Ryan Adams – Prisoner: End of World Edition B-sides

Ryan-adams-prisoner-b-sides

Ten zdolny Kanadyjczyk często bywa mylony (z powodu imienia) do Bryana Adamsa, ale brzmieniowo bliżej mu do Bruce’a Springsteena. Robotę potwierdził nagranym na początku tego roku “Prisoner”, lecz muzyk postanowił się podzielić utworami, co na płycie się nie zmieściły. Raczej do takich rzeczy podchodzę sceptycznie.

I są to dalej skoczne, gitarowe numery, pełne surowych (I energetycznych) riffów jakby wziętych żywcem z lat 70. jak w przypadku “Are You Home” czy bardziej melancholijnego, pełnego fortepianu (“Broken Things”). Nawet pewne naleciałości folk/country nie wywołują odrzucenia (gitara w “Crazy Now” czy wyciszony “Empty Bed”), chociaż to są pojedyncze przypadki. Tutaj dominuje taki staroświecki, ale uroczy rock z lekko przesterowaną gitarą (“Halo” czy taneczny “Hanging on the Hope”), czasem bawiąc się w klasycznego rock’n’rolla jak w “It Will Never Be The Same”, którego nie powstydziłby się Jeff Lynne. Dla mnie jednak pewnym problemem była monotonia wynikająca z niemal podobnego grania utworów. Ale pewne drobiazgi jak wykorzystanie harmonijki ustnej (“Lookout”), solówki a’la The Police (“Let It Burn”) czy klaskanie (“No Words”), jednak czuć tutaj przesyt. Dopiero pod koniec zaczyna robić się ciekawiej jak w “Too Tried to Cry” z perkusją wziętą z lat 80. oraz niepokojącą elektroniką czy siarczystym “What If We Were Wrong”.

Sam Adams też ma głos miejscami podobny do Bossa, a nawet (na siłę) do Bono. Nie stracił swojego zmysłu do tworzenia chwytliwych melodii, a miejscami rozmarzony wokal pasuje wręcz idealnie do całości. Dla mnie problemem nadal jest pewien przesyt utworów. Niemniej jest to udana produkcja, dająca sporo frajdy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ryan Adams – Heartbreaker (deluxe edition)

RyanAdamsHeartbreaker

W ciągu 17 lat swojej działalności Ryan Adams szedł szlakiem wyznaczonym lata temu przez Bruce’a Springsteena, co pokazywał swoim ostatnimi płytami („1989”, „Prisoner”). Początki jednak zwiastowały zupełnie inną drogę, ku country. Debiutancki album (niedawno wznowiony) został przecież wydany w Nashville, stolicy najbardziej amerykańskiego gatunku muzycznego, więc nie byłem pewny czego się spodziewać.

Na początek dostajemy… kłótnię między wokalistką a gitarzystą Davidem Rawlingsem dotyczącą jednej z piosenek Morrisseya, by przejść do szybkiego i skocznego „To Be Young (Is to Be Sad, Is to Be High)”, gdzie błyszczą akustyczne gitary. Bardziej melancholijne jest „My Winding Wheel”, co jest zasługą klawiszy w tle oraz niemal wyciszona „Amy” z pięknymi smyczkami oraz łagodzącymi fletami, gdzie czuć zapowiedź przyszłych dzieł Amerykanina. Melancholią pachnie „Oh My Sweet Carolina” z łkającą gitarą, fortepianem oraz kobiecym wokalem w refrenie, przez co chwyta za gardło. Tak samo jak minimalistyczne „Bartering Lines” czy „Damm Sam (I Love a Woman That Rains)”, będącą niemal klasycznym kawałkiem country. Musi też pojawić się obowiązkowo harmonijka ustna (idąca w stronę bluesa „Come Pick Me Up” czy tylko gitarowe „To Be the One”), bo jakże by inaczej.

Problem jednak w tym, że piosenki zaczynają się od pewnego momentu zlewać w jedno i to samo, chociaż zdarzają się wyjątki (czaderski rock w „Shakedown on 9th Street” czy pianistyczne „Sweet Lil Gal”), ale to są jednak rzadkie oraz krótkie momenty. Tutaj dominuje akustyczne brzmienie gitary oraz bardzo stonowany, niemal kowbojski głos Adamsa (ale niezbyt zmanierowany).

A co proponuje wydanie deluxe, poza poprawionym dźwiękiem? Drugą płytę z utworami w wersji demo oraz odrzuty z sesji nagraniowej. Zarówno inne wersje piosenek z albumu, jak i numery ostatecznie tam nie umieszczone jak przerobiona piosenka Morrisseya „Hairdresser on Fire Jam” czy „Petal in a Rainstorm”, gdzie słyszymy wszelkie kiksy, potknięcia muzyków oraz powtórki). To wnosi debiut Adamsa na wyższy poziom, ale nie zmienia faktu, że jest to zaledwie wprawka przed największymi dokonaniami.

7/10

Radosław Ostrowski

Ryan Adams – Prisoner

Ryanadamsprisoner

Amerykański wokalista indie rockowy, który nie jest w żadnym wypadku spokrewniony z Bryanem Adamsem wraca z autorskim materiałem. Coverowy „1989”, gdzie mierzył się z materiałem Taylor Swift wprawił wielu w zakłopotanie, ale tym razem nie będzie raczej udziwnień na 16 (!!!) albumie Adamsa.

Zaczyna się od organowego „Do You Still Love Me”, do których dołącza „kopiąca” gitara elektryczna i przygrywający w tle… klawesyn. A na koniec dostajemy pobrudzony riff. Pachnie to surowym, starym rockiem z lat 70. i 80. Także w tytułowym „Prisonerze” czuć tego ducha melodyjnego, romantycznego rocka, a nawet nie boi się iść w stronę country („Doomsday” z harmonijką ustną na otwarciu) czy zahaczyć o Toma Petty’ego („Haunted House”).  Ale najbliżej Adamsowi jest do Bruce’a Springsteena i nie chodzi mi tylko o barwę głosu, ale i o instrumentarium, ze szczególnym polubieniem gitary elektrycznej i/lub akustycznej („To Be Without You”). Bardzo oszczędnie korzysta z elektroniki (rozmarzone „Shiver and Shake”), a gitara brzmi niemal jak  brytyjskiej nowej fali (śliczne „Anything I Say To You Now” czy półakustyczne „Breakdown”).

Amerykanin barwnie tworzy swoją muzykę pełną gitarowych dźwięków. I nie ma tutaj miejsca na nudę, bo Amerykanin gra bardzo różnorodnie. Zarówno troszkę żwawsze numery („Broken Anyway”), jak i bardziej nastrojowe ballady na akustyku („Tightrope” z jazzowym wejście fortepianu oraz saksofonu). A że piosenek jest dwanaście, to nie można narzekać. I rzeczywiście czuje się jak więzień po jej przesłuchaniu.

8/10

Radosław Ostrowski

Ryan Adams – 1989

1989

Coverowanie utworów to praktyka powszechnie znana i nie jest niczym nowym. Jednak 40-letni amerykański gitarzysta i wokalista, Ryan Adams wspiął się na wyżyny coverów. Bo postanowił nagrać własną wersję… całej płyty. I to nie byle jakiej, bo „1989” Taylor Swift, a cała płyta jest do przesłuchania na YouTube.  Jak pop przerobić na rock?

Adams sam przyznał, że chciał zrobić coś w stylistyce The Smiths oraz Bruce’a Springsteena. Wokalista ma głos podobny do Bossa, co słychać w openerze „Welcome to New York”, nadając mu styl rocka z lat 70., a pod koniec gitara współgra razem z elektronicznymi smyczkami. Drugim szokiem jest akustyczne „Blank Space” z cichym głosem Ryana, pod koniec idące w…  country. Im dalej, tym ciekawiej. Garażowe „Style”, melancholijne „Out of the Woods” (w połowie akustyczne, w połowie nie), ocierające się o czasy świetności U2 „All You Had to Do Was Stay” (ten bas i tempo), wyciszone „Shake It Off” z łagodnymi klawiszami czy stonowane i przestrzenne „Bad Blood”. Każdy z utworów to niespodzianka, ale mimo spójnej estetyki nie ma miejsca na nudę.

Nie pamiętam sytuacji, żeby jeden artysta dokonał coveru całej płyty. Adams każdy utwór naznacza swoim własnym piętnem i wychodzi mu to tylko na zdrowie.  Fani Taylor Swift przeżyją szok i może dojdzie do tego, że Ryan Adams przebije się dzięki nim do szerszego grona odbiorców.

8/10

Radosław Ostrowski

Ryan Adams – Ryan Adams

Ryan_Adams

Choć wielu to nazwisko nic nie mówi, to doświadczony gitarzysta, wokalista i autor tekstów, który od 2000 roku nagrał do tej pory 13 płyt. Ryan Adams, były członek hard rockowej grupy Cardinals, postanowił wydać album nr 14, nazywając go po prostu Ryan Adams. Dziwny to zwyczaj, ale niech tam będzie. Co z tego wyszło?

Za produkcje odpowiada sam wokalista razem z Mikem Violą. Efekt jest mocno gitarowy, co nie jest żadnym zaskoczeniem. Nie brakuje tutaj zarówno pójścia w bluesa jak i znacznie surowszego brzmienia, niepozbawionego akustycznych melodii. Ale po kolei. Adams jest na tyle doświadczony, że wie jak tworzyć zarówno dobre melodie jak i klimatyczne piosenki. Początek jest mocno bluesowy i oldskulowy – stare Hammondy, surowa gitara i mocna perkusja w „Gimme Something Good” przypomina troche… Joe Bonamassę. Bardziej stonowana jest „Kim”, choć środek ma mocny riff (zagrany przez Johnny’ego Deppa), podobnie brzmi „Trouble” z garażowymi riffami oraz bardzo rytmicznym basem.  Bardziej akustyczne, choć wspierane przez klawisze jest „Am I Safe”, którego gitara ociera się o country czy „My Wrecking Ball”. A dalej nie brakuje zarówno bluesa („Stay with Me”), wejścia do krainy mroku („Shadows” z kapitalnymi, prostymi riffami) czy pójścia w country (dynamiczne „I Just Might”). Całość brzmi naprawde świetnie, a wokal Adamsa mocno przypomina samego Bruce’a Springsteena, którego wpływ jest tutaj mocno obecny.

11 naprawdę dobrych piosenek, które czasami ocierają się po prostu o wielkość. Brzmi to świetnie, wokal gra, teksty też są dobre. Jeśli nie znacie, to sięgnijcie koniecznie. Cholernie dobra płyta.

7,5/10

Radosław Ostrowski