Już nie żyjesz – seria 2

Nasze dziewczyny, czyli Jen i Judy znowu pakują się w poważne tarapaty. Wszystko przez męża Judy, czyli Steve’a. Mężczyzna w sytuacji podbramkowej (donos o defraudację) kończy jako trup w basenie Jen. Trzeba się pozbyć ciała, co wcale nie będzie takie łatwe – zamontowany monitoring, dzieciaki lubiące węszyć i jeszcze policja. Czy może być gorzej? Tak, bo w okolicy pojawia się brat bliźniak denata, z zupełnie innym charakterem od zmarłego. I zaczyna czuć miętę to Jen.

Drugi sezon czarnej komedii Netflixa idzie w troszkę zupełnie inne tony niż poprzednik. Większy nacisk jest na wątki obyczajowe, gdzie cała otoczka kryminalna zostaje zepchnięta do roli tła. Owszem, próby pozbycia się zwłok wywołuje pewne komplikacje oraz zabawne sytuacje. Kolejne tajemnice, kłamstwa jeszcze bardziej ciążą naszym bohaterkom, przez co lawirowanie staje się coraz trudniejsze. Bardziej jednak twórców interesują problemy prywatne naszych pań oraz kwestie dość wyboistej przyjaźni. Pierwsza z pań (znakomita Christina Applegate) nadal jest pełna wściekłości i gniewu, zaś druga (rozbrajająca Linda Cardellini) nadal jest pozytywnie nastawiona do życia, nie potrafi nikomu niczego odmówić, przez co bywa irytująca. Ale razem tworzą silną mieszankę wybuchową, zdolną przetrwać wszystko. Tak jak wcześniej krytyczny moment poznajemy w bardzo krótkich przebitkach, przez co nie dostajemy pełnego obrazu. I to pomaga budować napięcie.

Bo drugi sezon ma dość powolne, wręcz ospałe tempo. Jak mówiłem, więcej jest tutaj skupienia na wątkach obyczajowych niż komplikacjach kryminalnych. Zarówno kwestia wychowania dzieciaków u Jen (z czego jeden jest nastolatkiem), jak i odnalezienia miejsca dla siebie zajmują sporo czasu. Choć wielu może to znudzić, pozwala wejść w umysł dwójki zwichrowanych kobiet ze swoimi obsesjami, demonami oraz nieprzetrawionymi traumami. Nie brakuje tu humoru, w tle grają piosenki z lat 50. i 60., zaś finał potrafi walnąć niczym z obucha. I to daję furtkę na trzeci – jak zapowiada Netflix ostatni – sezon.

Aktorsko nadal działa ten szalony duet Applegate/Cardellini, gdzie każda z pań dostaje szansę pokazania się z innej strony. Niespodzianką jest obecność Jamesa Marsdena, tym razem jako troszkę nieporadny, ale pełen ciepła i sympatii Ben. Przyjemne zaskoczenie, dodające balansu do miejscami czarnej komedii. Jest też parę drobnych ról, gdzie widzimy twarze Frances Conroy (matka Steve’a i Bena) oraz Katey Sagal, których się kompletnie nie spodziewałem.

Dla mnie drugi sezon, choć skupiający się na innych rzeczach, nadal trzyma poziom i ogląda się świetnie. Głównie bohaterki nadal mają świetną chemię, co dla mnie jest największym paliwem tej czarnej komedii obyczajowej. Zaś finał sugeruje, że może się to skończyć źle.

8/10

Radosław Ostrowski

Trzy dni Kondora – seria 1

Pamiętacie taki film Sydneya Pollacka z lat 70-tych „Trzy dni Kondora”? Jego bohaterem był analityk CIA Joe Turner, którego komórka zostaje wymordowana i tylko jemu udaje się uciec. Ale Agencja zamiast mu pomóc, decyduje się na likwidację mężczyzny, dostrzegając w nim zagrożenie. Parę lat temu powstał serial, stanowiący uwspółcześnioną wersję tej historii.

Tak jak w oryginalne, bohaterem jest Joe Turner – młody analityk CIA działający w komórce, która udaje firmę informatyczną. Mężczyzna parę lat temu stworzył komputerowy algorytm, który miał pomóc w namierzaniu terrorystów. Dzięki temu udaje się namierzyć Ammara Nazariego, który próbuje dokonać zamachu na stadion w USA. niedoszły terrorysta zostaje zabity, a przy nim zostaje znaleziona bomba z wirusem dżumy. Próbując ustalić, czy planowany jest kolejny zamach Turner odkrywa 12 luźno powiązanych ze sobą firm farmaceutycznych. Następnego dnia dochodzi do ataku na komórkę i tylko Turnerowi udaje się uciec. Zaczyna się polowanie, a bohater musi wykazać się sprytem, by wyjść z tego cało i odkryć spisek.

Twórcy nie próbują na siłę udziwnić historii i nie mają ambicji bycia drugim „Homeland”. „Trzy dni Kondora” to opowieść na tyle prosta, by dało się bez problemu wciągnąć, ale też na tyle skomplikowana, by obserwować, analizować i rozgryzać kolejne elementy układanki. Kto jest przyjacielem, kto zdrajcą, jaki jest ostateczny cel i czy można cały ten misterny plan powstrzymać. Turner (tutaj w wykonaniu bardzo wiarygodnego Maxa Ironsa) może nie jest zbyt dobry w polu, nadrabiając inteligencją i sprytem. Jest też idealistą z twardymi zasadami, eliminujący wroga tylko w ostateczności. A przeciwników ma wielu: część agentów CIA, płatny morderca, islamscy terroryści. Stawka jest bardzo wysoka, a czasu mało. Powoli odkrywamy kolejne elementy układanki, nawet jeśli pewnych rzeczy zacząłem się domyślać.

Choć akcji jest tutaj sporo, nie jest ona najważniejsza. Bijatyki i strzelaniny nie są w stylu Bourne’a, ale szału też nie robią. Jest troszkę zabawy równoległym montażem oraz retrospekcjami, które rzucają światło na początek całej intrygi, a także przeszłość Turnera. Tak samo jak istotne były sceny wewnętrznych rozgrywek w CIA oraz podchodów, gdzie jedna strona próbuje oszukać drugą. Zwłaszcza, że trzeba zachowywać pozory normalności. I to pomaga w budowaniu napięcia aż do satysfakcjonującego finału z obietnicą na drugi sezon.

I jeszcze jest tutaj bardzo bogaty drugi plan, z kilkoma wyrazistymi kreacjami: od bardzo opanowanego Williama Hurta (Bob Partridge, przyjaciel Joe’ego) i śliskiego Boba Balabana (wicedyrektor Reuel Abbott) przez uroczą Katherine Cunningham (przypadkowo wplątana w aferę Kathy Hale), zaskakującego Brendana Frasera (Nathan Fowler) i dawno nie widzianą Mirę Sorvino (Marty Frost). Dla mnie jednak prawdziwym odkryciem była Leem Lubany wcielającą się w płatną morderczynię, Gabrielle Joubert. Bardzo opanowana, chłodna i przygotowana na wszystko jest diabelsko niebezpieczna dla każdego, kto się z nią spotka. Zaś jej motywacja pozostaje niejasna do końca.

„Trzy dni Kondora” to kolejny przykład serialowej wersji kinowego hitu, która zachowuje najlepsze elementy oryginału, jednocześnie aktualizując go do dzisiejszych czasów. I to się udaje bez poczucia zgrzytu, o co było bardzo łatwo. Bywa przewidywalny, jednak trzyma w napięciu, dostarczając wiele frajdy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Już nie żyjesz – seria 1

Dawno nie trafiłem na taką postać jak Jen. Pracuje jako agentka nieruchomości, sama wychowuje dwóch synów po śmierci męża i jego wściekła na cały świat. A jedyne, na czym jej zależy to dorwanie sprawcy. No i nie znosi pokazywać żałoby, tylko chce iść dalej. Podczas uczestnictwa w grupie wsparcia dla żałobników poznaje Judy – postrzeloną kobietę, wydającą się nie pasować do tego miejsca. Z czasem tworzy się między nimi silna więź, a nawet kobieta staje się częścią rodziny wdowy. Problem w tym, że nowo poznana przyjaciółka skrywa ciężką tajemnicę.

Kolejny serial Netflixa, który przeoczyłem w dniu premiery, a nadrobiłem niedawno. Produkcja Liz Friedman to czarna komedia o dziwnej, szorstkiej i niełatwej przyjaźni dwójki kobiet. Pierwsza to napędzana gniewem wdowa, pragnąca sprawiedliwości oraz dwójkę dzieci do utrzymania. Z kolei druga wydaje się pełną optymizmu kobietą przytłumioną przez swojego partnera oraz jego potrzeby. Wszystko obrane ironicznym, czasem bardzo ciętym humorem, dodając lekkości całego przedsięwzięcia. I to pozwala lepiej znieść opowieść o żałobie, a także jej różnych odcieni: od wyciszenia przez wściekłość. Ale co ciekawe, nie brakuje tutaj wątku quasi-kryminalnego. W przeciwieństwie do Jen dowiadujemy się kto za tym stoi (swoją drogą świetnie zrobione retrospekcje) – tak, jest to Judy – oraz prób ukrycia wszystkich poszlak. To dodaje pewne dodatkowe napięcie, tak jak odkrywanie wydarzeń z małżeństwa Jen i Teda. Bo że nie było idealnie, można było założyć spokojnie. A jednak kolejne sekrety (zdrada odkryta dzięki… grze komputerowej czy kłótnia przed wyjściem) nie są tylko czymś do odhaczenia, tylko potrafią uderzyć emocjonalnie.

Twórcy niby podążają ogranymi schematami i grają nimi w komediowym tonie, jednak nie brakuje poważniejszej refleksji. Zwłaszcza dotyczących samorealizacji oraz życiu w toksycznym związku. I to zderzenie – paradoksalnie – działa o wiele mocniej, niż gdybyśmy poszli tylko na poważnie lub na wesoło. Przez to „Już nie żyjesz” potrafi zaangażować, zaś każda postać jest wyraziście napisana i – co nie jest częste – nie ma tutaj miejsca na zapchajdziury czy zbędne wątki. Nawet parę irytujących postaci (jak chłodna i niepogodzona ze stratą teściowa oraz zbuntowany, nastoletni syn) mają kilka momentów pozwalających pokazać ich głębiej. A wszystko sprowadza się na mocnego finału z otwartą furtką na kontynuację.

To wszystko jednak by nie zadziałało, gdyby nie fenomenalnie dobrane odtwórczynie głównych ról. Christina Applegate (Jen) oraz Linda Cardellini (Judy) znakomicie się uzupełniają. Pierwsza – bardzo impulsywna, porywcza w rzeczywistości jest bardzo poraniona. Jest wiele tutaj momentów pokazujących jej delikatniejsze oblicze jak podczas oglądania zdjęć z miejsca śmierci męża czy gwałtowny wybuch podczas prezentacji domu, gdzie mogłem na chwilę wejść w jej umysł. Postać Judy to przeciwieństwo – życzliwa, pogodna, niemal optymistycznie nastawiona do życia. Jednak pod tym wszystkim skrywa się smutna, chcąca wykrzyczeć swój ból oraz przerażająco uległa kobieta. Autentycznie było mi jej żal i nie drażniła, choć teoretycznie powinna. Chemia między nimi jest prawdziwym paliwem napędowym tego serialu i bez niego by się posypało w proch.

Miejscami zabawne, miejscami poruszające, a miejscami brutalnie szczere spojrzenie na żałobę oraz przyjaźń. Jedna z niespodzianek w katalogu Netflixa i nie mogę się doczekać drugiej serii.

8/10

Radosław Ostrowski