Kazik & Kwartet ProForma – Tata Kazika kontra Hedora

tata-kazika-kontra-hedora-b-iext49261289

Tata 2, Tata Kazika niedługo przyjdzie pora
Tata Kazika kontra Hedora

Tak 20 lat temu w piosence “12 groszy” Kazik zapowiadał coś, czego miało nie być. Jak się okazało, archiwum teksów jego ojca jest bardzo bogate, a nagrane z Kultem dwie płyty to tylko mały procent całości. Tym razem jednak Staszewskiego wsparł Kwartet ProForma i musiała z tego powstać ciekawa rzecz.

Po krótki intrze złożonym z fragmentów wypowiedzi Stanisława Staszewskiego, dostajemy zestaw piosenek utrzymany w stylistyce rockowo-knajpiarskiej, jakby zrealizowano to w dawno minionym systemie. Obowiązkowo pojawia się gitara elektryczna i akustyczna, fortepian, akordeon, trąbka oraz perkusja – jakby za czasów Kultu nagrywającego piosenki starszego Staszewskiego, czyli z lat 90. Niemal uliczne tango “1947” (akordeon błyszczy), singlowa “Ta droga była daleka” z szybką grą fortepiano I cudnym riffem w środku, bardzo liryczny “Ogrodnik” zmieniający tempo w środku, galopując na złamanie karku w przeciwieństwie do nostalgicznego “Mostu”. A kiedy myślicie, że będzie tak spokojnie to dostajemy marszowo-rockowy “Klub Cynicznych Egoistów”,  podchmielony “Kongres Nauki Polskiej”, który mógłby spokojnie zostać zaśpiewany przez Marka Dyjaka, by wrzucić wyższy bieg przy “Starszym asystencie Johnie”.

“Leonardo” jest zmianą klimatu na bardziej jazzowy klimat, a początek troszkę przypomina “Do Ani”, by w połowie przyspieszyć klawiszami I trąbką, a ostra gitara powraca w mrocznym “Ay pee, ah yee”, gdzie zaskakuje obecność… mandolin. Z kolei “Jest między nami obcość” atakuje bardziej podniosłym nastrojem (ta atakująca perkusja oraz bardziej operowy głos na początku), by zmienić całość w skoczny numer do tańca. Wszystko wraca do normy przy “Gdybym miał kogoś” oraz gorzkiej “Zmysłowej i pijanej” (wyjątkiem od tej reguły jest pachnący Black Sabbath “Apel poległych”).

Kazik prezentuje się wokalnie dobrze i czysto, co wielu może się nie podobać. Ale w tym całym akompaniamencie pasuje tak, jak powinien. Kwartet równie mocno jest zgrany z Kazikiem, że mogliby śmiało grać jako Kult. No i jeszcze te teksty, pełne gorzkich obserwacji, rozczarowań, smutku, ale niepozbawione humoru. Czy jest tutaj miejsce na nowego “Baranka” czy “Celinę”? Czas pokażę, a nawet jeśli nie, nie zmienia to faktu, że Kazik nadal ma coś do powiedzenia i ciągle jest w dyspozycji.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Blondie – Pollinator

Blondie%27s_%22Pollinator%22_album_cover

Pamiętacie taki zespól Blondie? Jeden z prekursorów punk rocka (obok Ramones i Sex Pistols), który mieszał tak naprawdę różne gatunki: od rocka przez disco, funk i reggae, osiągając szczyty popularności w latach 80. Potem doszło do rozpadu, a Debbie Harry i spółka skrzyknęli się pod koniec lat 90. (ze starego składu ostali się tylko gitarzysta Chris Stein i perkusista Clem Burke), czasy się zmieniły, a grupa nie odnosiła tak spektakularnych sukcesów. Nie mniej nie odpuszczają, dzięki czemu trafiła jedenasta studyjna płyta.

Przy „Polimatorze” od strony produkcyjnej wsparcia udzielił John Congleton, zaś utwory na albumie są stworzone przez takie postacie jak Johnny Marr (gitarzysta The Smiths), Sia, David Sitek (TV On The Radio) czy Nick Valenci (The Strokes). Nad całością czuć ducha dawnego, przebojowego oblicza Blondie, co czuć już w energetycznym „Doom or Destiny”, gdzie wokalnie wsparcia udzieliła Joan Jett. Szybkie riffy, delikatne i rozbuchane klawisze, dynamiczna perkusja – brzmi jak czad? I tak też jest. Echa nieśmiertelnego „House of Glass” czuć w rytmiczno-nostalgicznym „Long Time” czy delikatnym „Already Naked” z zadziorniejszą gitarą w refrenie. Potencjalnym killerem imprezowym jest singlowe „Fun”, gdzie mamy nośny refren, chwytliwą nutę, funkową gitarę i dyskotekową perkusję z lat 70. oraz niemal punkowy „My Monster” (ta gitara szaleje). Nie brakuje też miejsca na bardziej romantyczne fragmenty, gdzie szansę ma się popisać klawiszowiec w „Best Day Ever” czy mroczniejszym „Gravity”, nie wspominając o niemal akustycznym „When I Gave Up on You”. Nie brakuje i dęciaków (niezły „Love Level”).

Blondie trzyma się swojej stylistyki, a wokal Debbie Harry jest na tyle wyrazisty, że nie można jej z nikim pomylić. Ale wiek zrobił swoje (wokalistka ma już 72 lata!) i choć nie ma on takiej mocy (wokal, nie czas) jak kiedyś, to nie wywołuje ona rozdrażnienia. Jest to solidny poziom, jakiego wiele osób może pozazdrościć.

„Polinator” to powrót Blondie do dobrej formy i przyjemnego, przebojowego popu zrobionego w starym, lecz nie archaicznym stylu. List przebojów i nowych fanów raczej nie zdobędą, ale nie mają czego się wstydzić. Dinozaury nadal się fajnie gibają i nie zamierzają jeszcze przenieść się do muzeum.

7/10 

Radosław Ostrowski

Maciej Balcar – Znaki

0006D9D9G59XXWR2-C122

Każdy fan polskiego rocka zna Macieja Balcara, czyli obecnego wokalisty Dżemu. Ale wokalista próbował też wydawać własne płyty z muzyką dość odmienną od formacji. Nie inaczej jest w „Znakach”, będących mieszanką delikatnego rocka zmieszanego z bluesem oraz bardziej refleksyjno-poetyckimi tekstami.

I to już czuć w pianistycznym „Trafie”, przyjemnie bujającym numerze, gdzie dochodzą łagodnie grające gitary. To bardziej liryczne oblicze Balcara jest konsekwentnie budowane do samego końca, czy to w zgrabnym, niemal tanecznym „O maku” (płyną te gitary) z bardzo chwytliwym refrenem, przesyconym folkiem „Do ludzi” (prześliczne solo smyczków, także w cudnych „Gruszkach”). Nie boi się także eksperymentować, co czuć w pełnym elektroniki, agresywnym „Wiarusie”, który wprawił mnie w osłupienie.

Dla fanów bluesa jest gitarowo-harmonijkowe „Dzień mija” oraz 7-minutowy „Trzecia rano”, a osoby szukające ostrego grania dostaną je w niemal hard rockowym „Ogarnij”. W tych numerach Balcar czuje się jak ryba w wodzie i od „Dzień mija” mocniej naznaczona jest obecność gitary elektrycznej. Zarówno w refleksyjnym „Pamiętaj” (gitara + smyki = świetna rzecz), jak i wcześniejszych numerach czuć kopniaka. A na koniec dostajemy romantyczne „Pokochaj” z obowiązkowo pięknym fortepianem.

Balcar pokazuje swoje bardziej refleksyjno-romantyczne oblicze i mimo mocnego głosu, potrafi uwieść nim i nie dziwi mnie to. Także bardzo delikatne, refleksyjne teksty, bez popadania w banał czy nadmierny patos. Piękny album, który najlepiej słucha się z drugą połówką.

8/10

Radosław Ostrowski

Bobby Kimball – Mysterious Sessions

a4111100574_16

Przez wiele lat Bobby Kimball był rozpoznawalnym wokalistą zespołu Toto, grając z nimi na początku swojej działalności do 1984 roku. Potem jeszcze wrócił w latach 90., ale ciągle grywał solowo. I w zeszłym roku wydał dość nietypowy album, gdzie zagrał swoje znane z macierzystej formacji piosenki plus kilka swoich ulubionych. Różnica w tym, że pozapraszał paru gości i tak wyszło to cudo.

Początek jest mocny i soczysty, bo takie zawsze jest „Hold The Line”, nawet jeśli nie jest specjalnie modyfikowane. Utwór broni się po prostu sam, a gitara nadal ma w sobie ten czad jak w dniu nagrania. Drugi w zestawie jest cover Pink Floyd „Have a Cigar”, gdzie wokalistę wsparli Mike Porcaro z Toto, Bruce Kulick z Kiss i Greg Bissonnette (współpraca m.in. z Davidem Lee Rothem i Joe Satrianim). Od oryginału różnią go mocniej grane riffy, choć klawisze zdradzą wpływ grupy Rogera Watersa. Coverem jest też zadziorne „Get Back” z udziałem muzyków Yes: Tony’ego Kaye’a i Alana White’a oraz wyciszone „I’m Not In Love”. Bardziej podniosłe jest „Who’s Crying Now” z klawiszowym wsparciem Billy’ego Sherwooda, dającego tutaj radę. Ale kompletnym strzałem jest „Africa”, pełna bogatych ozdobników etnicznych w postaci fletów, cymbałków, sitara i perkusjonaliów, dających prawdziwego kopa (za to odpowiadają Patrick Moraz i Nektar). Dalej też pojawiają się drobne smaczki jak gwałtowne solo saksofonu w „Give a Little Bit”, funkowa gitara w „Something About You” czy poruszające smyczki w „The Dance”.

Wszystko to spina mocny wokal Kimballa, który mimo lat nadal ma w sobie wiele siły. I miejscami tylko on jest w stanie uratować piosenkę przed porażką jak w przypadku „I’m Not In Love” czy troszkę na siłe wciśniete „Please Come Home for Christmas”. Na finał dostajemy niezapomnianą „Rosannę”, która częściowo nagradza wszelkie niedoróbki.

I mam problem z tą „nową” płytą ze starym materiałem. Kimball ma głos, muzycy znają się na swojej robocie i trudno się do czegokolwiek przyczepić. Tylko to wszystko jakoś nie angażuje i nie wciąga, sprawiając wrażenie mechanicznej roboty i solidnego rzemiosła. Zaledwie porządna robota, która może (choć nie musi) zainteresować osoby chcące poznać Toto oraz klasykę rocka lat 70.

6,5/10

Radosław Ostrowski

 

The Baseballs – Hit Me Baby

Hit Me Baby

Tych trzech chłopaczków z Niemiec obserwuje od niemal początku swoje drogi. Sam, Digger i Basti konsekwentnie wyglądają jakby zostali zahibernowani na 65 lat, ciągle lubią rock’n’rolla oraz rockabilly. Do tej pory wydali aż pięć płyt (włącznie ze świątecznymi klasykami) I w zeszłym roku zrobili kolejny album w swoim niepodrabianym stylu. Czy to znaczy, że będzie nudno?

Absolutnie nie, bo nadal panowie się bawią podczas grania. Gitarka tnie łagodnie I skocznie, podobnie jak sekcja rytmiczna z fortepianem. Muszą też pojawić się pstryknięcia oraz wspólnie śpiewane fragment. Na czym polega zabawa? W rozpoznawaniu piosenek, bo wzięto bardzo znane przeboje na warsztat, kompletnie zmieniając aranżację. Utrudnia to skojarzenie, chyba że zaczniecie wsłuchiwać się w tekst. A co przerobiono? Zaczęło się od “Back for Good” Take That, jednak w prawdziwą konsternację wprawiło mnie “Survivor”, chociaż po wstępie pianistycznym powinienem się domyślić. Takich niespodzianek jest cała masa, a rozpoznanie utworów Ace of Base, R. Kelly’ego, Cher, Josha Grobana czy Spice Girls nie będzie takie proste jak się wydaje. Przynajmniej jeśli chodzi o muzykę. “Let’s Talk About a Sex” zmienia się w romantyczną balladę z ciepła gitarą i chórkami, zadziorniejszy stał się “…Baby One More Time” z saksofonami w finale, “Shackles (Praise You)” niemal pędzi ku dzikim preriom, by ustąpić miejsca dzikiemu “Daylight in Your Eyes”. Więcej piosenek nie podam, bo nie chcę wam psuć zabawy.

“Hit Me Baby” to przykład na to, że nawet grając w kółko tą samą muzykę można robić to w ten sposób, by nie wywoływać znużenia. Panowie śpiewają cudnie I odnajdują sie w tej konwencji jak ryba w wodzie, sama muzyka bardzo pozytywnie zaskakuje (choć niby znamy te sztuczki) I trudno nie uśmiechnąć się w trakcie słuchania. Ja przynajmniej nie potrafiłem i wierzę, że jeszcze parę osób też się będzie na tym świetnie bawić.

8/10

Radosław Ostrowski

Piotr Bukartyk – O zgubnym wpływie wyższych uczuć

PiotrBukartyk_OZgubnymWplywieWyzszychUczuc

Ten gitarzysta i wokalista znany jest fanom radiowej Trójki, gdzie w każdy piątek prezentuje swoje nowe piosenki, grane z Krzysztofem Kawałko. Nieuniknione jest jednak to, ze te piosenki (w nikłym stopniu) trzeba także wydać na płytę, gdyż nie każdy ma radio i może posłuchać. Po trzech latach ukazuje się nowe dzieło barda – “O zgubny wpływie wyższych uczuć”, które wydano 2 miesiące temu.

Zaczyna się mocnym ciosem w postaci singlowego “O przyjaźni” z prostą, ale chwytliwą melodią na gitarze akustycznej. Ale w refrenie wchodzi gitara elektryczna (dość łagodna), która pod koniec pozwala na ostrzejszy fragment. Dominuje jednak brzmienie akustyczne, wspierające niski wokal Bukartyka oraz jego bardzo refleksyjne teksty opowiadające o kwestiach natury intymnej (czyli bliskości, przyjaźni, samotności i miłości). Tak jest z łagodnym, melancholijnym “Tylko o nas” czy ocierającym się o western “Niech sobie śpi”. W ogóle duch Dzikiego Zachodu jest tutaj mocno odczuwalny, nawet w bardziej elektrycznym “Leje wieje”, by nagle skręcić w stronę bluesa (“Łajdak i świnia”, “Ten sam punkt”), niemal skocznego walca (“Teraz ci zapłacę”) czy delikatnego folku (“Tusz do rzęs”). Bukartyk nie spieszy się, bo nie ma specjalnie po co i opowiada swoje mikroopowieści, gdzie nie brakuje miejsca także dla humoru (troszkę gorzkiego jak w “Piosence spóźnionego na kolację”).

Sam Bukartyk ze swoim niskim głosem sprawdza się dobrze, chociaż nie jest on najważniejszy, lecz tekst oraz riffy Kawałki, dostosowujące się do tempa I nastroju. Wszystko się tu zgrabnie układa w lekką, fajną całość, ale niepozbawionej głębszej refleksji. Bukartyk nie przynudza, ciągle zaskakując tekstami. I ciągle trzyma poziom.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lindsey Buckingham & Christine McVie – Lindsey Buckingham/Christine McVie

Buckingham_McVie

Dawno temu w latach 70. (I troszkę 80.) wielką popularnością cieszyła się brytyjska rockowa formacja Fleetwood Mac, która po latach planowała powrócić z premierowym materiałem. W 1998 roku grupę opuściła jedna z dwóch wokalistek, Christine McVie. Ale trzy lata temu kobieta, postanowiła wrócić do macierzystej formacji I zamknęła się w studio, razem z gitarzystą Lindsayem Buckinghamem, by na nowo docierać. Tak zaczęła się tworzyć płyta, która miała być nowym dziełem Fleetwood Mac (duet wsparli pozostali członkowie zespołu, poza Stevie Nicks, która wydała w międzyczasie udaną, solową płytę), ale ostatecznie została wydana pod szyldem duetu Buckingham/McVie. Premierę miała wczoraj I postanowiłem rzucić okiem.

Zaczyna się bardzo delikatnie, wręcz letnio, bo taki jest “Sleeping Around The Corner” – spokojna gitara, bardzo minimalistyczna, choć ciepła perkusja, ale wtedy wchodzi niezbyt przyjemna elektronika – taka chropowata I przyciężka, a jedynie wstęp I koniec są najładniejszymi fragmentami tego utworu. Wszystko się zmienia (na lepsze) przy bardziej tanecznym “Feel About You” (znowu cudne perkusjonalia budzące skojarzenia z pobytem na jakiejś wyspie) z wpadającym w ucho refrenie czy singlowy “In My World” z ładnym wstępem na gitarze akustycznej i basie (a w środku ładny fortepian). Czasem więcej do powiedzenia ma perkusja (śliczne “Red Sun”), przyłoży I zabuja gitara akustyczna (ciepłe “Love Is Here To Stay”), rozmarzy elektryczna („Lay Down for Free”), a sekcja rytmiczna lekko się pobawi tempem („Too Far Gone”). I obowiązkowo musi pojawić się nastrojowy fortepian (najlepsza w zestawie „Game of Pretend” oraz żwawsze „On with The Show”).

To po prostu zestaw dobrego, pop-rockowego grania z wysokiej półki. McVie nadal ma czarujący wokal, odnajdujący się I w nastrojowych piosenkach, jak I bardziej żywiołowych. Z kolei mocno szarpnięty przez czas Buckingham brzmi całkiem przyzwoicie, choć na początku odstraszał. Ale im dalej, tym było już lepiej. Ładna muzyka zrobiona dla dojrzałego i wrażliwego odbiorcy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Blues Pills – Golden Treasures

R-8808955-1469259282-2615.jpeg

O szwedzkiej formacji Blues Pills opowiadałem już nie raz, bo formacja grająca rocka w stylu lat 60. i 70. spod znaku psychodelii oraz cięższego grania zdobyła sobie sporą popularność na całym świecie. Do tej pory wydali dwie płyty, ale w zeszłym roku wyszła dość nietypowa kompilacja.

Na czym polega nietypowość? Jest dość krótka i zawiera tylko trzy studyjne kompozycje (wszystkie z ostatniej płyty „Lady in Gold”), ale nie tylko. Po przesłuchaniu mocnego „Lady in Gold”, przyspieszonego i psychodelicznego „Elements and Things” oraz bardziej gitarowego (w duchu Hendrixa) „Bliss” zaczyna się właściwa część, czyli zapis koncertu w ramach Rock Hard Festiwal z 2014 roku. Innymi słowy, są to wersje live utworów z debiutu. I wtedy słychać jaką moc posiada grupa. Fantastyczny „High Class Woman” (ta gitara i sekcja rytmiczna są zgrane jak nigdy), szybki niczym galopujące konie „Ain’t No Change”, wreszcie pozwalające na odpoczynek łagodne, pachnące Led Zeppelin „Dig In”, szalejące na początku „Black Smoke” idące w stronę wolnego bluesa oraz „Devil Man”.

Ktoś powie, że to nie wiele, ale ilość tym razem poszła w jakość. Trudno nie oderwać uszu od znakomitej gry gitary Doriana Sorrieaux, bardzo dobrze zgrana sekcja rytmiczna dająca sporo czadu, ale przede wszystkim wybija się śpiewająca Ellin Larsson, mającą takiego kopa w głosie, ze mogłaby pobudzić setki ludzi (słychać na szczęście widownię reagującą oklaskami na występ). Kompilacja tylko potwierdza talent i umiejętności muzyków, ale trudno pozbyć się wrażenia, iż jest to odgrzewany kotlet.I tak czekam na nową studyjną płytę.

The Beatles – Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band

Sgt._Pepper%27s_Lonely_Hearts_Club_Band

1 czerwca 1967 roku zdarzyła się rzecz, której fani muzyki rozrywkowej pamiętają. Popularna brytyjska grupa rockowa The Beatles wydała najbardziej psychodeliczny album w swojej karierze, czyli opowieść o Zespole Klubu Samotnych Serc Sierżanta Pieprza”. Z okazji 50-lecia premiery, postanowiono wydać ten album na kompakcie I nie tylko ze zremasterowanym dźwiękiem, ale też dodatkowym materiałem (a nawet trzema, jeśli was na to stać).

Zaczyna się od tytułowego utworu, gdzie mamy szorstkie riffy, szybszą perkusję oraz… reakcję widowni, jakby to był prawdziwy koncert. I nawet podniosłe, wręcz orkiestrowe dęciaki nie zmieniają klimatu, by płynnie przejść do szybkiego walca “With a Little Help from My Friend” (ładny chóralny zaśpiew), spopularyzowane przez Joe Cockera, podczas jego występu na Woodstock. Po nim następuje nieśmiertelne “Lucy in The Sky with Diamonds” z cudownymi klawiszami na początku oraz strasznie nośnym refrenem, gdzie wokale są zgrane z archaiczną elektroniką. Skoczniej i gitarowo jest w bujającym “Getting Better”. Zaskoczeniem są utwory z wpleionymi instrumentami kojarzonymi z muzyką klasyczną jak klawesyn (dworskie “Fixing a Hole”) czy skromne smyczki (walczyk “She’s Leaving”). Kompletnie nieoczyiste w tym zestawieniu jest prawie 5-minutowe “Within You Without You”, gdzie wykorzystano po raz pierwszy sitar oraz bardzo wyluzowany I oparty na klarnetach “When I’m Sixty-Four”.

Takich niespodzianek jest więcej jak choćby pianistyczna “Lovely Rita” czy zaczynający się pianiem koguta energetyczne “Good Morning Good Morning”. Do tego na finał dostajemy reperyzę piosenki z początku oraz bardziej wyciszony “A Day in the Life”, gdzie więcej do powiedzenia ma fortepian oraz zagrana kilka razy orkiestra niczym puszczona od tyłu oraz… zapętlone wypowiedzi ludzi.

Panowie McCartney i Lennon na wokalach są po prostu doskonali. Ich głosy się wspaniale uzupełniają ze sobą, tak samo jak przewijający się w tle Harrison ze Starrem. Właściwie trudno się tu do czegokolwiek przyczepić – dźwięk jest kapitalny i czysty, kompozycje się nie zestarzały. Dodatkowa płyta (akurat ta wersja wpadła mi w ręce) zawiera materiał z realizacji – różne podejścia, inne aranżacje, wersje instrumentalne I rozmowy. To tylko podnosi zainteresowanie tym kapitalnym albumem.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Jack Savoretti – Sleep No More

Sleep-No-More-e1475213711867

Od dłuższego czasu przyglądam się karierze tego brytyjskiego wokalisty, co z gitarą lubi grać. Po poprzednim (w pełni udanym) „Written in Scars” powrócił w zeszłym roku z nowym wydawnictwem, które – nie wiedzieć czemu zostało przeze mnie przeoczone. Piąty album kontynuuje ścieżkę poprzedników, czyli dostajemy mieszankę popu, rocka i folku.

Taki jest singlowy, pełen ciepłej elektroniki opener w postaci „When We Were Lovers”, przyspieszając jedynie w refrenie. Miły i sympatyczny początek. Bardziej wyciszony jest niemal akustyczny „Deep Waters”, jednak w refrenie bardziej ożywa perkusja oraz lżejsza gitara elektryczna z żeńską wokalizą czy śliczny „I’m Yours”, gdzie bardziej wybija się fortepian oraz romantycznie brzmiące smyczki. W takich fragmentach Savoretti czuje się najlepiej. Próbuje jak zawsze mieszać i dodać coś szybszego, chociaż skręca to w stronę popu („Helpless” z delikatnym i chwytliwym refrenem, chociaż ta perkusja drażni czy okraszony drobnymi perkusjonaliami oraz ślicznym smykiem „We Are Bound”) czy folku (silny emocjonalnie „Tight Rope” czy niemal westernowo-gwizdany utwór tytułowy). Na szczęście nie jest to plastikowe dziwadło grane przez radia, chociaż sam muzyk gra troszkę na tych samych patentach. Co z tego, skoro to nadal działa jak w cudownym „Only You”

Nie zmieniło się za to jedno: głos nadal jest mocnym filarem. Zarówno, gdy trzeba być delikatnym i romantycznym, jak i trzeba silniej naznaczyć swoją obecność („Tight Rope”, „We Are Bound”). I piosenki też brzmią naprawdę dobrze, bez kiczowatości. Fani wiedzą na co się piszą, a niezdecydowani może się przekonają. Bardzo delikatna, liryczna i miejscami silne emocjonalnie wyznanie.

7/10

Radosław Ostrowski