Kult – Wstyd Suplement 2016

Wstyd_Suplement

„Wstyd” potwierdził, że Kult nadal jest w formie. Tym większym zaskoczeniem było wydanie suplementu do tej płyty, czyli piosenek, co nie zmieściły się w podstawowym wydawnictwie. To drugi taki przypadek w historii zespołu i rodzi się pytanie: czy warto, czy może jest to skok na kasę?

Jest tylko osiem dodatkowych utworów, ale zwyczajnie więcej nie trzeba. Na początek dostajemy niemal epicką „Modlitwę o wschodzie słońca” Jacka Kaczmarskiego. Zaczyna się od akustycznej gitary, by potem dołączyła reszta zespołu. Nie brakuje agresywnego punkowego ducha (organowe „Leave The Kids Alone”) i odrobiny psychodelicznych jazd (dęciaki oraz elektronika w „Na dworze twojego rodzaju”), a nawet agresywniejszej gitary zabarwionej reggae („Jeśli nie masz nic do powiedzenia”) czy popisów perkusji („Ten kto patrzy w chmury”). Także nie brakuje gniewu pełnego melodii („Polityk muzykiem”), gdzie jest moc. Ale gdy trzeba, to następuje takie spowolnienie (solo saksofonu na początku „Z podniesionym czołem”), by pod koniec dać skoczne ska.

Suplement to tak naprawdę typowy Kult, bardziej przypominający czas „Prosto”, gdzie znowu nie brakuje trafnych obserwacji, złośliwego humoru („Polityk muzykiem” odnosi się do Kukiza) i poniżej pułapu typowego dla siebie nie schodzi. Trzeba mówić coś więcej?

Radosław Ostrowski

PROCES – Łzy

proces-lzy-cover-okladka

Chociaż teraz wydają debiutancki album, nie są to kompletni amatorzy pozbawieni talentu. Nie lubię określenia supergrupa, ale chyba ono wydaje się pasować idealnie dla tego zespołu. PROCES działa od dwóch i tworzy go dość eklektyczna mieszanka: wokalista Piotr Połać (Bracia Figo Fagot), gitarzysta Piotr Rutkowski (Spirit) oraz perkusista Dariusz Brzozowski (Hunter).

Początek jest dość spokojny, bo takie są wybrane na singla „Dzieci”, gdzie dominuje akustyczna gitara aż do refrenu, gdy dochodzi do mocniejszego wejścia (pod koniec wszystko staje się znacznie intensywniejsze, gdzie gitara zaczyna powoli szaleć w rytm uderzeń perkusji). Ciężej i ostrzej jest w przypadku „Czerwonego światła”, tylko w mostku jest krótka chwila na złapanie oddechu, by wejść do wyciszonego „Cyklu” ze „strzelającą” perkusją oraz szybkiego niczym seria z kałacha „Na dobre i na złe”, pełnego mroku i niepokoju (podobnie brzmi dość wyciszony, ale pełen tłustego basu „Odwyk”, gdzie pojawia się pod koniec soczysty riff).

Niemal metalowe „PokoleNIE” ma w sobie wściekłość (krzyki w zwrotkach), ale też jest bardzo melodyjny i nie wyklucza się to ze sobą. Ascetyczne i mroczne „1988” uderza wplecioną elektroniką oraz minimalistycznymi dźwiękami perkusji, by w połowie szarpnąć gitarą (równie mocna pod tym względem jest „Smuga”). Bluesowe „Nie ma nas” przygnębia swoim klimatem oraz zapętloną elektroniką. To jednak są przerwy przed siarczystymi ciosami pokroju „Kieratu” (z krzyknięciami w zwrotkach i zadziorniejszą gitarą) i „Schematu”.

Zaskakują tutaj najbardziej dwie rzeczy. Po pierwsze wokal Połacia, którego delikatne, jak i agresywne oblicze sprawdza się tutaj bez problemu w tym rockowym wydaniu. Druga sprawa to niegłupie teksty dotyczące takich spraw jak rozstanie (pokazane z perspektywy dziecka), zarobienie, dziecięca wrażliwość, walka z nałogami. I to wszystko trzyma w zainteresowaniu do ostatniego utworu. I jestem pozytywnie zaskoczony tym PROCES-em, więc czekam na następny krok.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Voo Voo – 7

7%20NEON%20OK%C5%81ADKA

Drugiego takiego zespołu jak Voo Voo na naszej scenie nie ma. Mieszanka rocka, jazzu, folku oraz nawet etnicznych śladów to w przypadku kapeli Wojciecha Waglewskiego dzień powszedni. Teraz jednak na swoim nowym albumie „7” grupa idzie w kompletnie zapomnianym kierunku.

Jest tutaj siedem utworów, a każdy opisuje dany dzień tygodnia zaczynając od „Środy”, a kończąc na „Wtorku”. Co jest nietypowe w przypadku tego wydawnictwa? Dwie rzeczy: czas trwania utworów (najkrótszy ma nieco ponad 5 minut) oraz oparcie na improwizacji. Każdy z członków grupy ma swoje pięć minut, gdzie może pokazać, co potrafi zrobić ze swoim instrumentem, ale pojawiają się dość nieoczywiste fragmenty (bardzo oszczędny fortepian, smyczki i dzwon w „Środzie”, gdzie nakładają na siebie gitary) i dla wielu ten album może wydać się zbyt surowy czy monotonny jak „Czwartek”, gdzie wszystko snuje się z prędkością jeża niosącego półtonowy odważnik. Zarówno gitara, saksofon są w tle dla kontrabasu oraz bardzo minimalistycznej perkusji, by pod koniec uderzyć wręcz psychodelicznie. Bardziej żywiołowo (co jest zasługą skrzypiec i saksofonu) robi się w „Piątku”, który ma w sobie potencjał na rozruszanie towarzystwa.

„Sobota” bardziej przypomina popis muzyki klasycznej, co pewnie jest spowodowane gitarą bardziej brzmiącą jak harfa, co w połączeniu z zapętlonymi dęciakami drewnianymi oraz kobiecą wokalizą wspartą przez fortepian, tworzy niesamowitą kombinację. Tak samo jak żwawa „Niedziela”, gdzie swoje robi przede wszystkim perkusja oraz bardziej płynący saksofon. Ale gdy dojdzie do tego wszystkiego riff gitary, to wszystko staje się lepsze. Senność (w cudzysłowie) wraca w „Poniedziałku”, gdzie na początek dostajemy kotły, jazzową perkusję oraz bardziej oniryczne riffy gitarowe. A całość wieńczy niemal etniczny (te wokale w tle) „Wtorek” z epickim finałem w postaci zapętlonego fortepianu, chóralnego zaśpiewu oraz agresywniejszego saksofonu niczym echo odbijającego się od wszystkich.

Sam Wagiel wokalnie pojawia się dość rzadko, ale stawia tutaj na jakość niż ilość. Jest bardziej refleksyjny niż kiedykolwiek opowiadając o przemijaniu, samotności, stanie ducha. Każdy dzień to jakby inna, krótka opowieść, której sens każdy odczyta sam. Teksty jednak są drobnymi wstawkami przed popisami muzyków, którzy pozwalają sobie na wiele. Nie jest to album dla wszystkich, a wielu może nie wytrzymać (pozornie) spokojnego tempa. Jednak z każdym odsłuchem tylko zyskuje.

8/10

Radosław Ostrowski

Sexbomba – SPAM

ru-1-r-514,0-n-2208591NTjY

Działająca już od 1986 roku legionowska grupa Sexbomba tworzy coś między rockiem a punkiem, zdobywając rozgłos na legendarnym festiwalu w Jarocinie. Ostatnio jednak mało coś było o grupie słychać (ostatni hicior to było „Halo to ja” nagrane pod koniec lat 90.). Ale w zeszłym roku zaserwowali kolejne swoje dzieło „SPAM”, a między tym albumem a nagranym w 2013 „Abstrahujem” zmieniono gitarzystę (Adama Szymańskiego zastąpił Maciej Gortarewicz). I jak jest?

Ostro, głośno, agresywnie i… krótko. Zaczyna się od gwałtownego „Intra”, trwającego niecałą minutę, gdzie słyszymy nazwę zespołu, żebyśmy na 100% nie pomylili albumu. Tytułowy kawałek to dalszy ciąg ostrego i agresywnego punka. Nie brakuje miejsca i na melodyjną nutę („Jest źle” czy bardziej stonowane „Miasto monitorowane”), gdzie czuć ducha brytyjskich klasyków pokroju Ramones, gdzie jest szalona impreza. Gitara tnie mocno, razem z sekcją rytmiczną. I o dziwo, nie miałem poczucia koniunkturalizmu (może poza „Podziemną Polską”, ale to tylko jedyna poważna skaza).

Panowie, jak na buntowników pasowało, wściekają się na współczesny świat („Spam”, „Podziemna Polska”), pełen inwigilacji, komputerów i życia elektronicznego, permanentnej manipulacji („Nie wiem co”), a wszystko z gniewem, pazurem, nie przebierając czasami w słowach. Szanuje i doceniam, ale ja już chyba jestem za stary na taką muzykę. Na szczęście jest to pół godziny, więc nie ma szansy na znużenie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

 

Kazik Na Żywo – Ostatni koncert w mieście

ostatni koncert w mieście

Jaki jest najlepszy sposób na zakończenie działalności? Nagrane albumu z ostatniego koncertu przed decyzją o finale grupy. Tak zdecydowała zadziałać formacja Kazik Na Żywo, która siedem lat temu reaktywowała się w składzie: Kazik Staszewski, Adam Burzyński (gitara), Robert Friedrich (gitara), Tomasz Goehls (perkusja) i Michał Kwiatkowski (bas). Dwupłytowy album CD to zapis koncertu z warszawskiej Stodoły dnia 6 marca 2015 roku, a wersja z DVD to zapis koncertu z łódzkiej Wytwórni dnia 22 lutego 2015.

Co słyszymy? Największe przeboje formacji oraz utwory z ostatniej płyty „Bar la curva/Plamy na słońcu” z 2011 roku. Więc „Nie ma litości” dla nikogo, utwierdzimy się, że „Wszyscy artyści to prostytutki” no i „California uber alles”, jak traktowany jest „Konsument” i co robi „Andrzej Gołota”. Będziemy mieli „Świadomość”, że będzie głośno i ostro, a „Legenda ludowa” krąży, że Kazik nadal potrafi swoim głosem szarpnąć. Poszukamy odpowiedzi dlaczego „Nie ma Boga”, skąd się wzięła „Las maquinas de la muerte”, zastanowimy się, czy „Polska jest ważna” i zobaczymy jak „Łysy jedzie do Moskwy”. Przez te dwie godziny dzieje się wiele, gitary szaleją niczym w metalowej rzeźni, perkusja z basem tną równo i jest w tym wszystkim prawdziwy kopniak.

A między utworami Kazik próbuje (i to całkiem nieźle) bawić się w konferansjera, opowiadając o inspiracjach, genezie każdego utworu. Ostatni album ma tutaj sporą reprezentację, bo aż 6 utworów, ale nie zabrakło też takich klasyków jak „Celina”, „Ballada o kobiecie żołnierza” czy „Spalam się”. A w przypadku „Marzenia swoje miej” zagrano nawet dwa razy, gdyż miał być element improwizacji (dlatego jest to aż 8 minut). Sam głos już nie ma takiej mocy jak kiedyś, ale to i tak bardzo przyzwoity poziom. Innymi słowy, nie ma miejsca tutaj na nudę, a gitarzyści między utworami pozwalają sobie na krótkie riffy i improwizacje (m.in. „Kocham cię kochanie moje” w „Andrzeju Gołocie”), co zawsze uatrakcyjnia koncert. Dodatkowo został zagrany niezapomniany „Biały Gibson”, o którym pamiętają tylko najwięksi fani.

Jeśli to miało być pożegnanie z fanami, to nie można mówić o rozczarowaniu. Kazik i spółka nadal potrafią ostro przyłoić, a bardzo krytyczne teksty wobec naszej rzeczywistości pozostają nadal aktualne. Tak się powinno odchodzić z klasą.

8/10

Radosław Ostrowski

Rendez-Vous – Raz dane

Razdane

W Polsce lat 80. muzyczna nowa fala przyjęła się bardzo dobrze, o czym świadczy popularność takich zespołów jak Tilt, Brygada Kryzys, Rezerwat czy muzyka Lecha Janerki. Jednym z takich zapomnianych grup był Rendez-Vous, kierowanym przez Ziemowita Kosmowskiego, ale po wydaniu debiutanckiej płyty w 1986 roku rozpadła się. W 2001 roku doszło do reaktywacji jako trio (poza Ziemkiem grają basista Bogdan Banasiak i perkusista Piotr Pniak, nowy narybek) i dopiero w tym roku wydali drugi album. Ale czy 30 lat przerwy nie osłabiło grupy?

Słychać mocne zakorzenienie w latach 80., co słychać w brzmieniu gitary oraz perkusyjnej elektronice, w 13 piosenkach jakie dostajemy. Na początek mamy odnoszący się do pojawiającego się na koniec nowej wersji przeboju „A na plaży… Anna”, czyli „Tej Anny już tu nie ma”. To bardzo melancholijna ballada z odrobinę nostalgicznym klimatem, który przez większość płyty będzie nam towarzyszył. Czasem odezwie się metaliczny bas („Daleka droga do Darłowa” z siarczystym riffem w środku), szybciej uderzy perkusja („Myśli”), zapachnie lżejszym bluesiskiem („At the Cross Roads”), a gitara lekko podskoczy („Jak z nut”). Espól stara się grać różnorodnie, raz spowalniając tempo („Replay”), dodając ciepły kobiecy głos („Fale, koja, gniew”) czy wejście w folk („Blue, Blue, Blue”, gdzie udziela się także Yan Shary) oraz Orient (perkusja w „Prez auta szybę”). Ne boją się też pójść nawet w disco (tytułowy utwór).

Brzmi to bardzo refleksyjnie, a teksty Ziemka opowiadają głównie o przemijaniu, zmęczeniu, miłości i samotności. Nie idzie w żadnym wypadku w stronę banału, chociaż wszystko opowiedziane jest bardzo prosto. Także sam wokal Ziemka – bardzo charakterystyczny, w dużej mierze spokojny, ale pełen emocji oraz pasji. Spina w całość wszystko, co tutaj słyszymy.

„Raz dane” nie jest skokiem na kasę dla fanów muzyki sprzed trzech dekad, ale konsekwentnie wyznaczoną drogą Ziemka i spółki. Pozostaje mieć nadzieję, że na nowy album nie trzeba będzie czekać prawie 30 lat i kolejne wydawnictwo też będzie na tym poziomie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Shamboo + Muniek – Tata

tata

Takie muzyczne spotkania po latach zawsze przyciągają fanów. Taka była sprawa z częstochowskim zespołem Shamboo, legendą punk-rocka lat 80. z Mackiem Maślikowskim na gitarze oraz wokalu. I tutaj jako basista swoją przygodę z muzyką rozpoczął Muniek Staszczyk. W 1987 roku zespół zawiesił działalność i wydawałoby się, że już nigdy więcej nie wrócą. Ale w 2011 doszło do reaktywacji. Maciu wrócił na wokalu i do gitary, wrócili starzy kumple: Jacek „Koniu” Śliwczyński, (wokal, gitara basowa) Tomek „Rychu” Raszewski (perkusja) oraz Krzysiek Sawczuk (wokal, gitara). I tak została wydana płyta „Tata”, gdzie dołączył do składu Muniek, udzielając się w kilku utworach.

„Tata” ma w sobie punkowego ducha końca PRL-u, ale nie czuć tutaj fałszu czy odcinania kuponów. I ten kop czuć od otwierającego całość tytułowego utworu. Nie brakuje przesterowanych gitar i wspólnego śpiewania w refrenie („Eskimosi”, pod koniec brzmiący jak utwór ze zdartej płyty), przerobione wokale („Rewolucja_2013”), nawet skręty w reggae („Armata” z mocnymi dęciakami), ale dominuje tutaj szybki, punkowy pazur. Gdy trzeba pędzą na złamanie karku („Dla Ciebie”, gdzie jeszcze mamy dodany głos dziecka czy „Ballada żołnierska”), a nawet idą w stronę gitarowego Orientu („Palikot się pali”) czy echa The Police (nomen omen „Policja”), gdzie dominują instrumentalne solówki gitary oraz perkusji, ale mam wrażenie, że za długo ciągnie się ten 5-minutowy kawałek.

Nawet pojawia się miejsce, gdzie czuć troszkę echa T.Love Alternative („Bohater cichej uroczystości”), zgrabnie wplatając jazz („Jazz jest bezlitosny”), zrobią nawet punkową wersje szant („Bronek dramatyczny”), miękcząc czasami fortepianem („Ściany”). Więc dzieje się tu sporo, ale i tekstowo jest co najmniej intrygująco: nie brakuje motywu rewolucji, nadmiernej militaryzacji i portretu cwaniactwa, ale też i odrobiny liryzmu oraz humoru czy nawet nostalgii. Macia ze swoim chropowatym głosem pasuje do całego punkowego image’u, a Muniek kradnie każdy utwór. Bardzo udana komitywa.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Damian Wilson – Built for Fighting

Built-for-Fighting

Z Damianem Wilsonem spotkałem się podczas przesłuchiwania wspólnego albumu z Adamem Wakemanem. Ale ten gitarzysta i wokalista związany z zespołem Threegood, teraz jednak trafia do ręki mej solowe wydawnictwo, czyli „Built for Fighting”.

Od strony producenckiej wsparcia udzielił Andrew Holdsworth, a z artystą grali tacy uznani muzycy jak wspomniany Adam Wakeman, Bill Shanley (Ray Davies), Lee Pomeroy (Jeff Lynne’s ELO), czy Binzer Brennan (The Waterboys). Na początek dostajemy ładny numer „Thrill Me”, który  z delikatnej akustycznej gitary idzie w stronę klasycznego, chwytliwego rocka. „When I Was Young” bardziej idzie w stronę folku (akustyczna gitara), do której dołącza szybka perkusja. Takich drobnych detali, pozornie nie pasujących do rockowego tła jest więcej – pojawiają się skrzypce („Impossible” czy dynamiczne „Somebody”), bardzo liryczny fortepian („Fire”, który eksploduje pod koniec) czy bujająca gitara z organami („Sex & Vanilla”). Ogień i power pojawia się wraz z „Can’t Heal War”, którego nie powstydziliby się Ryan Adams, ale to tylko krótki moment, by wrócić do bardzo lirycznego „What Have We Done” z prześlicznym fortepianem oraz chwytającą za serducho trąbką.

Trudno ten album nazwać stricte prog-rockowym wydawnictwem. To rockowe granie, skręcające mocno w stronę folku, by zwieść czasami za nos. Tak jest z „Written in Anger”, które zaczyna się od delikatnego wejścia gitary akustycznej, by w połowie eksplodować siarczystymi riffami elektrycznymi czy bardzo energetycznym „All I Need” z ciepłymi klawiszami na początku. Wtedy muzyk pokazuje swoje najlepsze oblicze.

Te jedenaście piosenek ma dobre melodie, jest porządnie wykonana i zaśpiewana, ale czegoś mi tu zabrakło. Bardziej do mnie przemówiło wydawnictwo zrobione z Wakemanem, ale tutaj też jest kilka ciekawych numerów. Ale i tak jestem zaintrygowany tym delikatnym wokalem oraz muzyką.

7/10

Radosław Ostrowski

happysad – Ciało obce

cialo_obce

Chyba od zawsze byłem fanem zielonogórskie formacji happysad, która niejako zastąpiła ulubionych przez wielu ludzi Pidżamę Porno, łącząc chwytliwa melodyjność z miejscami bardzo refleksyjnymi tekstami, niepozbawionymi humoru. Wielu zarzucało, że ostatnie lata to zniżka formy, ale nawet ich powinien przekonać do siebie nowy album grupy – „Ciało obce”.

Już sama okładka intryguje, a na początek dostajemy krótkie i akustyczne intro w postaci „-1”. Dopiero „Dłoń” pokazuje, że grupa nadal eksperymentuje, mieszając punkowe gitary z elektroniką oraz saksofonem. Jest szybko, tajemniczo i energetycznie. Elektroniczne wstawki pod koniec i na początek każdego utworu tworzą kosmiczną aurę, która spaja wszystko ze sobą. Za to wielu zaskoczy bardzo wyciszony „Nie umiem kłamać” z przestrzennym tłem, by w refrenie zaatakować mocniejszymi gitarami. Największe wrażenie robi na mnie „Medellin”. Ten instrumentalny wstęp, gdzie gitara, klawisze i perkusja grają obok siebie, tworząc aurę niesamowitości. I w połowie wszystko wywraca się do góry nogami, skręcając w bardziej psychodeliczne rejony, co jest zasługą przesterowanej, agresywnej gitary, pulsującej elektroniki i szybkiej perkusji, by grać jak… Franz Ferdinand z czasów największej świetności.

Typowy, ale mroczniejszym wcieleniem grupy jest „Czwarty dzień” z niemal strzelającą perkusją na początku oraz ostrzejszymi klawiszami między zwrotkami. Gitary bardziej odzywają się w szorstkim „Długu”, gdzie nie brakuje miejsca dla rytmicznego basu, powtarzającej się gitarowej wstawki oraz pobrzękującej w tle elektronice. Z kolei singlowy „XXM” brzmi bardzo mechanicznie, ocierając się bardziej o lata 80. (dźwięki perkusji), by zaatakować punkową energią. Bardziej melodyjny jest utwór tytułowy, pełen melancholijnych dźwięków gitar oraz tła, a także rytmiczny „Idę”. Wyłamuje się z tego pianistyczna, wręcz depresyjna „Heroina”. Nawet brzmiąca niczym syrena gitara nie jest w stanie zmienić nastroju, wprawiając jednocześnie w trans, jedynie pod koniec atakuje saksofon, dodając psychodeliczny posmak. A wszystko wraca do normy przy „Nagich na mróz” – drugi, typowo happysadowy numer z czasów świetności. Wszystko układa się w spójną, bardziej melancholijną muzykę niż zwykle w dorobku tej grupy.

„Ciało obce” to próba stworzenia brzmienia grupy od nowa. Niezmienny pozostał wokal Kawalca oraz intrygujące teksty, mówiące o przyszłości, uzależnieniu, samotności i miłości. Poziom został zachowany, a wiele numerów zostanie w pamięci na długo. Ale jednak bardziej mi się podobały pierwsze płyty happysad i nic na to nie poradzę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Amy Macdonald – Under Stars (deluxe edition)

Under_Stars

Pamiętacie tą dziewczynę z gitarą, co 10 lat temu wypłynęła na cały świat dzięki przebojowi „This Is The Life”?  do tego czasu wydała jeszcze trzy płyty z paroma chwytliwymi przebojami, za fundament mając gitarę akustyczną. Teraz szkocka wokalistka Amy Macdonald wraca z piątym wydawnictwem. Czy równie udanym?

W zasadzie stylistycznie nic się nie zmieniło – to delikatna odmiana rocka zmieszana z popem. Jest nadal skocznie i przyjemnie, co czuć w pilotującym wydawnictwo „Dream On”. Tytułowy utwór serwuje pewną zmianę, gdzie mocniej brzmi gitara elektryczna, w tle grają spokojnie smyczki. Czasem odezwie się jeszcze elektronika („Automatic”), ale pojawi się też delikatny skręt w folk („Down by the Water”), wracając do elektrycznej gitary („Leap of Faith”) oraz delikatnego fortepianu (nastrojowe „Never Too Late”). Nby nie ma tutaj niczego, co byśmy nie znali, ale trudno odmówić całości uroku. Nawet jeśli piosenki powoli zaczynają się zlewać w jedno, oparte na podobnym schemacie. Nawet drobne ubarwienia (spokojna perkusja i łagodna gitara w „Prepare to Fall” czy chórek w refrenie „From the Ashes”) potrafią sprawić frajdę.

Trudno jednak odmówić Amy siły głosu, który nawet jeśli jest nadekspresyjny, to ma w sobie siłę przyciągania. Żeby jednak nam się nie nudziło, to w wersji deluxe mamy akustyczne wersje piosenek (nie wszystkich, tylko 7), przez co wypadają nawet lepiej niż w standardowych (choćby utwór tytułowy czy „Prepare to Fall”). I tu widać co gitara z perkusją są w stanie wyczarować. I za to lekko podciągam ocenę do pełnej

7/10

Radosław Ostrowski