Halston

Roy Halston – czy komuś z tu obecnych coś mówi to nazwisko? Zapewne nie. Mnie również nic nie mówiło, bo na modzie się znam jak politycy na sztuce nowoczesnej. Dałem jednak sobie szansę dla tego miniserialu o (dzisiaj) zapomnianym projektancie mody z dwóch powodów. Po pierwsze: producencko palce maczał drogi narybek Netflixa, czyli Ryan Murphy. Po drugie, tytułową rolę zagrał sam Ewan McGregor. I co z tego wyszło?

halston3

Wszystko zaczyna się w 1962 roku, gdy nazwisko Halstona pierwszy raz wypłynęło w mediach. Wszystko dzięki prezydentowej USA Jackie Kennedy, a dokładniej noszonym przez niej kapeluszu. To spowodowało sporą sprzedaż, jednak trwało to kilka lat. Designer zaczął szukać nowych rzeczy do zaoferowania, jednak brakowało mu zarówno wsparcia finansowego, jak i współpracowników. Jedno i drugie powoli udało się zdobyć, ale cały czas potrzebował przełomu. Czegoś, co da mu rozpoznawalność oraz zapewni duży sukces. Taką szansą staje się „bitwa o Wersal”, czyli wspólnym pokaz mody francuskich i amerykańskich projektantów, będący konfrontacją współczesnych trendów.

halston1

Sam miniserial, choć krótki (odcinków tylko 5), próbuje bardzo dużo zmieścić. Z jednej strony mamy karierę Halstona, jego coraz bardziej rozrastające się imperium na przestrzeni dekad oraz upadek, z drugiej coraz bardziej zmieniające się trendy lat 60., 70. i 80., a także następująca komercjalizacja, co doprowadza do większego głosu korporacje. Z trzeciej mamy spojrzenie na samego Halstona, którego przekonanie coraz bardziej autodestrukcyjna droga i przekonanie o swojej wyższości oraz racji doprowadza do izolacji, samotności, wreszcie utraty praw do swojej marki.

halston2

Dzieje się dużo, nawet za dużo i można łatwo się w tej chaotycznej narracji pogubić. Bo po drodze jeszcze ostre imprezy w Studio 54, przyjaźń z Lizą Minnelli, wreszcie prywatna relacja z męską prostytutką Victorem Hugo. Życie prywatne miesza się z życiem zawodowym, mamy krótkie przebitki z czasów dzieciństwa (awantury rodziców), coraz większa obecność narkotyków, branie na siebie obowiązków. Reżyserowi Danielowi Minahanowi oraz scenarzystom pod wodzą Sharra White’a ciężko się zdecydować o czym tak naprawdę „Halston” ma być. Przeskoki w czasie są spore, postacie nagle potrafią zniknąć (jak np. zaczynający u Halstona przyszły kostiumolog i reżyser Joel Schumacher), co tylko wywołuje dezorientację. A jednak jest kilka bardzo mocnych czy olśniewających wizualnie scen jak stworzenie nowej sukienki, przygotowania do pokazu czy reklamy kolejnych produktów Halstoma. Gdyby jednak ktoś po seansie mnie zapytał, kim tak naprawdę był Roy Halston, odpowiedź byłaby dalej niż bliżej.

halston4

Co może się podobać w serialu? Na pewno scenografia i kostiumy, którym poświęcono wiele czasu oraz uwagi. Klimat realiów też oddano świetnie, w czym na pewno pomogła świetnie dobrana muzyka. Na drugim planie też jest kilka interesujących ról (m. in. Gian Franco Rodriguez, Rebecca Dayan, David Pittu czy zjawiskowa Krysta Rodriguez jako Liza Minelli). Ale i tak najważniejszy w tym wariactwie jest Ewan McGregor w roli tytułowej. Jest odpowiednio charyzmatyczny, władczy, kreatywny oraz silną osobowością, ale pod tym wszystkim skrywa się bardzo zagubiony, niepewny siebie, desperacko pragnący uwagi oraz akceptacji mężczyzna. Im dalej w las, tym coraz bardziej wyraźna staje się megalomania, nieopanowane ego i żądza władzy. Finał tej postaci nie mógł być inny, ale aktor znakomicie pokazuje złożoność tego bohatera, bez popadania w teatralną przesadę czy karykaturę. A o to byłoby bardzo łatwo, grając geja. Szkot jednak wszystko wygrywa bezbłędnie, włącznie z akcentem.

Ciężko mi jednoznacznie polecić czy zachęcić do obejrzenia „Halstona”. Z jednej strony jest absolutnie charyzmatyczny McGregor oraz świetne sceny modowe i związanie z tworzeniem ubrań. Ale z drugiej brakuje w tym wszystkim jakiejś spójności, skupienia, przez co narracja jest bardzo chaotyczna i skokowa. Niby jest to portret artysty, ale wydaje się być bardzo powierzchowny, płytki, pozbawiony jakichś mocniejszych haków emocjonalnych.

6/10

Radosław Ostrowski

American Horror Story – seria 1

Historia wydaje się dość banalna: pewna rodzina wprowadza się do nowego domostwa w Los Angeles. Przyczyną tego jest zdrada męża i próba rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Ale nowi właściciele nie zostali poinformowani o tym, że parę lat temu doszło do brutalnego morderstwa, a dom jeszcze skrywa wiele mrocznych tajemnic. I w ogóle zaczynają się tam dziać dziwne rzeczy.

horror1

Było wiele prób zrobienia telewizyjnego serialu grozy, ale zazwyczaj były to zbiory różnych opowieści (każdy odcinek to inna historia), jednak stworzenie spójnego serialu będącego horrorem udało się tak naprawdę chyba w przypadku „Walking Dead”. Do tego grona stara się dołączyć „American Horror Story”, stworzony przez Ryana Murphy’ego (twórca „Życia na fali” i „Glee”) i Brada Falchuka (scenarzysty w/w tytułów). Jednak nie jest to do końca stricte horror, co nie znaczy, że nie potrafi porządnie wystraszyć. Groza jest tu jednak bardzo odpowiednio budowana za pomocą trochę sprawdzonych sposobów (w tej serii wykorzystano konwencję nawiedzonego domu, w którym czai się zło), krew też się pojawia parę razy (a nawet rozczłonkowane ciała), ale tak naprawdę jest to dramat obyczajowy zmieszany z horrorem, gdzie powoli poznajemy bohaterów, którzy nie są wcale sympatyczni i każdy mierzy się ze swoimi lękami i słabościami: niewiernością, zdradą, próbą samobójczą. Jednocześnie poznajemy powoli tajemnicę domu i ofiar (m.in. Czarnej Dalii). Ogląda się to z dużym zainteresowaniem, czekając na rozwój wypadków.

Udaje się twórcom stworzyć odpowiednią atmosferę – od genialnej czołówki przez świetną scenografię, montaż, ciekawe zdjęcia, gdzie dochodzi m.in. do złamania i nieczystego kadru no i muzyki, budującej napięcie.

horror2

Ale tak naprawdę wisienką na torcie są niezawodni aktorzy, którym udało się stworzyć pełnokrwiste postacie. Na pierwszym planie mamy rodzinę Harmonów granych przez Connie Britton (Vivien, żona zachodząca w ciążę, ignorowana przez innych), Dylana McDermotta (mąż Ben – terapeuta mający problem z niewiernością) i Taissę Farmigę (Violet – zbuntowana młoda córka, próbująca się zabić). I cała trójka wypadła fantastycznie, choć moją uwagę przykuło dwoje wybornych aktorów: Jessica Lange (elegancko ubrana Constance, sąsiadka mająca za sobą wiele traum, włamująca i dość często goszcząca u Harmonów, kradnąc parę rzeczy) oraz Evan Peters (Tate, sprawiający wrażenie zagubionego chłopak z bardzo mroczną przeszłością). Na wymienienie pozostałych nie starczyłoby czasu, ale wśród „domowników” są m.in. zmieniająca wygląd służąca, para gejów i chirurg.

horror3

Twórcy w tej serii stworzyli bardzo dobry i ciekawy serial, w którym każdy odcinek zaskakuje. Poza tym ich nową koncepcją jest fakt, że każda seria będzie odbywać się w innym miejscu, choć z tymi samymi aktorami. Już nie mogę się doczekać następnej serii.

8/10

Radosław Ostrowski