Kopnęłabym Cię, gdybym mogła

Dawno nie widziałem filmu, który byłby taką emocjonalną jazdą bez trzymanki jak „Kopnęłabym Cię, gdybym mogła”. Film Mary Bronstein jest złożonym portretem psychologicznym kobiety coraz bardziej zmierzającej ku załamaniu nerwowemu oraz coraz większym kłodom rzuconym pod nogami.

Taki jest przypadek Lindy (Rose Byrne) – terapeutki, która wychowuje chorującą córkę (Delaney Quinn), która ma problemy z przyjmowaniem pokarmu, dlatego je przez rurkę wszytą do żołądka. Mąż (Christian Slater) jest kapitanem statku i większość czasu jest poza domem, kolega z pracy i przełożony (Conan O’Brien) nie wydaje się wspierać podczas sesji, a do tego dosłownie zawala się sufit w mieszkaniu, przez co kobieta zmuszona jest zamieszkać w hotelu. Z córką oraz jej aparaturą, która jest strasznie głośna i nie pozwala spać.

Bronstein ewidentnie skupia się na budowaniu portretu psychologicznego oraz kompletnego zdemitologizowania macierzyństwa. Kamera niemal jest przyklejona do Lindy oraz jej twarzy, obserwując jej rutynę: wizyta u lekarza, pracy jako terapeutki, wizyta u szefa, rozmowa telefoniczna z mężem, odwiedzanie mieszkania w celu sprawdzenia postępów naprawy, wreszcie nocne wyjścia na papierosa, alkohol. Bo przez tą maszynę spać się nie da, więc może lepiej wyjść na zewnątrz. Czasem jeszcze będzie wizyta u lekarki, by postawić kolejny cel w leczeniu córki i jeszcze konfrontacja z parkingowym, a także pewne interakcje ze sklepikarką oraz kierownikiem Jamesem (raper A$AP Rocky). Ma to swój rytm i tempo, ale jednocześnie jest to dość chaotyczne. Szczególnie w scenach, gdzie Linda patrzy na dziurę. Jakby tam znajdowały się wszystkie jej demony, lęki, obawy i koszmary. A także poczucie, że to nie tak to miało wszystko wyglądać.

„>Kopnęłabym Cię…” nie jest filmem przyjemnym do oglądania i wręcz czuć to przytłoczenie, poczucie ciągłej duszności, bezsilności oraz całkowitej braki kontroli nad swoim życiem. A najgorszy jest tutaj brak wsparcia kogokolwiek, gdzie w zasadzie jest się zdanym tylko na siebie. Nawet okruszki bardzo czarnego humoru (scena z uciekającym chomikiem) nie są w stanie złagodzić tego tonu. Jest tu parę mocnych scen, które zostaną w głowie – szczególnie lekko oniryczne zakończenie. Z kolei Rose Byrne jest fenomenalna w roli zdesperowanej, przytłuczonej oraz niemal ciągle konfrontującej się ze światem kobiety. Niemal czuć jak niewiele brakuje, by doszło do eksplozji i kompletnego rozpadu.

Ale mimo tego nie byłem w stanie całkowicie zaangażować się w tą historię. To nie jest, że jest to film źle zrealizowany, fatalnie zagrany czy napisany. Wszystko jest tu przemyślane oraz prowadzone z żelazną konsekwencją, jednak – jakby to ująć – nie był ze mną kompatybilny.

7/10

Radosław Ostrowski

Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks

Kolejna telewizyjna produkcja o dziennikarskim śledztwie. Reporterka Rebecca Skloot próbuje wyjaśnić sprawę niejakiej Henrietty Lacks – czarnoskórej kobiety zmarłej na raka macicy w 1951 roku. Ale lekarze bez jej zgody, wykorzystali jej komórki nazwane He-La. Dzięki niej medycyna osiągnęła wielki postęp, dzięki czemu znaleziono leki na polio, AIDS, ślepotę. Tylko, że rodzina o tym nic nie widziała i nie otrzymała z tego tytułu żadnej rekompensaty.

henrietta_lacks3

HBO znowu dotyka tematu, prowokując do dyskusji na temat etyki i odpowiedzialności. George C. Wolfe próbuje mieszać narrację dwutorowo. Z jednej strony są wrzucone retrospekcje z lat 40. i 50., by choć troszkę przybliżyć tą postać, z drugiej bardziej pokazuje losy jej dzieci po śmierci. Tego, że o swojej matce nie wiedzą zbyt wiele, że zostali oszukani przez lekarzy, rząd. Jednocześnie skrywają wiele ukrytych traum, tajemnic, z jakimi musi się zmierzyć dziennikarka, by wyciągnąć informacje od rodziny. Wszystko toczy się bardzo powolnym rytmem, jednak reżyser w żaden sposób nie przynudza. Zaczynamy odkrywać kolejne układanki oraz rodzinne sekrety, pokazujące losy dzieci pozbawionych matki: jeden z synów trafił do więzienia, córka cierpi na afektywność dwubiegunową, a jeszcze inna zmarła w dzieciństwie. I ta mieszanka potrafi zadziałać, w czym pomaga przeplatany montaż.

henrietta_lacks1

Odtworzenie lat 40. i 50., choć jest to fragment filmu, potrafi budzić szacunek: stroje, fryzury czy scenografia trzyma poziom, nie wygląda tandetnie. Tak samo napięcie potęguje dynamiczna, jazzowa muzyka z wybijającą się perkusją. A wiele momentów (z finałem) potrafi poruszyć i chwycić za serce.

Jednak prawdziwym skarbem jest fantastyczna kreacja Oprah Winfrey w roli Deborah Lacks – córki próbującej odnaleźć prawdę. Aktorka świetnie prezentuje jej stany emocjonalne: od zaufania, szoku i nieufności. Do tej pory mrozi mnie moment, gdy wyznaje bardzo traumatyczną przeszłość. Cala reszta (w tym Rose Byrne jako Skloot) tak naprawdę robi tylko za tło, choć jest kilka niezapomnianych epizodów jak śliskiego, złotoustego adwokata sir Coefielda (Courtney B. Vance), religijnego kuzyna Cliffa (John Beasley) czy brata Zakariyya (ostatnia rola Rega E. Catheya).

henrietta_lacks2

HBO przypomniało zapomnianą historie kobiety, która – nieświadomie – miała ogromny wpływ na rozwój medycyny, chociaż rodzina nie miała z tego tytułu nic. To z jednej strony wciągający dramat, pełen odkrywania tajemnic, z drugiej brutalne przypomnienie o tym, że postęp nie zawsze jest osiągany etycznymi metodami. I to potrafi zaboleć.

7/10 

Radosław Ostrowski

Agentka

Susan Cooper wydaje się niepozorną grubaską, ubraną niczym moherowa babcia, tylko młodsza.  Za duże ciuchy, za duże ciało, kumpli i przyjaciół brak. I nie uwierzylibyście, że jest ona analityczka CIA, dla której komputery nie mają żadnych tajemnic. A agentem, z którym najlepiej współpracuje jest Bradley Fine – taki przystojny i taki sam, że James Bond przy nim jest amatorem. Następną akcja miało być zlokalizowanie bomby atomowej, należącej do Rayny Bojanow, córki bułgarskiego bandziora. Akcja jednak kończy się porażką, Fine zostaje zamordowany, a kobieta zna wszystkich agentów w terenie. Dlatego CIA wysyła w teren Cooper jako jedyną agentkę, która nie została spalona.

agentka1

Paul Feig to jeden z tych współczesnych speców od komedii, który balansuje czasami w okolice poniżej pasa, ale nigdy jej nie przekracza. Tym razem postanowił zrobić parodię kina szpiegowskiego, idąc szlakiem takich dzieł jak „Kingsman” i „Kryptonim U.N.C.L.E.”, jednak robi to absolutnie po swojemu. Czyli jest złośliwie, pieprzenie i wulgarnie, ale też w żaden sposób nie można mówić tu o prostactwie czy chamskich zagrywkach. Dodatkowo jest to mocno obśmiane i pokazane w krzywym zwierciadle – czołówka z iście bondowską w stylu piosenką, brzydkie oraz niezdarne agentki wchodzące po raz pierwszy w teren, a mężczyźni są pozornie twardzi, sprytni, lecz pierdołowaci. To kobiety tutaj odgrywają decydującą rolę i rozgrywają cała intrygę. Twórcy przenoszą nas jeszcze z miejsca na miejsce – Paryż, Bukareszt, Rzym. Nawet 50 Cent załapie się na akcję, sama intryga poprowadzona jest zgrabnie i jest to co być powinno – kamuflaż, bomby, strzelaniny oraz walki wręcz (potyczka między Susan a Lią w kuchni – rewelacja), pomysłowo zainscenizowane oraz zrobione z biglem. Dawno się tak nie uśmiałem, chociaż humor jest dość specyficzny.

agentka2

A skoro film robi Feig, to wiadomo, że musi zagrać Melissa McCarthy. I jako Susan jest znakomita, niepewna siebie, twarda suka z niewyparzoną gębą oraz atakująca swoim bezczelnym urokiem. Ta kobieta dokonuje takiej destrukcji i zadymy, że głowa mała (pierwsze zabójstwo czy pościg na skuterze, wpadając do… świeżego cementu), przypominając wszelkie ciosy karate. Panią McCarthy wspiera elegancki i czarujący Jude Law (Bradley Fine) oraz kompletnie ciapowaty agent-mitoman Jason Statham, robiący sobie jaja ze swojego emploi. Statham kradnie film swoimi opowieściami tak nieprawdopodobnymi, że nie można powstrzymać się ze śmiechu. I jeszcze jest wyrazisty czarny charakter w wykonaniu Rose Byrne. Rayna nie przejmuje się niczym, ma słabą pamięć do imion oraz nazwisk, a tak mięchem rzuca, jakby była facetem.

agentka3

Nie jest to jednak tylko bezczelna parodia i jaj z Bonda czy konwencji, ale przednia zabawa. Świetnie wyreżyserowana, zrealizowana z biglem oraz finezją (nawet jeśli są troszkę seksistowskie numery). Aż chciałoby się zobaczyć następną część. Ale to chyba nigdy się nie stanie, niemniej to najlepszy film Paula Feiga.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Daję nam rok

Historia jak z bajki – był chłopak i dziewczyna, zakochali się i wzięli ślub. Ale potem skończyła się bajka i zaczyna się kryzys. Pojawiają się pytania – czy on/ona jest tym, z kim tak naprawdę chcę spędzić resztę życia? Zwłaszcza, że na horyzoncie pojawia się przystojny kontrahent i jego była.

rok1

Komedia romantyczna jest gatunkiem teoretycznie prostym i nieskomplikowanym. Jednak tutaj reżyser postanowił pobawić się i wywrócić konwencję do góry nogami. Bo że coś z tym związkiem będzie nie tak, już widać w kościele (ksiądz zaniemówił). Ale tutaj wszyscy są bardziej lub mnie niedopasowani do siebie – nie tylko nasi bohaterowie, ale ich znajomi, teściowie, nawet terapeutka. Nie zabrakło szyderczego humoru, czasami balansującego na granicy dobrego smaku (kalambury), ale nigdy nie przekraczające. Tym bardziej zaskakujące, że reżyserem jest Dan Mazar, współscenarzysta „Borata” i „Bruna”. Humor mi się podobał, chociaż obrywa się trochę wszystkim i tak naprawdę nie do końca wiadomo komu kibicować. Drugą dość poważną wadą jest dość przewidywalne zakończenie.

rok2

Ale aktorzy robią wszystko, by uwiarygodnić te postacie i choć nie zaskakują swoim emploi, to jednak wypadają przekonująco. Rafe Spall nadal jest dużym dzieckiem, dla którego odpowiedzialność to odległe słowo, Rose Byrne jest porządną dziewuchą, zaś Simon „Mentalista” Baker jest przystojnym ciachem. Pewnym zaskoczeniem jest za to Anna Faris jako rudowłosa aktywistka i była dziewczyna naszego bohatera. Za to na drugim planie dominują dwoje aktorów: Minnie Driver (sarkastyczna Naomi) oraz Stephen Merchant (Danny – mistrz niewybrednego humoru).

Mimo powrotu schematu na normalne tory, film oglądało się dobrze, było zabawnie i nie bez refleksji. Dość nietypowa komedia romantyczna, za co należy pochwalić.

7/10

Radosław Ostrowski