
Szwedzki metalowy zespół Sabaton znany jest jako muzyczny popularyzator współczesnej historii, ze wskazaniem na II wojnę światową, chociaż zarzuca się im toporność brzmienia oraz miałkość produkcji (za co odpowiada Peter Tagtgren). „The Last Stand” zapowiada kontynuację tego tematycznego szlaku, a jak jest z brzmieniem?
Otwierająca całość „Sparta” już zapowiada, czego – mniej więcej – należy się spodziewać: patosu, podniosłych klawiszy imitujących smyczki oraz fanfary, mocne uderzenia perkusji oraz niby-ciężką gitarę, z chwytliwą melodią. Nie brakuje i galopującego tempa („Last Dying Breath”), nawet okraszając takimi drobnymi smaczkami jak dudy („Blood of Bannockburn”) czy odgłosy strzałów („Diary of an Unknown Soldier”, będący wprowadzeniem do najlepszego w zestawie „The Lost Battalion”).
Innymi słowy – power metal w pigułce. Na szczęście nie brakuje tutaj potężnej energii (galopujący „Rorke’s Drift”), aczkolwiek trudno nie pozbyć się wrażenia wtórności (tytułowy utwór, który wyróżnia się chóralnym refrenem czy „Winged Hussars”, będący niemal kalką „Uprising”). Najgorsze jest to, że od połowy robi się po prostu nudno, a każdy utwór idzie niemal podobnym schematem: podniosły wstęp (galop gitarowo-perkusyjny), zwrotka, patetyczny refren (chór, klawisze), znowu zwrotka, mostek (popisówka solowa gitarzysty), refren i finał. Sam wokal Joakima Brodena jest na tyle wyrazisty, iż mamy pewność, że nie pomylimy Sabatonu z inną kapelą metalową.
Dodatkowo jeszcze są dwa bonusowe kawałki, ale niewiele one wnoszą do całości. Innymi słowy, „The Last Stand” jest przeciętnym wydawnictwem, skierowanym głównie dla największych fanów Szwedów. Reszta, która się nie przekonała, teraz też się nie przekona.
5/10
Radosław Ostrowski


