Black Country Communnion – BCC IV

BlackCountryCommunionIV

Moje spotkanie z Black Country Communnion odbyło się z okazji przesłuchania trzeciej płyty “Afterglow” z 2012 roku. Kiedy rok Joe Bonamassa ogłosił, że odchodzi z grupy (i zabronił pozostałym członkom szukania zastępstwa na to miejsce), skupiając się na solowej karierze, fani blues rocka poczuli smutek. Rok temu gitarzysta oznajmił, że wraca i pracuje nad nowym materiałem. Reszta grupy (wokalista Glenn Hughes, klawiszowiec Derek Sherinan oraz perkusista Jason Bonham) ruszyła do pracy, a efektem jest “BCC IV”.

Razem ze wspierającym grupę od początku producentem Kevinem Shirleyem, czerpią garściami z rockowych brzmień lat 60. oraz 70. I to od początku, czyli singlowego “Collide”, garściami inspirowanego ciężkim graniem spod znaku Deep Purple, Black Sabbath czy Whitesnake. Riffy Bonamassy brzmią cudownie, perkusyjne ciosy Bonhama dodają tylko ognia. Surowiej wybrzmiewa “Over My Head” z pozornie wolną grą muzyków, jednak konsekwentnie niepozbawioną mocy. Tym dziwniej dzieje się w przypadku zderzenia spokojnej, akustycznej gitary z mocnymi uderzeniami perkusji oraz folkowymi naleciałościami (solo smyczków) w “The Last Song for My Resting Place”, śpiewanej tym razem przez Bonamassę oraz rozkręcającej się z każdą minutą (a trwa on ponad 7 minut). Powrót do hard rocka serwuje “Sway” z orientalnymi smyczkami w tle oraz dziwacznie brzmiącym fortepianem, by wejść w spokojne, choć mroczne odcienie bluesa w “The Cove” i “Wanderlust” czy pełnym mocnego basu galopującym “The Crow” i “Love Remains”.

Wokalnie całość trzyma Hughes, który nadal ma kopa w tym, co robi. Tak samo Bonamassa atakującym ostrymi, agresywnymi riffami, w czym też pomagają popisy perkusyjne Bohnama oraz schowany w cień Sherinan. Rzadko zdarza się, ze takie supergrupy działają tak długo. Ale wygląda na to, że Black Country Communnion nie zamierza spocząć na laurach, dalej kosząc w brzmieniu hard rockowych klasyków. Oby na kolejne wydawcnitwo nie trzeba było czekać sześć lat.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Foo Fighters – Concrete and Gold

Concrete_and_Gold_Foo_Fighters_album

Każdy fan muzyki rockowej zna (lub przynajmniej słyszał) o zespole Foo Fighters. Grupa powstała na zgliszczach Nirvany w 1995 roku, kierowana przez Dave’a Grohla (zamienił perkusję na gitarę oraz wokal) oraz Pata Smeara (grał w Nirvanie jako gitarzysta na koncertach). Do tej pory wydali 8 płyt, które spotkały się z fantastycznym odbiorem. Czy będzie tak samo z nowym dzieckiem, “Concrete and Gold”?

Kiedy pojawiły się wieści, że producentem będzie Greg Kurstin, czyli osoba współpracująca z wykonawcami bardziej popowymi (Lily Allen, Sia, Pink, Adele), miałem pewne wątpliwości, że zamiast czadu i kopyta, dojdzie do złagodzenia brzmienia. Pełniący role intra “T-Shirt” wydaje się takim spokojniejszym wprowadzeniem. Akustyczna gitara I niski wokal Grohla mogą zapowiadać spokój, ale po Całość oparta tylko na akustycznej gitarze oraz niskim głosie Grohla, ale pół minuty później robi się głośniej, dzięki perkusji oraz ostrym riffom, by pod koniec się wyciszyć. Wtedy do akcji wchodzi singlowe “Run”, które po parudziesięciu sekundach serwuje brutalną sieczkę rozpisaną na naparzającą perkusję, wrzaski Grohla w zwrotkach oraz zapętlone, gęste riffy. Dalszy rozpęd gwarantuje niemal punkowe (lecz melodyjne) “Make It Right”, co jest zasługą świetnego wstępu oraz wręcz zapętlonego finału. Spokój przychodzi w wolniejszym, ale pełnym wrzasku “The Sky is a Neighborhood”, do którego dołączają się świetnie zaśpiewany refren oraz gitara, by wejść w “brudny” “La Dee Da”.

Wtedy pojawia się bardzo spokojny, akustyczny “Dirty Water”, wzięty niczym z klasycznego rock’n’rolla, dopiero w połowie zmieniając nastrój. W podobnym tonie grane jest mocniejsze “Arrows” oraz kompletnie wyciszone “Happy Ever After (Zero Hour)”, idące w stronę bardziej folkowo-bluesową. Powrót do mocnych riffów daje “Sunday Rain”, choć też wydaje się łagodniejszy od reszty. Ale prawdziwa moc wraca dopiero w finale, gdzie słyszymy wolno rozkręcający się utwór tytułowy.

Grohl jest w dobrej dyspozycji wokalnej, na przemian niemal szepcząc i zawodząc, by w odpowiedniej chwili krzyczeć, warczeć I atakować. Tylko nie mogłem pozbyć się wrażenia, że siły, mocy, ognia starczyło tylko na początek oraz koniec, a w środku brakuje pomysłów. Innymi słowy, konkretów niby sporo, ale niewiele zmieniło się w złoto. Jest tylko dobrze.

7/10

Radosław Ostrowski

Gizmodrone – Gizmodrone

f43d0c53-9ba7-4ecb-93ec-5c94a53616e6

Bardzo nie lubię terminu supergrupa. Termin ten oznacza grupę indywidualistów, którzy mieli wielkie sukcesy jako soliści czy członkowie innych zespołów, którzy postanowili się spotkać i razem coś zagrać. Zazwyczaj ma się wrażenie, że jest to bezczelny skok na kasę. Czy tak jest w przypadku Gizmodrone? Grupa powstała w tym roku we Włoszech, a należą do niej: gitarzysta i wokalista Adrien Belew (King Crimson, Talking Heads), basista Mark King (Level 42), klawiszowiec Vittorio Cosma oraz perkusista Stewart Copeland (The Police). Co z tego wyszło?

Bardzo energetyczne I dynamiczne granie, czerpiące z rocka, bluesa i jazzu. Tak jest w otwierającym całość “Zombies in the Mall”, gdzie mamy dęciaki, chórek, mocne riffy (pod koniec), delikatne klawisze, wspólny zaśpiew w refrenie. A im dalej w las, tym ciekawsze pomysły, aranżacje oraz potężna dawka energii. Zabarwione “orientalnie” brzmiącymi fletami, surowe “Stay Ready”, reagge’owa perkusja w lekko podchmielonym “Man In The Mountain”, przypominającym The Police czy nawet skoczna akustyczna gitara w przyjemnym “Summer’s Coming”. Swoje też robi pozornie spokojny “Sweet Angels (Rules The World)”, zmieniający tempo w refrenie ku reggae (gitarka fajnie buja) czy wybrana na singla “Amaka Pipa”, pełna egzotycznych dodatków, świetnego solo na gitarze i przerobionego wokalu, jakby śpiewającego przez megafon. Z dalszej części płyty najbardziej zapada w pamięć mroczne, niemal hard rockowe “Ride Your Life”, pełne “latynowskich” zaśpiewów oraz odgłosów ptaków “Zubatta Cheve” czy najdłuższe w zestawie “Spin This” z wybijającym się basem z organowymi klawiszami.

Słychać, ze muzycy świetnie się bawili podczas realizacji, co także czuć w kazdym z utworów. Belew na wokalu nadal ma w sobie to coś, co przykuwało uwagę, a reszta muzyków równie wywiązuje się bardzo dobrze ze swoich zadań. Co pokazuje, że istnienie supergrup może nie być tylko skokiem na kasę. Pytanie tylko czy to będzie jednorazowy project, czy będzie coś na więcej. Ale na odpowiedź trzeba będzie jeszcze troszkę poczekać.

8/10

Radosław Ostrowski

The Night Flight Orchestra – Amber Galactic

Amber Galactic

The Night Flight Orchestra to szwedzka formacja obchodząca w tym roku 10-lecie działalności. Do tej pory wydali dwie płyty, a w skład grupy wchodzą: wokalista Bjorn Strid, gitarzysta David Andersson, basista Sharlee D’Angelo, klawiszowiec Richard Larsson, perkusista Jonas Kallsback oraz grających na kongach i gitarze Sebastian Forslund. Teraz przypominają o sobie nowym albumem “Amber Galactic”.

Zespół gra klasycznego rocka, stawiając na melodię i ocierając się o brzmienia lat 70., stawiając na mocne riffy oraz “kosmiczną” otoczkę. Czuć tu już w otwierającym całość “Midnight Flyer” z pociągającą elektroniką, wręcz epickim rozmachem oraz bardzo szybkim tempem, jakiego można było się spodziewać choćby po Thin Lizzy czy Toto (finałowe solówki gitary i klawiszy). “Star of Rio” ma bardziej podkręconą perkusję z soczystymi solówkami oraz chóralnym refrenem. Podobnie magiczny singiel “Gemini” z wplecionym zdaniem po… polsku, rozpędzając się niczym Pendolino czy bardziej bluesowy (fortepian) “Sad State of Affairs” z wolniejszym I spokojniejszym mostkiem. Kameralniej robi się przy “Jenine” z fortepianem oraz smyczkami na początku czy idącym w stronę pulsującego Orientu funkowe “Domino”. Wszystko jest tutaj na wysokim, równym poziomie, tworząc spójny klimat oraz ogromny potencjał na podbicie radiowych stacji (kapitalna “Josephine” czy wybrane na drugi singiel spokojniejsze “Something Mysterious”), ale nie pozbawione progresywnych naleciałości (“Saturn in Velvet”).

Muzycy znają się na swojej robocie świetnie, dodając sporego kopa energii. Tak samo jak świetnie robiący swoje Strid, przez co całość brzmi jeszcze bardziej staroświecko (skojarzenia z Davidem Paichem z Toto wskazane). Na sam koniec (w wersji deluxe) dostajemy cover “Just Another Night” Micka Jaggera ze świetnym solo saksofonu, który zgrabnie wieńczy dzieło. Jeśli jesteście gotowi na kosmiczną wędrówkę oraz pop-rockowe granie z najwyższej półki, “Amber Galactic” jest cudownym powrotem do przeszłości. Na pewno jeszcze wrócę do tej płyty.

8/10

Radosław Ostrowski

Alice Cooper – Paranormal

Alice_Cooper_Paranormal

Jeden z weteranów muzyki rockowej, czyli bardzo brzydki, lecz niepozbawiony talent Alice Cooper znowu daje o sobie znać. Od poprzedniego albumu minęło 6 lat, a rockman w między czasie stworzył supergrupę Hollywood Vampires. Teraz wraca wspierany przez samego Boba Ezrina oraz klasyczny skład z czasów świetności (gitarzysta Michael Bruce, basista Dennis Dunaway oraz perkusista Neil Smith – nie we wszystkich utworach) plus jeszcze kilku gości (m.in. Roger Glover z Deep Purple, Billy Gibbons z ZZ Top I Larry Mullen Jr. z U2). I tak narodził się 27 (!!!) album “Paranormal”.

Początek jest mocny, bo tytułowy utwór to klasyczny rockowy numer z pazurem, wręcz epickim wstępem oraz szybką grą sekcji rytmicznej w zwrotkach. “Dead Flies” pędzi na złamanie karku, a surowy “Fireball” z marszową perkusją ma w sobie podkręca klimat. Dziwaczny (na pierwszy rzut ucha) jest “Paranoic Personality”, gdzie mamy dziwne głosy oraz szumy na dość spokojnym początku, by zaatakować niemal “świdrującą” gitarą. Bujający “Fallen in Love” brzmi jak odrzut z ZZ Top, ale świeży, pełen energii. Podobnie jak nakręcony i szalony “Dynamite Road”, mocno pobrudzony “Private Public Breakdown”, pełen dęciaków “Holy Water” czy przypominający Pink Floydów (te klawisze) “The Sounds of A”.

Cooper konsekwentnie gra swoje, czyli mocnego rocka, niepozbawionego melodyjności, energii oraz pazura. 70-letni wokalista nie brzmi jak parodia siebie, co jest sporym plusem. Miłym dodatkiem jest drugi album w wersji deluxe, gdzie mamy dwa nowe kawałki z klasycznym składem (przebojowy “Genuine American Girl” oraz hardrockowy “You and All of Your Friends”)  i zapis koncertu zespołu z Columbus w Ohio dnia 6 maja 2016, gdzie zagrano takie hity jak “School’s Out” czy “No More Mr. Nice Goy”.

“Paranormal” jest przykładem solidnego, dobrego rockowego grania w starym stylu. Bez pójścia na łatwiznę, z luzem oraz energią jakiej wielu ludzi może zazdrościć 70-letniemu Cooperowi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Natalia Przybysz – Światło nocne

711b7a5d-9f40-40db-afbb-5b1031fd4eb4

Ta wokalistka i kiedyś jedna czwarta składu Sistars bardziej robiła szum swoim wywiadem, w którym przyznała się do aborcji oraz stając się twarzą Czarnego Protestu. Te kontrowersje wiele osób zniechęciły, a w międzyczasie Natalia rozkręciła jeszcze zespół Shy Albatross. Teraz mamy nowe, solowe dzieło zwane “Światłem nocnym”. O co tu chodzi, bo tytuł wprawia w konsternację?

Brzmieniowo to nadal stricte rockowe dzieło, inspirujące się stylem lat 60., co czuć w niemal sennym “Vardo”, gdzie do przygrywających instrumentów (gitara jest tu obłędna), Natalia jakby od niechcenia niemal recytuje imiona żeńskie, ale im dalej, tym bardziej do krzyku. Znacznie szybciej robi się przy “Nic osobistego”, pełnym garażowego riffu, niczym wiertło oraz wybranym na singiel, pełnym pulsującej elektroniki utworze tytułowym. To znacznie bardziej skoczny utwór, gdzie tekst jest niemal zagłuszany jest instrumenty, przez co trudno jest zrozumieć o co chodzi. Podkręcana, przesterowana “Mandala” z bardziej spokojną zwrotką potrafi uwieść, by na końcu zaatakować najpierw riffem, a następnie perkusyjnym bałaganem na końcu. Buja gitara kojąco w “Dzieciach malarzy” oraz bardziej pobrudzonym bluesisku “Świat wewnętrzny”. Wolniejszy “Czarny” jest nakręcany przez perkusję, a akustyczny “Przez sen” skłania bardziej ku refleksji, podobnie jak znakomity i mroczny “S.O.S.” z wygrywaną na gitarze i klawiszach wiadomości Morse’m, by w finale uciszyć “Domem”.

“Światło nocne” nie tylko kupiło mnie konsekwentnie trzymaną stylistyką, ale także tekstami dotyczącymi dualizmu świata, niepokoju, zagubienia swoich uczuć, tłumienia ich przed resztą świata (“Świat wewnętrzny”). Sam głos Natalii też zaskakuje swoją wszechstronnością: od bardzo delikatnych rejestrów po bardziej ekspresyjne fragmenty, dając prawdziwego kopa. Warto zobaczyć to nietypowe światło.

8/10

Radosław Ostrowski

Queens of the Stone Age – Villains

Villains_cover_artwork

W 2013 roku Queens of the Stone Age kompletnie zmieniło swój styl muzyczny na płycie “…Like Clockwork”, bardziej skręcając w stronę komercyjnego rocka, co wprawiło swoich fanów w kompletne zakłopotanie. Cztery lata minęły, a Josh Homme I spółka postanowili zakotwiczyć w tym rewirze na dłużej. Ale czy może być inaczej, skoro “Villains” powstało ze współpracy z producentem Markiem Ronsonem (współpraca m.in. z Amy Winehouse, Bruno Marsem, Adele czy Lady Gagą)? A może się jednak mylę?

Siódma płyta zespołu jest też pierwszą w historii kapeli, gdzie nie ma żadnych gości. Początek to ciężkie I mroczne “Fell Don’t Fall Me” z dziwacznymi szmerami, szumami, powoli (lecz konsekwentnie) atakującą perkusją oraz bardzo pulsującymi klawiszami. Jakby tego było mało, to wokal Homme’a jest bardzo oddalony i słyszalny jak echo. Niecałe dwie minuty później wszystko staje się zwarte, perkusja wali mocno, a gitary wykonują melodyjny taniec (w połowie nawet riff jest lekko podchmielony), zaś Homme jest bardziej wyraźny niż na początku, dodając do pieca. Ale singlowy “The Way It Used to Do” utwierdził mnie w przekonaniu, że dawni stone rockerzy chcą walczyć z… Franzem Ferdinandem. Jest dość szybka melodia, skoczna gra instrumentów niczym z lat 70. i klaskaną perkusją, by na koniec wpuścić troszkę mroku, kontynuowanego w “Domesticated Animals” brzmiących bardzo orientalnie (gitara), by nagle się uspokoić I zaświdrować uszy perkusją, wspólnie z “egipskimi” klawiszami, dając prawdziwego kopa. Mroczniejsze “Fortress” to coś, co mi utkwiło w pamięci najbardziej, dodając odrobinę psychodelii (gitary i klawisze), a “Head Like a Haunted House” to szybki, niemal punkowy strzał z przesterowanymi gitarami oraz rozpędzoną perkusją. Stare dobre brzmienie Królowych czuć w “Un-Reborn Again” zdominowamym przez tłuste brzmienie syntezatorów, mocniejszy bas oraz zadziorniejsze riffy.

Niby spokojniej robi się w utrzymującym tempo walca “Hideaway” z czarującym refrenem. Bardziej ostro jest w “The Evil Has Landed” ze śpiewanym  capella wstępem oraz kompletnie zmieniającym się tempem, a na koniec dostajemy bardzo mroczne, pełne laboratoryjnych dźwięków “Villains of Circumstances” z bardzo powolnymi, ale gęstymi od napięcia riffami, by po dwóch minutach pójść drogą niemal klasycznego rock’n’rolla z przesterem.

Sam Homme swoim głosem parę razy zaskakuje, wywraca tempo i potrafi być bardzo delikatny, ale najlepiej czuje się w mocniejszych numerach. Tylko ta wolta stylistyczna może wielu fanów wprawić w zdumienie. Dużo melodyjności, więcej elektroniki I sporo kawałków, które pasowałyby do dyskoteki, gdyby grano tam rocka. Czy to się spodoba? Być może, choć dla mnie te 9 utworów bywało niespodziankami, a noga podrygiwała, więc było dobrze. Homme i spółka nie zmienili się w łotrów, więc ocean tylko jedna:

7/10

Radosław Ostrowski

U2 – The Joshua Tree (30th Anniversary Edition, Super Deluxe Edition)

the-joshua-tree-30th-anniversary-edition-super-deluxe-b-iext49509105

1987 rok dla muzyki rozrywkowej przyniósł wiele płyt uznawanych za wybitne. Ci, co nie mieli szczęścia ich posłuchać w dniu premiery, gdyż nie było ich na świecie, mają na to szansę, m.in. dzięki remasteringom oraz specjalnym reedycjom. Nie inaczej jest z piątą płytą bardzo popularnego irlandzkiego kwartetu U2 wyprodukowanym przez Daniela Lanois oraz Briana Eno “The Joshua Tree”.

Album ten uważany jest najlepszy w karierze zespołu, co spowodowane było mieszanką chwytliwych melodii, głębokich, refleksyjnych tekstów oraz świetnego zgrania grupy. Już otwierające całość “Where The Streets Have No Name” uderza swoim organowym, niemal sakralnym wstępem, do którego dołącza tnąca gitara Edge’a. Ale reszta ferajny też mocno zaznacza swoją obecność płynnym basem i perkusją, coraz bardziej przyspieszając. Dwa następne utwory (“I Still Haven’t Found What I Looking For” oraz “With or Without You”) to już megahity, grane przez stacje radiowe do dnia dzisiejszego. Mocno psychodeliczny jest “Bullet The Blue Sky” z dziwacznie przesterowaną gitarą (melodię przejmuje bas), mocnymi uderzeniami perkusji oraz Bono niemal krzyczącym I recytującym. Zaskoczeniem jest utrzymany w niemal folkowo-westernowym tonie “Running To Stand Still”, gdzie największą robotę robią klawisze, a “Red Hill Minning Town” czaruje mocniejszymi riffami, z kolei szybkie tempo jest najmocniejszym punktem “In God’s Country”.

Powrót do folkowo-westernowego świata otrzymujemy w “Trip Through Your Wires” z łagodniejszą gitarą oraz harmonijką ustną. Najbardziej przyjemne było dla mnie lekko egzotyczne w brzmieniu “One Hill Tree” z niemal orientalnie “tańczącą” gitarą oraz bardzo kojącymi klawiszami, by na koniec rzucić smyczkami. Tym bardziej zaskakuje minimalistyczny “Exit”, gdzie na początku mamy… cykanie świerszczy. Ale im dalej w las, tym mocniej atakują pozostałe instrumenty (środek to agresywniejsza gitara, a finał to perkusyjne petard)), by na koniec pomieszać pulsująco-chropowatą elektronikę, udającą etniczne instrumenty oraz sample w “Mother of the Disappeared”. Tak się kończy album, który dziwnie się broni świetnymi melodiami, mocno wyczuwalną chemią miedzy członkami grupy oraz porywającym wokalem Bono.

Ale jeśli ciągle wam mało, to wydawnictwo super deluxe edition zawiera jeszcze trzy dodatkowe krążki. Pierwszy to zapis koncertu z Madison Square Garden, który odbył się 28 września 1987 roku. Poza kawałkami ze swojego, wtedy najnowszego wydawnictwa, zagrali również swoje poprzednie hity jak “I Will Follow”, “Sunday Bloody Sunday”, “New Year’s Day” czy “October”. I co ja tu będę więcej opowiadał, U2 to koncertowe zwierzęta, łatwo nawiązujące kontakt z publicznością. Trzeci album to zestaw alternatywnych miksów piosenek dokonany m.in przez Briana Eno, Daniela Lanois, Steve’a Lillywhite’a. A czwarty album to piosenki ze strony B singli oraz odrzuty, w tym dwie kompozycje oparte na wierszu Williama Blake’a (“Beautiful Ghost/Introduction to Songs of Experience”)  oraz Allena Ginsberga (“Drunk Chicken/America”).

I to ten materiał jest dodatkową zachętą do zmierzenia się z “Drzewem Jozuego” – kapitalnej, głebokiej, rewelacyjnej płyty pop-rockowej. Poezja.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Haim – Something to Tell You

Something_To_Tell_You_Haim

Trzy siostrzyczki zapatrzone w pop-rockowe brzmienia lat 80. przykuły uwagę swoim debiutem “Days Are Gone”. Ale to było cztery lata temu i do tego czasu Alana, Danielle oraz Este Haim postanowiły troszkę zmienić klimat, używając bardziej “organicznych” dźwięków. Czy udało się to założenie? Odpowiedź ma dać “Something To Tell You”.

Zaczyna się od potencjalnego hitu na lato, czyli singlowego “Want You Back” pełnego eterycznej elektroniki, “klaskanej” perkusji oraz bardzo nośnego refrenu, a także odbijającego się głosowego echa niczym z Jamesa Blake’a. I ta mieszanka pop-rockowa brzmi więcej niż fajnie, troszkę przypominając The xx, lekko Jessie Ware (wokale) oraz stylem lat 80., co słychać w “Nothing’s Wrong” z elektroniczną perkusją, skoczną gitarą oraz lekkim “przymuleniem” ambientowym pod koniec czy bardzo tanecznym (aczkolwiek polanym sosem indie) “Little of Your Life” z podkręconą perkusją, soulowym sznytem oraz zgrabnym riffem pod koniec. Sporo tutaj przestrzennych, ambientowych eksperymentów pełnych oszczędnej perkusji (“Ready for You”), potrafiącej się też rozpędzić (“Kept Me Crying”), rozmarzonych klawiszy (utwór tytułowy czy “You Never Knew”), większej obecności gitar wziętych od Ariela Pinka (“You Never Knew”), a nawet żwawych smyczków (“Found It In Silence”).

Ale im dalej w las i coraz bardziej siostry próbują się bawić dźwiękami, to po prostu brakuje tego kopa z początku albumu. Do tego jeszcze nie brakuje niebezpiecznych skrętów w stronę plastikowego popu jak w “Walking Away” z niezłymi pogłosami. Nie mogę też odmówić uroku bardzo delikatnym głosom sióstr (razem mają siłę huraganu), co też nie psuje przyjemności.

Drugi album Haim to taki album do przesłuchania na letnie dni – pełen ciepła, rozmarzonego klimatu oraz paru chwytliwych kawałków. Dobre, delikatne (może za bardzo) i mimo pewnych udziwnień realizacyjnych dostarcza wiele przyjemności.

7/10

Radosław Ostrowski

Beth Ditto – Fake Sugar

Fake_Sugar_cover

Trudno nie zauważyć Beth Ditto – wokalistki bardzo popularnego w latach 90. Gossip. I nie chodzi tu tylko o gabaryty, ale o spore umiejętności wokalne. Tym razem artystka (po 6 albumach z macierzystą formacją) postanowiła spróbować sił solo, czego efektem jest “Fake Sugar”.

Od strony producenckiej Ditto dostała wsparcie od Jennifer Decilveo, współpracującą m.in. z B.o B., Rynem Weaverem czy Melanią Martinez. Czuć tutaj zarówno popowe ciągoty producentki zmieszane z lekko rockowym zacięciem. Taki jest otwierający całość wyciszony “Fire”, który przy obecności perkusji dokonuje (niewielkiego, ale jednak) przyspieszenia. Równie spokojny jest “In and Out” z nakładajacym się echem, ale tytułowy utwór z aktywniejszą perkusją pasuje do tańca (i jeszcze te cudne chórki). Takiego, bardziej intymnego oblicza się nie spodziewałem, choć zgrabnie wykorzystywana elektronika tworzy specyficzny klimat.

Czy to znaczy, ze brakuje szybszych numerów? Absolutnie nie, bo tempo przyspiesza od połowy wydawnictwa. Taki jest “Savoir Faire”, ocierający się o alternatywny pop, “We Could Run” z “brudną” elektroniką oraz dynamiczną perkusją (końcówka jest świetna), bardziej skoczny “Oh La La” z zakrzyknięciami w tle czy najostrzejszy w zestawie “Go Baby Go” oraz mocne gitarowo “Oh My God”. Dopiero pod koniec płyty wszystko się uspokaja i wycisza jak w niemal eterycznym “Love in Real Life”.

Ditto zaskakuje tym, jak bardzo łagodnie, wręcz delikatnie wykonuje swoje utwory, rzadko pozwalając sobie na ekspresję. To bardzo liryczna płyta, pełna miłości, ale i smutku, co dobrze oddają teksty. I nie jest to w żaden sposób przesłodzone, co w przypadku pop-rockowego grania jest bardzo łatwo. Może troszkę dla mnie było za spokojnie, niemniej “Fake Sugar” jest przykładem dobrej, nieoczywistej, popowej muzyki zrobionej z głową.

7,5/10

 

Radosław Ostrowski