Beck – Morning Phase

Morning_Phase

Znacie niejakiego Becka? To wokalista i muzyk folkowo-rockowy, któremu rozgłos przyniosła piosenka „Loser” z jego debiutanckiej płyty. Ale to było ponad 20 lat. Do tej pory nagrał 11 albumów, zajął się także produkcją oraz kolaboracjami z takimi zespołami jak The White Stripes czy The Flaming Lips, a także z Charlotte Gainsbourg. Zaś każda płyta była inna brzmieniowo od poprzedniej. Teraz wychodzi jego 12 album „Morning Prase”. Pytanie, czy będzie tutaj drugi przebój na miarę „Loser”?

Trudno powiedzieć, bo jest to bardzo spokojny i wyciszony album. Instrumentalny początek wskazuje, że to będzie bardziej folkowe granie, co potem potwierdza „Morning” z delikatną gitarą elektryczną i akustyczną oraz cymbałkami. Nie brakuje tutaj elektroniki (delikatne tło w „Heart Is a Drum” czy trochę mocniejsze uderzenia w „Unforgiven”), ale brzmienie jest tutaj przede wszystkim akustyczne. I trudno wyróżnić jakiś jeden utwór, który byłby chwytliwy albo miałby potencjał radiowy. Ale trudno się tu do czegokolwiek przyczepić. Dobra gitara nie jest zła, zaś 13 piosenek mija dość szybko.

Beck tez śpiewa solidnie, teksty też są całkiem przyzwoite. Trudno powiedzieć coś sensowniejszego na temat tego materiału, oprócz tego, że jest solidny i pewny. Tylko tyle i aż tyle.

7/10

Radosław Ostrowski


Yes – Big Generator

Big_Generator

Po sukcesie komercyjnym albumu z cyferkami w nazwie, zespół Yes uznał, że odnalazł sposób na przetrwanie w latach 80-tych. Innymi słowy, nagrywamy pop rockowe hiciory. Znów za produkcję odpowiadał Trevor Horn, a także Trevor Rabin i Paul DeVilliers (współpraca m.in. z Kim Michell i King Crimson).

Czy wydany 4 lata później „Big Generator” powtórzył sukces „90125”? Nie. Coraz bardziej widać oddalenie starych brzmień Yes (które są tutaj wyczuwalne) w stronę chwytliwego pop-rocka, który tutaj zaczyna zwyczajnie przynudzać. Już otwierający całość „Rhythm of Love” brzmi jak kopia „Owner of a Lonely Heart” pozbawiona ikry i energii. Czasem pojawią się jakieś drobne fragmenty warte uwagi jak początek a capella i sekcja rytmiczna w „Big Generator”, popisy White’a w „Shoot High Aim Love” (w ogóle ten utwór ma bardzo przyjemny klimat) czy smyczki w „Love Will Find a Way”, jednak reszta to pozbawiona pomysłu nawałka dźwiękowa mocno kopiujaca poprzedni album. Tylko zabrakło tutaj jednego – chwytliwości i dobrych melodii, czego nie są w stanie zmienić ani solówki Rabina, ani cudaczne dźwiękowe pomysły Horna („Almost Like Love”). Jeszcze do plusów można zaliczyć „Love Will Find a Way” (bardzo przyjemna balladka ze zgranymi wokalami Rabina i Andersona) oraz przypominające trochę w stylu „Tormato” – „Final Eyes” z ładną gitara akustyczna w tle oraz „I’m Running” – taneczny, ale nie tandetny.

Innymi słowy – „Big Generator” to całkiem niezła płyta, ale czuć tutaj pewne zmęczenie materiału i kryzys formy. Gdyby jednak się udało, to Yes byłoby drugim Genesis. Ale chyba dobrze się stało, ze do tego nie doszło.

6/10

Radosław Ostrowski

Łydka Grubasa – Perpetuum Debile

Perpetuum_Debile

Dawno nie słyszałem muzyki z okolic mojego region (czyli Warmii i Mazur). Ta kapela jest znana z humorystycznych tekstów, mieszania rocka ze ska, cięższymi brzmieniami oraz hip-hopem. Pochodzą z Olsztyna, grają ponad dziesięć i właśnie wydali swój drugi album. A zwą się Łydka Grubasa.

Pięciu wariatów z Olsztyna na „Perpetuum Debile” robi to, co zawsze, zaś ten album nagrano w Enej Studio. I po prostu robią swoje, mieszając wszystko co się da (nawet w jednym utworze), serwując naprawdę potężne granie. Nie brakuje tutaj reggae’owych skrętów („Dub czy tam dancehall”), „azjatycko” brzmiącą elektronikę („Chiny”), mocniejszego uderzenia gitary oraz sekcji rytmicznej („Nie lubię to”). Oczywiście nie brakuje tutaj chwytliwych melodii z punkową energią  („Lato” z wręcz metalową końcówką), hip-hopowej nawijki („Moja fujara” okraszona bardzo rockowym podkładem), nawet country (początek „MTV”) i każdy utwór to kompletna jazda po bandzie, pełna czystego szaleństwa i zgrywy.

Zaś teksty to już w ogóle wyższy poziom, gdzie z dużym przymrużeniem oka opowiadają m.in. o wadach wakacji, krytycznie patrzą na współczesną telewizje („MTV” z zabójczym refrenem: „Jestem podobny do gówna, jestem podobny do gówna/Do ostatniej kropli krwi, będę słuchać MTV”), podają też sposób na pokonanie Chińczyków i próbują ustalić gdzie jest krzyż. Mało wam? To jeszcze jest parę słów na temat Facebooka, o wygrywaniu różnych imprez muzycznych w Polsce, a nawet odniesienie do afery Polańskiego („Romańsky”). Ale ostrzegam: poczucie humoru bywa tutaj prostackie, ale nie przekracza granicy dobrego smaku.

To najbardziej popieprzona płyta jaką kiedykolwiek słuchałem. I to dowodzi, że Łydka Grubasa ze swoim szaleństwem na pewno jeszcze nie raz zaskoczy. Nie wiem jak wy, ale ja czekam na następną płytę. Jakakolwiek ona będzie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Yes – 90125

90125

Po nagraniu poprzedniej płyty drogi muzyków z Yes ostatecznie się rozeszły. Jon Anderson podjął współpracę z Vangelisem, Howe razem z Chrisem Wettonem stworzyli zespół Asia, zaś Square i White postanowili założyć zespół Cinema. Do grupy doszedł Tony Kaye (pierwszy klawiszowiec grupy Yes) oraz młody gitarzysta Trevor Rabin. I pewnie by tak grali panowie, gdyby nie jeden drobiazg. Square wysłał demo jednej z piosenek Jonowi Andersonowi. Jemu przypadło to do gustu, że dołączył do grupy. I tak Cinema przekształciło się w reaktywowane Yes.

I tak jak w przypadku poprzedniego albumu, za produkcję odpowiada Trevor Horn. Efekt jest dość zaskakujący, bo nastąpiła stylistyczna wolta. Zamiast rozbudowanych i długich numerów, mamy dynamiczne pop-rockowe granie, co potwierdził otwierający album „wielki hit” zespołu, czyli nieśmiertelny „Owner of a Lonely Heart” (tego wstępu nie da się zapomnieć). To na pewno jeszcze Yes? Personalnie tak, brzmieniowo niekoniecznie. Na pewno jest chwytliwe, radio friendly i bardzo dynamicznie oraz co najważniejsze w przypadku popowego grania – przebojowo. Rabin tworzy mocne i bardzo przebojowe riffy (w dodatku jest drugim wokalistą obok Andersona), sekcja rytmiczna jest zgrana do granic możliwości, zaś wokal Andersona odnalazł się w tym dziwacznym połączeniu.

Nie ma jednak mowy o nudzie czy stricte plastikowym brzmieniu. Ale poza słynnym singlem, równie hitowy potencjał mają „It Can Happen” (z sitarem w tle), „Hearts”, instrumentalne „Cinema” czy dyskotekowy „Leave It” z dość wkurzającym refrenem (prawdę mówiąc, to 90% tej płyty ma taki potencjał). Dla mnie prawdziwą petardą jest „Changes” (najbardziej rozbudowany wstęp plus świetnie śpiewający Rabin, który jest tutaj „pierwszym głosem”) czy idące w stronę „azjatyckości” „City of Love”, zaś fani starszego brzmienia zakochają się w najdłuższym utworze – „Hearts”. Chórek w refrenie, linia melodyczna i te riffy – może słychać rok realizacji, ale to naprawdę świetny utwór. Zaś warstwa tekstowa nie ucierpiała zbyt poważnie (na szczęście), bo nie brakuje w nich ciekawych refleksji.

Album ten mocno naznaczył swoim piętnem dalszy dorobek zespołu Yes, który błąkał się w latach 80-tych, próbując odnaleźć się w nowej rzeczywistości. „90125” to świetny pop-rockowy album, tylko problem jest jeden poważny. Dlaczego jest to wydane pod szyldem Yes? Ocena wtedy byłaby dużo lepsza, ale i tak jest przynajmniej dobrze.

7/10

Radosław Ostrowski

Stereophonics – Just Enough Education to Perform

Just_Enough_Education_To_Perform

Po dwóch płytach zespół Stereophonics konsekwentnie grał alternatywnego rocka. I w końcu musiał wyjść album nr 3, którym zespół wszedł w XXI wiek. Z tą samą ekipą oraz tymi samymi producentami. I znów tytuł rzucał się w oczy.

I jest to nadal wyważona mieszanka „brudnego” grania garażowego („Vegas Two Times” z chórkiem w tle) z bardziej delikatniejszym brzmieniem („Lying in the Sun” czy „Step On My Old Size Nines” z harmonijka ustną). I ta mieszanka nadal sprawnie funkcjonuje, zaś zespół ciągle szuka nowych form, tworząc tez bardzo chwytliwe i melodyjne numery (drapieżny „Mr. Writer” czy chilloutowe „Have a Nice Day”), przeplatając obie formy. Zdarzają się nawet bardzo minimalistyczne numery jak „Nice To Be Out” (tylko gitara i perkusja) czy „Caravan Holiday”, ale to wszystko jest jednocześnie bardzo energetyczne, nastrojowe i na naprawdę wysokim poziomie, do czego nas już przyzwyczaili.

Wokal Kelly’ego nadal jest bardziej ekspresyjny, ale nie wywołuje rozdrażnienia czy irytacji, zaś teksty nadal trzymają poziom wysoki jak zawsze, mówiąc m.in. o hipokryzji czy szczęściu.

Co można powiedzieć jeszcze o „Just Enough…”? Chyba już nic, więc trzeba posłuchać i wsiąknąć w ten mały świat.

8/10

Radosław Ostrowski


Stereophonics – Performance and Coctails

Performance_and_Coctails

Z zespołami debiutującymi jest tak, ze nie chcą kończyć tylko na jednej płycie/przeboju i postanawiają kontynuować rozpoczętą drogę. Ta sama ekipa, ci sami producenci i w ten sposób powstało „Performances and Coctails”.

Początek (czyli gra gitary) zapowiada kontynuacje wyznaczonej drogi przez poprzednika. Garażowa gitara, mocne uderzenie perkusji, ale też i chwytliwe, szybkie numery („The Bartender and the Thief”). Ale to tylko pozory, bo dalej jest bardziej stonowanie, delikatniej i mniej punkowo. Słychać to i w „Hurry Up and Wait” czy „Just Looking” z długim gitarowym wstępem. Na pewno jest różnorodniej, w połowie nawet spokojniej, ale słowo nuda nadal pozostaje nieznane dla Kelly’ego Jonesa i spółki, idąc bardziej w stronę rockowych brzmień z lat 90., czyli britpopu (słychać to w „A Minute Longer” oraz „She Takes Her Clothes Off”). I ta delikatniejsza część bardziej mi się podobała, pokazując jak wiele potrafi tylko trzech kolesi. I znowu nie zawodzi warstwa tekstowa – ciekawa, niepozbawiona metafor i trafnych obserwacji. Wokal Jonesa jest tutaj już trochę bardziej podniszczony i pozostaje nadal w duchu punka, co jednak nie gryzie się mocno z cała resztą.

Widać już pewien progres i powolna zmianę wobec poprzednika. Ciekawsze brzmienie, skręty w bardziej spokojne kompozycje (piękne „I Stopped To Fill My Car Up”) powodują, ze „Performances and Coctails” trzymają się dzielnie mimo upływu wielu lat.

8,5/10

Radosław Ostrowski


Stereophonics – Word Gets Around

Word_Gets_Around

Brytyjczycy znani są z bogatego dorobku muzycznego. Ale jak wszyscy wiemy, Brytania składa się z czterech części, a jedna z nich jest Walia. Właśnie tam w 1992 roku Kelly Jones po wielu perturbacjach założył zespół Stereophonics. Ekipa w składzie: Kelly Jones (gitara i wokal), Richard Jones (Bas) i Stuart Cable (perkusja) przez pięć lat (mniej więcej z przerwami na sprawy fizjologiczne itp.) wydali swój debiutancki album.

Za produkcje debiutu „Word Gets Around” odpowiadają Marshall Bird (dodatkowo jeszcze gra na klawiszach) i Steve Bush, z którymi zespół będzie jeszcze później współpracować. Na początek dostajemy mocne i bardzo punkowe „A Thousand Trees”. Gitara tutaj mocno się wysuwa na pierwszy plan – taka bardziej garażowa i brudna, zaś wokal jest bardziej ekspresyjny z mocnym naciskiem na krzyk. Ale jednocześnie jest to bardzo chwytliwe i melodyjne („Local Boy in the Photograph”), co może wydawać się dziwaczne, bardziej pasujące do Green Day czy bardziej punk rocka. I tak w zasadzie jest aż do utworu „Traffic” – bardziej stonowanego (gitara akustyczna zamiast elektryka) z klawiszami na pierwszym planie. Potem jest już jakby mniej punkowo, choć gitara zaznacza swoja obecność („Not Up To You” z akordeonem w tle czy bardzo nastrojowe „Same Size Feet”).

Wokal Kelly’ego Jonesa jest taki bardziej pod punk podchodzi, co może być zaskoczeniem dla tych, którzy znają ten zespół tylko z ostatnich dokonań („Graffiti on the Train”). Jednak nadal potrafi pisać nieszablonowe i niebanalne teksty, w których podpatruje życie codzienne.

Widać, że Stereophonics na początku swojej drogi muzycznej inspirowali się brzmieniem głównie punk rockowym. Jednak ewolucja będzie naprawdę ciekawa. Ale to już temat na coś znacznie dłuższego.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bruce Springsteen – High Hopes

High_Hopes

Ten człowiek od 40 lat działa na amerykańskiej scenie muzycznej i jest już żywą legendą. Ale nigdy nie specjalnie gwiazdorzył, ma silna charyzmę i zawsze opowiadał z perspektywy „szarego człowieka”. Ma ksywę Boss i jest kimś, kogo można nazwać „głosem sumienia”. Mowa oczywiście o Bruce’u Springsteenie, który mimo zbliżania się do wieku emerytalnego (rocznik ’49) nie odpuszcza i po dwóch latach pojawia się z nowym materiałem.

„High Hopes” nagrał Bruce ze swoim zespołem E Street Band, a produkcją zajęli się wcześniej pracujący z Bossem Rob Aniello („Wrecking Ball”) i Brendan O’Brien („Magic”, „Working on a Dream”). I wyszła z tego rockowa mieszanka, która potrafi podziałać. Zaczynając od mocnego przytupu (singlowe „High Hopes” i równie mocne „Harry’s Place” z solówkami saksofonu i gitary), a nawet jeśli pojawiają się momenty spokojniejsze (czytaj: mniej gitarowe), to jest to spokój pozorny i będący raczej cisza przed burzą (połowa „American Skin”, gdzie dominuje delikatna elektronika i bardziej wyciszone gitary, które potem „wybuchają”). Nie mogło też zabraknąć szybki i melodyjnych kawałków zahaczających o country („Just Like Fire Would” z trąbkami i smyczkami czy „Down in the Hole”, gdzie pojawia się dziecięcy chór), zaś chórki nadają podniosłości jak w energetycznym „Heaven’s Well” czy pójścia w bardziej etniczne dźwięki (flety i banjo w „This Is Your Sword”). Czyli jest po staremu i bez niespodzianek, co w przypadku Bossa oznacza też silną energię i dynamikę.

Sam Bruce ma tyle charyzmy i siły w głosie, że nawet gdy śpiewa spokojniej, jest to wokal pełen emocji i siły („The Wall”), której mogłoby mu pozazdrościć wielu młodych wykonawców. Nie jest to czcze gadanie, co potwierdza każdy wykonywany tu utwór. Zaś teksty nigdy nie były słabą stroną Bossa, co tylko tutaj potwierdza.

I nie będzie chyba niespodzianką, jeśli powiem, że rok 2014 zaczął się z mocnego uderzenia. Springsteen nie zawiódł i utrzymuje swoja wysoką formę, do której zwyczajnie nas przyzwyczaił. Nadzieje (nawet te wysokie) zostały spełnione.

8,5/10


Poparzeni Kawą Trzy – Wezmę cię

Wezme_Cie

Dwa lata temu pojawił się debiutancki album zespołu, którego członkami byli dziennikarze radiowi pod wodzą Romana Osicy. Teraz panowie postanowili przypomnieć o sobie i wrócili z nowym materiałem pt. „Wezmę cię”.

I mamy w zasadzie to samo, co na debiucie, czyli mieszankę rocka i ska (dęciaki i sekcja rytmiczna), a to wszystko ma tylko jeden cel and jeden cel only: good fun and good energy. Panowie też czasem skręcają w stronę orientu („Chodźmy na kebab”), czasami nawet bawią się w bardziej letnie klimaty („Biała skarpeta i sandał”), trochę brudu („Chujamba”), bardziej balladowo („Tatuaże”) czy rozpędzonego hymnu EURO 2012, czyli „Piosenka piłkar-ska”. Ta różnorodność tempa jest największa zaletą, choć gatunkowo nie ma tutaj niczego nowego. Każdy z utworów ma coś do zaoferowania, a i widać, że zespół jest bardzo zgrany i słucha się go z wielka frajdą, zaś wokale Romana Osicy i Krzysztofa Zasady trzymają fason.

Za to jak zawsze nie zawodzi Rafał Bryndal jako autor tekstów, pełnych humoru, lekkości, ale i refleksji o związkach i miłości, ale także o piłce nożnej („Piosenka piłkar-ska”). Mogę się założyć, że parę razy się zaśmiejecie.

Co ja tu dużo będę mówił – bezpretensjonalna zabawa i tyle. Na Sylwestra myślę, że będzie pasować w sam raz.

Radosław Ostrowski


Scorpions – MTV Unplugged Live in Athens

Scorpions_MTV_Unplugged

Ten zespół działa już od ponad 40 lat, ale w 2011 roku ogłosił zakończenie kariery. I ruszyli w trasę koncertową, która jakoś nie może się skończyć. Niemiecka grupa Scorpions postanowiła w tym roku zagrać trzy koncerty dla „MTV Unplugged” w amfiteatrze Lycabettus w Atenach. A dwupłytowy album (+ DVD) jest zapisem tego wydarzenia.

Wybór utworów nie jest zbyt zaskakujący. Są starsze kawałki (m.in. „Pictures Life” czy „Speedy’s Coming”), wielkie hiciory („Still Loving You” czy „Rock You Like a Hurricane”), ale jest też pięć nowych kawałków (m.in. (instrumentalny „Delicate Dance” Matthiasa Jabsa i „Rock’N’Roll Band”). Jednak tak naprawdę wszystko zależy od aranżacji, bo jak zespół rockowy gra koncert akustyczny, wtedy traci połowę swojego ognia. Na szczęście zespół wybrał naprawdę dobrych współpracowników, czyli tzw. Szwedzki gang pod wodza Michaele Norda Anderssona i Martina Hansena. A ci goście zrobili cuda, tworząc bardzo odpowiedni klimat. Nie brakuje stonowanego grania („Born to Touch Your Feelings” z pięknym akordeonem i smyczkami), zahaczenia o country („Dancing with the Monnlight” czy „Where the River Flows” z harmonijkami ustnymi), chórków („The Best Is Yet to Come”) oraz sekcji smyczkowej („Still Loving You” czy „Send By the Angel”), a nawet pojawia się sitar („When You Came Into My Life”). zaś publiczność bardzo żywo reaguje i brzmi to naprawdę dobrze (a nawet bardzo) – jest moc w tym. A Klaus Meine jest po prostu w wysokiej formie jako wokalista.

Poza tym zespół zaprosił paru gości, którzy ubarwili to wydarzenie. Nieźle wypadli rodacy, czyli Cäthe („In Trance”) i Johannes Strate („Rock You Like a Hurricane”). Także grecka aktorka Dimitra Kokkori w „Born to Touch Your Feelings” wypadła dobrze, choć pojawia się bardzo krótko, podobnie Ina Muller w „Where the River Flows”. A całe szoł ukradł Morten Harket w „Wind of Change”.

Zespół trzyma się naprawdę dobrze i chyba zweryfikował plany zakończenia działalności. Samo wydawnictwo naprawdę trzyma poziom i jestem pozytywnie zaskoczony, bo piosenki nie straciły nic ze swojej energii.

8/10

Radosław Ostrowski