Soundgarden – Batmotorfinger (25th Anniversary Edition)

Soundgarden

Wczoraj w wieku 52 zmarł Chris Cornell – jeden z najbardziej wyrazistych głosów w historii muzyki rockowej oraz ikona muzyki grunge. A skoro tak, by nie zapomnieć o tym twórcy, sięgnąłem po jeden z albumów macierzystej grupa faceta z Seattle, czyli Soundgarden. W zeszłym roku album „Batmotorfinger” obchodził 25-lecie premiery, więc z tej okazji wydano specjalną edycję płyty, ze zremasterowanym dźwiękiem. Była to pierwsza płyta nagrana z basistą Benem Shephardem.

Zaczyna się od szybkiego uderzenia w postaci powtarzających swoje riffy gitar w „Rusty Cage”, do których dołącza perkusja i bas (mocno wybijający się w środku). Ale w okolicy trzech minut, następuje gwałtowne spowolnienie, gdzie wybija się wyłącznie waląca perkusja, z krótkimi riffami. Mroczniej (i bardziej grunge’owo) czuć w „Outshined”, chociaż na początku myślałem, że to Alice in Chains. Ale po minucie wszystko zaczyna nabierać lekkiego przyspieszenia (chórek w tle, żwawsza gra gitary), by w zwrotce wrócić do stanu początkowego i na koniec podkręcić aurę. Równie wolny, choć riffy niepokojące, jest w „Slaves & Bulldozers”, których nie powstydziłby się Black Sabbath (i nie chodzi tylko o sołowki gitar, ale cały klimat). Przy „Jesus Christ Pose” dochodzi do niemal dzikiego przesteru gitar, co wywołuje dezorientację, a riffy wydają się lekko „orientalne”. Brzmi to wręcz zwierzęco, a mimo lat ma w sobie potężną moc (końcówka to już jazda bez trzymanki, gdzie perkusja może się wyszaleć), podobnie jak bardziej punkowe „Face Pollution” (wpleciono trąbkę) czy zaczynające się przerobionym głosem, mocnym „Somewhere”, gdzie zgrabnie wpleciono akustyczną gitarę. Wolniej zaczyna się „Searching With My Good Eye Closed”, gdzie na początek dostajemy… narratora (Damon Stewart) i odgłosy zwierząt (a także zapętlony riff), by uderzyć sekcją rytmiczną i dwie minuty przed końcem strzelić kompletnie w innym kierunku (głos Cornella niczym echo nakłada na siebie).

Ale nic nie było w stanie przygotować mnie na „Room a Thousand Years Wide”, zaczynającego się od wrzasku oraz przesterów, doprowadzających do ciężkich ciosów gitarą, która tnie niczym osa (i tak samo bzyczy), a na sam koniec jeszcze atakuje psychodeliczny saksofon Scotta Granlunda z krótkimi wejściami trąbki. By ochłonąć, dochodzi do spokojniejszego wyciszenia w „Mind Riot”, gdzie delikatnie gra gitara oraz minimalistyczna perkusja, lecz to tylko zasłona dymna, gdyż zaczyna się robić mroczniej. „Drawing Files” to powrót do siarczystego, brudnego i ostrego grania z kolejną dawką trąbki z saksofonem. Tak samo ciężki (ale bez saksofonu) jest „Holy Water”, a riffy znowu kłują i żądlą oraz wściekły „New Damage”.

Dźwięk robi niesamowite wrażenie, tak samo jak bardzo silny głos Cornella, który na wysokich rejestrach (i wrzaskach) daje z siebie więcej niż wszystko. A jednocześnie każde słowo jest zrozumiałe i czytelne. Nie znaczy to jednak, że nie dostajemy nic więcej. Dochodzą jeszcze trzy płyty (w wersji super deluxe jeszcze DVD), które zawiera wersje studyjne piosenek, czyli przed miksowaniem (plus wydane później „Cold Bitch”, „She’s a Politician”, „Birth Ritual” oraz „Black Rain”) oraz zapis koncertu w Paramount Theatre w Seattle z 1992 roku. I te bonusy czynią całość jeszcze bardziej atrakcyjną, a fani takiego grania muszą mieć tą edycję. Mimo 25 lat na karku, to nadal smakowity album, bez którego rock nie byłby taki sam.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Alter Bridge – The Last Hero

alter_bridge_the_last_hero

Rockowa grupa kierowana przez Mylesa Kennedy’ego (współpracującego ze Slashem) postanowiła o sobie przypomnieć. A jak wiadomo, dobrego rocka nigdy dość i jest potrzebna energia na tą ciepłą porę roku. Dodatkowo wsparty przez stałego producenta, Michaela „Elvisa” Baskette’a, dodają mocne dzieło w postaci „The Last Hero”.

I na dzień dobry dostajemy sygnał, że nie będzie drogi na łatwiznę, bo ostry jest „Show Me a Leader”, chociaż początek zapowiadał się zupełnie inaczej z „orientalnie” grającą gitarą, do której coraz szybciej i szybciej dobija perkusja z basem. Wtedy całość staje się siarczysta, krwista oraz mega brutalna, jak to w hard rocku bywa. To jednak miała być dopiero rozgrzewka, bo „The Writing on the Wall” daje jeszcze większego kopa w postaci kanonady perkusyjno-dzwonowej i orientalnego wrzasku na początku, by tylko w refrenie pozwolić na chwilkę oddechu. Tak jak pełen wokaliz wstęp do mrocznego „The Other Side” z coraz bardziej tnącymi riffami. I nawet jeśli czuć inspirację innymi, to kapela przetwarza to po swojemu. Tak jest z „My Champion” z riffami jakby wziętymi od AC/DC, tylko bardziej podkręconymi czy w „Poison in Your Veins”, którego nie powstydziłby się… Nickelback, gdyby tak grał od samego początku (i te perkusyjne ciosy na początku – nokaut gwarantowany). I nie zmieniają tego nawet krótkie momenty postoju (niemal akustyczny początek epickiego „Cradle to the Grave” czy w niemal akustycznym „This Side of Fate”), które nie pozwalają w pełni złapać oddechu.

Alter Bridge nie pozwala na wyciszenie, tylko coraz bardziej doprowadza do stanu emocjonalnego wrzenia, co jest także zasługą silnego wokalu Kennedy’ego. Trudno znaleźć jakiekolwiek słabe kompozycje (nawet umieszczony jako bonus „Last of Our Kind” daje mocnego kopniaka), a poziom wykonania robi ogromne wrażenie. O taki rock walczyliśmy i walczyć będziemy.

8/10

Radosław Ostrowski

Dr Misio – Zmartwychwstaniemy

ru-1-r-640,0-n-2358717kZKy

Arkadiusz Jakubik i reszta ferajny znana pod szyldem Dr Misio powraca z trzecim wydawnictwem. Konsekwentnie trzymając się rockowej stylistyki, ale tym razem wspierani przez producenta Kubę Galińskiego. Czy to znaczy, że złagodnieli i nie będzie punkowo-alternatywnego sznytu?

Już tytułowy utwór wprawia w zakłopotanie: minimalistyczna, etniczna perkusja, w tle organy (prawie jak w kościele), do tego jeszcze sitar. I dopiero w połowie wchodzi gitara, która daje lekkiego ognia, by na koniec znowu zgasnąć, a kobiecy wokal w refrenie dodaje niesamowitości. Równie intrygujące jest szybki, perkusyjny „Mordor” z krzykliwie kiczowatą elektroniką oraz wplecionymi rozmowami, jakby żywcem wziętymi z biura jakiejś korporacji, przez co nabiera charakteru kpiny z korpo-świata. Wyciszenie przychodzi w singlowym „Piśmie”, ocierającym się o niemal akustyczne brzmienie, z chwytliwym riffem oraz „sakralnymi” organami oraz bardziej nowofalowym (czyli pełnym minimalistycznej elektroniki) „Bądź moim Googlem”. Mroczniej się robi w minimalistycznym „Ochroniarzu” oraz tandetnym (celowo) „Nonsensie”, gdzie całość wydaje się strasznie kiczowata.

Zespół gra znacznie przystępniejszą muzykę, przez co na pewno zyska większych zwolenników, nawet jeśli wydaje się to na początku dziwaczną sklejką. Sam Jakubik daje radę, bardziej recytując niż śpiewając, ale pasuje do całości. Nie zawodzą za to teksty, tworzone przez Krzysztofa Vargę i Marcina Świetlickiego. Panowie nie szczędzą ostrych słów wobec Kościoła, korporacji, wirtualnego życia oraz pewnego rozczarowania („Klubokawiarnia Smutek”). I to uderza z prawdziwą siłą.

„Zmartwychwstaniemy” to najbardziej przystępny i mocno postrzelony stylistycznie album Dr Misio. Jakubik i spółka bardziej bawią się w alternatywny pop, naszpikowany elektroniką, co może wielu wprawić w konsternację, ale jest to na tyle dobrze zrobione (do tego te teksty i charyzma Jakubika), iż można to wybaczyć. Dobra i bezpretensjonalna płyta.

7/10

Radosław Ostrowski

The Cranberries – Something Else

Cranberriessomethingelse

Ktoś jeszcze pamięta irlandzki zespół The Cranberries? W latach 90. była jedną z popularniejszych grup pop-rockowych, co było zasługą zarówno zgrabnych melodii, jak i hipnotyzującego wokalu Dolores O’Riordan. Po rozpadzie wydawało się, że nic już nie będzie. Ale w 2011 doszło do powrotu i całkiem fajnej płyty „Roses”. Teraz jest nowe wydawnictwo, ale nowości tu jak na lekarstwo, gdyż jest to płyta akustyczna. Samo w sobie nie jest to złym pomysłem, zwłaszcza że przy nagraniach pomagała Irish Chamber Orchestra przy Uniwersytecie Limerick. Nie mogłem jednak pozbyć się wrażenia pójścia na łatwiznę i oczywistego skoku na kasę. Tak myślałem przed odsłuchem i nie liczyłem, że coś się zmieni w tej materii. I co się stało?

Początek jest cudny, bo i taki jest „Linger” z wplecionymi smyczkami w tle. Łatwo poczuć się jak w Irlandii, a chyba o to chodziło.  Wszystkie te kompozycje zachowują melodyjny szkielet, ale za to kompletnie mają inne tempo. To widać w przypadku zgrabnego „Dreams”, gdzie szybko przygrywa kwartet smyczkowy. Ale jest parę drobnych smaczków w postaci uderzeń perkusji w szybkim „When You’re Gone” czy znacznie niepokojące smyki w pozornie wyciszonym „Zombie”. Pojawia się troszkę mniej znany „Ridiculous Thoughts”, które nadrabia dynamiką oraz „Free to Decide”. A mój ulubiony utwór zespołu, czyli „Ode to My Family” zachował nostalgiczny charakter (te smyczki łapią za serce). Aranżacje są naprawdę ładne, konsekwentnie budujące klimat Zielonej Wyspy, ale troszeczkę zachowawczo. Myślę, że można było bardziej zaszaleć i pomajstrować.

Żeby nie było, ze jest to, co już znamy, ferajna dodała trzy nowe kawałki. Najładniejszy z tego zestawu jest smyczkowo-akustyczny „The Glory”. Mroczniej się robi w „Rupture”, gdzie odbijająca się niczym echo perkusja, tworzy aurę niepokoju, której nie jest w stanie zmienić obecność fortepianu i skrzypiec. A na koniec najlepszy „Why?”, gdzie kapela gra z całej mocy (i nawet mandolina nie zmienia tego charakteru).

O’Riordan nadal ma czarujący, przyjemny głos, który trzyma wszystko za pysk i nie puszcza aż do samego końca. Tu na szczęście, nic się nie zmieniło, a cała reszta dopełnia całości. I czuć w tym, że muzykom chciało się grać.

„Something Else” to tylko (lub aż) zestaw ładnych piosenek w formie niemal unplugged. Liczyłem chyba bardziej na nowy materiał (w końcu mieli ponad 5 lat na przygotowanie), jednak te trzy nowe piosenki tylko zaostrzyły mi apetyt na nowe (mam nadzieję) wydawnictwo. I oby tym razem było to naprawdę coś innego.

7/10

Radosław Ostrowski

Organek – Czarna Madonna

czarna-madonna-b-iext46002070

Tym razem zaległość z roku ubiegłego, bo jak wiadomo płyt jest od zarąbania, a czasu do przesłuchania zawsze strasznie mało. Tym razem na celownik wziąłem drugą płytę zespołu Tomasza Organka, którego debiut wywołał furorę w 2014 roku. Ale jak wiadomo, trzeba pójść za ciosem i dlatego po dwóch latach Organek wyskoczył z nowym dziełem. Jaka jest „Czarna Madonna”?

To nadal rockowy album, ale bardziej rozbudowany i mroczniejszy. Takie nadzieje daje otwierająca całość „Intrudukcja” z przesterowanymi, brudnymi gitarami oraz „kosmicznie” brzmiącą elektroniką z obowiązkowymi organami w tle, coraz bardziej nabierając ciężkości i ostrości, ale do połowy, by zabrzmieć niczym nagrywane w studio przed obróbką oraz zmiksowaniem (bardzo łagodnie, z szumem morza w tle – czyżby to były lata 70.?). Niemal hard rockowy „Rilke” zapowiada, że tamtego, niemal folk-rockowego oblicza grupy nie usłyszymy (zwrotki tylko jakieś spokojniejsze, a pan Tomasz falsetem zaczął śpiewać?), ale to tylko zmyłka, jednak trzeba wiele cierpliwości. Pewną zmianę czuć w singlowym „Mississippi w ogniu”, gdzie znowu szaleją organy na początku z sekcją rytmiczną, a gitara gra troszkę spokojniej i mniej agresywnie (ale tylko do refrenu oraz finału). Punka czuć w siarczystym, ale melodyjnym „Get It Right” oraz „Son of a Gun”.

Jedynie przy „Wiośnie” pozwala sobie na odrobinę lekkiego oddechu, by znowu dać gaz do dechy w „HKDK” oraz demonicznym „Ki czort” z rozpędzonym, starobrzmiącym fortepianie. A demonicznie musi być, gdyż gościnnie udziela się sam Adam „Nergal” Darski zwany pomiotem Szatana. Klimat się zmienia w odrobinę psychodelicznym marszu „Ultimo”, gdzie czuć ducha starego rock’n’rolla oraz westernowym „Psychopompie”, gdy po raz pierwszy odzywa się gitara akustyczna. I to jest wstęp przed epickim tytułowym utworem, gdzie czuć atmosferę niepokoju przeplatającą się z czymś niesamowitym (te riffy w środku i elektronika), co wnosi całość na nieprawdopodobnie wysoki pułap. Ale to nie jest finał tego dzieła, gdyż takim jest instrumentalny fragment z filmu „11 minut” Jerzego Skolimowskiego, czyli powoli rozkręcająca się nerwowa „Warszawa, 17:11” utrzymana w duchu starego punka.

Co ja mogę powiedzieć? „Czarna Madonna” mnie wgniotła w fotel i zastanawiam się jakim cudem Organek tak nie zaczął swojej drogi muzycznej. Myślę, że wtedy byśmy się od razu polubili, teraz głos jest mocniejszy, energia znacznie żywsza, a teksty (jak zawsze) zmuszające do myślenia i trafnie obserwujące młodych ludzi. Album tak ostry jak lato w swoim najgorętszym okresie i dający takiego ognia, niczym w hucie. Petarda.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Deep Purple – inFinite

Deep_Purple_-_Infinite

Wydawałoby się, że z wiekiem muzycy, zwłaszcza grający rocka troszkę dziadzieją i tracą swoją moc. Ale działający już 50 lat na scenie Deep Purple nie wie, co to znaczy grać powoli, nudno oraz nieciekawie. Skąd to wiem? A z nowego (i jak krążą wieści) ostatniego wydawnictwa, czyli „inFinite”.

Grupę znowu wsparł swoim producenckim doświadczeniem Bob Ezrin, a otwierający całość „Time to Bedlam” daje przedsmak tego, co otrzymamy. Chociaż początek myli: jakieś dzwonki i komputerowo wzmocniony, recytujący głos Iana Gilliana. Pół minuty później zaczyna walić perkusja, zapieprzają klawisze i zaczyna szaleć Roger Glover na gitarze. Już wiem, że jesteśmy w domu i dostajemy jeszcze w środek solówkę gitarowo-klawiszową, by na koniec wrócić do początkowego głosu Iana. Tym większym zaskoczeniem było bluesowe „Hip Boots” z bujającym feelingiem i skocznymi klawiszami. Także jazzowy „All I Got Is You” wprawia w przyjemny nastrój, by od zwrotki uderzyć tempem, mocarną sekcją rytmiczną i gitarowymi riffami, by znów wszystko uprościć w zdominowanym przez fortepian „One Night in Vegas”. I wtedy pojawia się pierwsza rysa, czyli przemielona cyfrowo perkusja w epickim „Get Me Outta Here”, gdzie brzmi ona po prostu dziwnie, ale wszystko wynagradza brudny riff. Mroczniej (niczym w rasowym horrorze) dzieje się w „The Surprising”, gdzie na dzień dobry dostajemy theremin i smyczki jakby ze starej płyty grane, do której dołącza „westernowa” gitara oraz niesamowite klawisze, pachnące Orientem. Ale w połowie klawisze zmieniają klimat w bardziej anielski (te piękne klawisze), przez co można się poczuć zdezorientowany, a następnie wraca do klimatów z Dzikiego Zachodu.

Dalej cudnie (chórki i fortepian) dzieje się w bardziej hard rockowym „Johnny’s Band”, brzmiącym niczym zaginiony kawałek Led Zeppelin. Ciężej i bardziej garażowo świat się tworzy w „On Top of the World” (znowu Airey zapieprza niczym królik z reklamy Duracella, a Gillian ma przerobiony głos), by na sam finał zaserwować potężne „Birds of Prey”, gdzie sekcja rytmiczna z organami brzmią kapitalnie. W zasadzie mogłoby się na tym skończyć, ale panowie dodali cover The Dorrs „Roadhouse Blues”, tylko że nie dodali panowie nic nowego do tej wersji. Takie klasyczne i oldskulowe bluesisko, ale jakieś nijakie.

Ian Gillian dalej potrafi oczarować i zaskakuje świetną dyspozycją wokalną, pozostali muzycy też potwierdzają klasę, nie schodząc poniżej wysokiego pułapu. Jeśli ma to być pożegnanie grupy z fanami, to udało się osiągnąć w stu procentach. Po przesłuchaniu włączycie ją od nowa.

8/10

Radosław Ostrowski

Mike + The Mechanics – Let Me Fly

letmefly

Wydawałoby się, że już o tej formacji nigdy więcej nie usłyszę. Mike + The Mechanics to był zawsze poboczny projekt Mike’a Rutherforda – basisty progresywnego zespołu Genesis, a ostatni album (w kompletnie nowym składzie) ukazał się 6 lat temu. Jednak wracają – z nowymi siłami i nową energią serwują kolejne wydawnictwo pod wymownym tytułem „Let Me Fly”. Czy liczymy na odlot?

Nie spodziewałem się zbyt wiele, bo ileż wychodzi w ostatnim czasie popowych płyt, a 6 lat to wieczność w tym gatunku. Ale panowie i tak robią swoje, co nie przeszkadza czerpać przyjemności z odsłuchu. Tak jest w powoli rozkręcającym się tytułowym utworze, opartym na delikatnym fortepianie, minimalistycznej perkusji, mocnym emocjonalnie głosie Andrew Roachforda oraz coraz mocniej naznaczającym swoją obecność chórze. Bo grupa znana jest z tego, że ma dwóch wokalistów śpiewających na przemian. Dlatego, gdy w bardziej dynamicznym (silniejsza obecność gitary oraz bardziej pulsującej perkusji w „Are You Ready”) pojawia się Tim Howar, nie powinniśmy być zaskoczeni. Jedynie imitacje trąbek w refrenie psują dobre wrażenie. Mechanicy zawsze byli znani z nastrojowych i chwytających za serce ballad. I nie inaczej jest tutaj, gdy słyszymy „Wonder” czy singlowy „Don’t Know What Came Over Me” (pełen ciepła oraz delikatnych dźwięków). Zdarzają się jednak małe kiksy w postaci troszkę nudnego „Save the World” brzmiącego niczym kawałek r’n’b z lat 90. (gdyby nie gitara akustyczna i fortepian, byłby gniot) czy w przypadku monotonnego „High Life”.

Za to zaskakują te mocniejsze numery jak „The Best Is Yet to Come”, gdzie popisuje się perkusja, a konsternację może wywołać „The Letter” jakby niemal żywcem wzięty z czasów świetności grupy (chropowata, elektroniczna perkusja, nasilająca się z sekundy na sekundę oraz mroczne pasaże) i budzący skojarzenia z „Silent Running”, przyspieszając w połowie. Nie zabrakło nawet delikatnego skrętu w reggae („Not Out of Love”).

Powiem szczerze, że kompletnie nie wierzyłem w dalszą działalność Mechaników Mike’a, liczących widocznie na wysępienie kasy od swoich najwierniejszych fanów. A to proszę – „Let Me Fly” to kawał dobrego, popowego brzmienia. Nawet jeśli pojawiają się pewne wpadki i strzały w stopę, nie ma ich tutaj zbyt wiele, by nazywać całość nieudaną. Czy będą z tego jakieś przeboje? Wydaje mi się, że tak. Jednak mogę się mylić, a ludzie szukający dobrej rozrywki z głową odnajdą się jak w domu. Odlot gwarantowany.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jazzpospolita – Humanizm

0006GZAD4SP7UOWG-C122

Czy można zmieszać jazz z rockiem? Tak jest w przypadku znanej grupy Jazzpospolita, która funkcjonuje od 2008 roku. Kierowany przez basistę Stefana Nowakowskiego i perkusistę Wojtka Oleksiaka do tej pory wydali 5 pięć płyt, w sporej części zawierającej instrumentalne kompozycje. Kwartet serwuje swoje kolejne wydawnictwo w postaci „Humanizmu”.

I co tutaj dostajemy? Dźwiękową podróż, gdzie miesza się wszystko i długimi kompozycjami. Zaczyna się od „Krainy wewnętrznej” – spokojnego jazzu z ładną, melancholijną gitarą oraz nieznośnie pulsującym elektronicznym tłem. Ale od połowy wszystko zaczyna się przyspieszać za sprawą perkusji, by znowu się wyciszyła, dając pole do popisu elektronice (ciagle chropowatej). Po tym intrygującym wstępie dostajemy piosenkę – jedną z dwóch w zestawie. W „Combination” wszystko tańczy – zarówno sekcja rytmiczna, gitarka, jak i płynny fortepian do rytmu wokalu Pauliny Przybysz (pod koniec gitara z fortepianem zaczynają szaleć). Przyjemnie buja także w gitarowych  „Zakamarkach”, gdzie mamy specjalizującą się w elektronice Novikę. Cała reszta to efekt poważnej i dużej improwizacji poszczególnych muzyków oraz instrumentalistów, co wyjaśnia takie rozpasanie dźwiękowe (najkrótszy utwór ma 4 minuty). Nie brakuje intrygującego połączenia gitary z klawiszami (niemal senne i spokojne „Zmian”, którego tempa nie jest w stanie zmienić nawet perkusja), bardzo przestrzennego, wręcz refleksyjnego klimatu utworu tytułowego. Odrobinę psychodelicznie robi się w dynamicznym „Pustym pociągu” oraz ocierającym się o surowość (i dźwięki Wojtka Mazolewskiego) „Pański paszport to jakiś żart”, gdzie w środku wchodzą mroczniejsze klawisze. W podobnym tempie (szybka perkusja, pozornie spokojniejsza cała reszta – z wyjątkiem fortepianu) utrzymuje się „Człowiek w cyberprzestrzeni”, gdzie pod koniec fortepian wywołuje dezorientację, jak to tylko jest możliwe. Pozornie nieprzyjemniejszy jest „Pies”, jednak tak naprawdę to kolejne refleksyjne oblicze muzyków, gdzie tym razem popisują się klawisze.

Na zasadzie kontrastu wygrywany jest „Spokój niepokój” – bardzo delikatny, wyciszony, gdzie łagodna gitara i perkusja „gryzą” się z klawiszami, bardziej chropowatymi, krótkimi i niemal gwałtownie przerywanymi. A na finał dostajemy przewrotnie nazwany utwór „Jestem w pewnym sensie turystą”, pozwalający na dźwiękową zabawę oraz dając tak cenną chwilę ukojenia (poza środkową, pulsującą częścią z szorstką, niemal „alarmową” gitarą).

„Humanizm” to przykład improwizacji zrobionej z głową, klimatem oraz więcej niż tylko rzemiosłem muzyków. To coś więcej niż tylko przyjemna muzyka jazzowa, lecz podróż po różnych zakamarkach duszy. Nie należy się bać trwania poszczególnych utworów, gdyż czas ten mija szybciej niż jazda Pendolino.

8/10

Radosław Ostrowski

Me and That Man – Songs of Love and Death

songs of love and death

Wydawało mi się, ze termin supergrupa jest nadużywany, zwłaszcza w naszym kraju. Ale jak inaczej nazwać sytuację, gdy osoby z tak różnych stron muzycznego świata decydują się połączyć siły i stworzyć kompletnie nowe przedsięwzięcie. Tak jest w przypadku składu Me and That Man, ale to nie są w żadnym wypadku leszcze. Przyjrzyjmy im się bliżej.

Na wokalach oraz gitarach udzielają się Adam „Nergal” Darski (Behemoth) i John Porter, bas obsługuje znany jazzman Wojtek Mazolewski, z kolei perkusją dowodzi metalowiec Łukasz Kumański. Wydaje się to kompletnie absurdalnym połączeniem? Tylko pozornie, gdyż w tej mieszance bluesa, rocka i folku wszystko działa na swoim miejscu, stawiając na energię oraz naturalność. Czuć to od otwierającego całość „My Church is Black” (kończy też to wydawnictwo w polskojęzycznej wersji jako „Cyrulik Jack”): nakręcające się obydwie gitary, westernowa harmonijka ustna i od razu czuć jakbyśmy pojawili się w jakiej spelunie czy saloonie. Nie zabrakło też szybkiego, skocznego numeru w postaci „Nightride” (brzmi ta melodia dziwnie znajomo) czy „On the Road”.

Dominuje gitarowy przester, gdzie nie liczy się popisówka technicznymi umiejętnościami, ale surowy styl oraz klimat pełen brudu, piachu zmieszanego z mrokiem. Na szczęście muzycy próbują całość ubarwić, więc mamy tutaj klaskanie („On the Road”), obecność… dziecięcego chórku (szorstki niczym struna „Cross My Heart and Hope to Die”, zawierające w sobie sporą obecność ducha Nicka Cave’a), solówki smyczków („Better The Devil I Know” z psychodelicznymi organami pod koniec) czy podśpiewywania reszty muzyków zespołu (prawie cały czas). Do tego jeszcze pojawia się odrobina akustycznego spokoju (troszkę meksykańska w formie „Of Sirens, Vampires and Lovers” oraz niemal folkowe „One Day”) czy agresywniejsza „Magdalena” i galopujące „Love & Death”. To jednak tylko rozgrzewka przed najmocniejszym „Voodoo Queen (nuta zapożyczona od „Runaway” Del Shannona) oraz „Ain’t Much Loving” (gdyby Nick Cave grał rocka, to tak by brzmiał), które dosłownie wgniatają w fotel.

Panowie Nergal z Porterem wpadli na pomysł, by piosenki śpiewać na przemian. I ta konwencja sprawdza się dobrze – surowy Porter uzupełnia się z „cave’owym”, czystym głosem Nergala (przecież ten facet tylko bezsensownie drze japę, jakby nic innego nie umiał), jakiego po nim nikt się nie spodziewał. Obydwa głosy współtworzą klimat tego wydawnictwa, co jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem. I mam nadzieję, ze na tym jednym albumie to się wszystko nie zakończy.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Dylan.pl – Niepotrzebna pogodynka, żeby znać kierunek wiatru

dylan-pl-niepotrzebna-pogodynka-zeby-znac-kierunek-wiatru-b-iext48063031

Kto ze znawców muzyki nie słyszał o Bobie Dylanie – zeszłorocznym nobliście, wokaliście, autorze tekstów i gitarzyście. Bard ten był także śpiewany w naszym kraju i po polsku, m.in. przez Marylę Rodowicz czy Martynę Jakubowicz. Teraz zadanie podjęła się specjalnie powołana grupa Dylan.pl. Jej głównym mózgiem jest tłumacz, gitarzysta i wokalista Zespołu Reprezentacyjnego, Filip Łobodziński. Poza nim dołączyli gitarzysta Jacek Wąsowski (Elektryczne Gitary), basista Marek Wojtczak (Zespół Reprezentacyjny), perkusista Krzysztof Poliński (Urszula) oraz grający na wszelkich innych instrumentach typu puzon, akordeon i harmonia elektryczna Tomasz Hernik (Zespół Reprezentacyjny). Pozapraszano jeszcze paru gości i tak nagrano debiutancki, dwupłytowy album „Niepotrzebna pogodynka, żeby znać kierunek wiatru”.

Całość brzmi jakby grała to uliczna kapela w sposób bezczelny, niemal łobuzerski. Tak zaczyna się „Tęskny jazz o podziemiu”, gdzie nie brakuje szybkiego tempa oraz skocznego akordeonu. Czasem pojawi się lekki skręt w reggae („Adam dał imiona zwierzętom”), sporo zrobią nawarstwiające gitary („Czasy nadchodzą nowe”) czy pedzące banjo („Firma Ziuty”) czy szantowy akordeon (11-minutowa „Burza” z ostatniej autorskiej płyty „Tempest” z 2013 roku). Także harmonijka daje o sobie znać („Odpowiedź unosi wiatr”) czy znacznie mocniejsza perkusja („Mistrz wojennych gier”), nawet nie bojąc się mroku (westernowy „Arlekin”). Słychać, że to robią profesjonaliści, nawet jeśli można odnieść wrażenie grania na jedno kopyto.

Poza dobrym Łobodzińskim śpiewają tutaj m.in. Organek, Pablopavo, Muniek, Maria Sadowska czy Martyna Jakubowicz, co zawsze jest przyjemnym dodatkiem. Dodatkowo trzeba pochwalić teksty, w których Dylan przygląda się światu, dotykając kwestii przemijania, lenistwa, portretuje półświatek, opisuje zatopienie Titanica czy stworzenie świata. Czasami jednak wizje te bywają pesymistyczne („Bez słowa”), pełne gorzkiej miłości i odrobiny humoru. Ci, którzy chcą zacząć przygodę z noblistą powinni sięgnąć po ten album.

7,5/10

Radosław Ostrowski