozycji pozostawia wiele do życzenia.

4/10

Radosław Ostrowski

KAT – Acoustic – 8 filmów

8_filmow

Zespół metalowy KAT pod wodzą gitarzysty Piotra Luczyka tym razem postanowił zaskoczyć swoich fanów i zamiast dawno wyczekiwanego nowego materiału, wydali album akustyczny ze swoimi największymi przebojami. Tajemnicą było kto będzie śpiewał na tym albumie. Ostatecznie zespół wybrał Macieja Lipinę z zespołu Ścigani. I jaki jest efekt tego eksperymentu?

Bardzo klimatyczna i mroczna płyta, gdzie gitara ma swoje do zrobienia. Ale poza nimi wybrzmiewają tutaj różne perkusjonalia („Delirium tremens”), czasem pokręci się fortepian („Dark Hole – The Habitat of Gods”) oraz różnego rodzaju efekty dźwiękowe (piorun, przebitki głosów), co tylko potęguje klimat przerażenia. Tak samo dźwięki klawesynu („Łza dla cieniów minionych”) oraz kotły. Także instrumentalne kompozycje robią wrażenie („Sen którego nie było” z szumem morza), zaś opisywanie wszystkich 12 utworów nie ma sensu.

Zaś Lipina poradził sobie fantastycznie w roli wokalisty i dopasował się do brzmienia zespołu. W każdym razie album poraża, zaś nowe oblicza piosenek mogą zaskoczyć. Na pewno jednak poruszą nawet tych, którzy nie mieli z KAT-em wcześniej do czynienia. Tak jak autora tych słów.

8/10

Don Airey – Keyed Up

Keyed_Up

Kim jest Don Airey? Obecnie jest to bardzo uznany I ceniony klawiszowiec, który od 2002 roku jest członkiem zespołu Deep Purple. Wcześniej współpracował m.in. z Garym Moorem czy Ozzym Osbournem. Poza tym działa tez solowo, co potwierdza jego najnowyszy album „Keyed Up”. Poza Aireyem na klawiszach, muzykowi udało się dobrać zespół w składzie: wokalista Carl Sentance (Persian Risk),  perkusista Darrin Mooney (współpraca m.in. z Primal Screem i Garym Moorem), basista Laurence Cottle (m.in. Alan Parsons Projekt) i gitarzysta Rob Harris z Jamiroquai, czyli doświadczeni i uznani muzycy.

Po pierwszym utworze „3 in the Morning”, miałem wrażenie, że słyszę Deep Purple (pewnie przez te klawisze), tylko z bardziej podrasowaną i cięższą gitarą oraz wokalem trochę przypominającym rockowe kapele z lat 70. Ale to tylko jedna z twarzy tego albumu, bo nie brakuje tutaj instrumentalnego popisywania się klawiszowca („Blue Rondo a la Turk” z organowymi wariacjami utworów z muzyki klasycznej od Bacha do Czajkowskiego czy „Difficult the Cure 2013” – tutaj akurat popisuje się gitara elektryczna cytując „Odę do radości” Beethovena), skrętów w bardziej bluesowe klimaty („Beat the Retreat”), ciężkiego rocka („Solomon’s Song” ze spokojniejszymi zwrotkami skontrastowanymi z mocnymi refrenami z gitarą, perkusja oraz klawiszami) czy jazzu (podniosła „Claire D’Loon”).

Ale najbardziej warte wspomnienia są dwa utwory zagrane wspólnie z Garym Moorem. 7-minutowe „Mini-Suite” bardziej przypominało mi progresywne utwory, ze świetna gitarą zmarłego w 2007 roku rockmana współgrająca z klawiszami w środkowej części. Moore także śpiewa i robi to bezbłędnie. Drugi utwór „Adagio” jest trochę inny, z większym pazurem i bardziej podniosły (klawisze i dzwony). Choćby tylko dla tych dwóch utworów warto sięgnąć po ten wyborny album.

8/10

Radosław Ostrowski